TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 23 Września 2019, 09:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Powstanie węgierskie od kuchni

Powstanie węgierskie od kuchni

Krótko przed wyjazdem na Światowe Dni Młodych do Sydney wpadła mi w ręce przepięknie wydana książka zatytułowana „Kuchnia węgierska”.  Nie była to typowa publikacja kucharska, raczej opowieść o wszystkim, co wiązało się z ojczyzną gulaszu, zilustrowana urzekającymi fotografiami. Książka zauroczyła mnie do tego stopnia, że pakując walizki na australijską wyprawę przysięgłam sobie, że w następną podróż na pewno wybiorę się nad Balaton. Tymczasem kilka godzin po lądowaniu na Antypodach, zupełnie nieoczekiwanie trafiłam do… węgierskiego domu z najprawdziwszą węgierską kuchnią.

Polak, Węgier - dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki, i – jak pokazała historia – także do antytotalitarnych zrywów w podobnym czasie. Tej jesieni mija 54. rocznica Powstania Węgierskiego, dla którego inspiracją stał się przecież nasz Poznański Czerwiec. O Powstaniu Węgierskim – prócz tego, że było „i”, że w listopadzie 1956 roku zostało krwawo stłumione przez interwencję zbrojną Sowietów, wiemy dziś na ogół niewiele. A jeśli nawet chcemy dowiedzieć się czegoś więcej, możemy co najwyżej sięgnąć do suchych opracowań historycznych. Opowieści naocznych świadków tego zdarzenia pozostają dla nas zazwyczaj nieosiągalne. Węgierski dom w Australii, w którym mieszkałam przez tydzień, stworzyli Gabriela i Attyla, ludzie których rodziny opuściły Budapeszt zaraz po pacyfikacji słynnego zrywu. Wieczorami, w ich dużej kuchni z okrągłym stołem, przy aromatach węgierskich przysmaków mogłam wysłuchać ich poruszających historii ze wszystkimi szczegółami.

Powstańcy w fabryce czekoladek
Z jednej z kuchennych ścian zerkały na nas utrwalone w biało-czarnych fotograficznych kadrach dzieci. - To ja – wyjaśniła Gabriela wskazując na roześmianą dziewczynkę z kitką na czubku głowy. – Miałam 5 lat, mieszkaliśmy wtedy w Szwajcarii. Dostaliśmy się tam przez Austrię krótko po wybuchu powstania w Budapeszcie. Zapytałam Gabrielę czy jej rodzice brali udział w powstaniu. - Mój ojciec był powstańcem – wtrącił się Attyla. – I ja poniekąd też, choć w 1956 roku miałem dopiero 7 lat. Nosiłem wodę pitną oddziałowi mojego taty. To było bardzo niebezpieczne zarówno dla mnie, jak i dla powstańców, moja mama odchodziła od zmysłów ze strachu o nas, ale bez wody przecież nie dało się funkcjonować. Były też jednak przyjemne chwile – uśmiecha się Atylla. - W jednym z pierwszych dni powstania, powstańcy przejęli fabrykę czekoladowych cukierków, wokół której zawsze, nawet w tamtych ciężkich dniach, kręciło się mnóstwo dzieciaków. Pamiętam jak otworzyli okna na parterze i pełnymi garściami rozdawali nam czekoladki! Do dziś wielu osobom, które w 56. roku były dziećmi, powstanie kojarzy się ze zdobyciem tej fabryki i garściami darmowych słodyczy właśnie. Krótko potem ojca zaczęły poszukiwać tajne służby, a on natychmiast zaczął organizować ucieczkę z Węgier dla całej naszej rodziny. Ta ucieczka była traumatyczna: noc, śnieg – bo to był listopad, potworny strach.
Wielu powstańców po upadku powstania ukrywało się w lasach i tam próbowało organizować struktury podziemne jeszcze przez następne miesiące. Na przełomie 1956 i 1957 roku Węgry nawiedziły takie mrozy, że leśnym partyzantom odpadały uszy i nosy z odmrożenia. W tym samym czasie za udział w powstaniu reżimowe sądy Janosza Kadara skazały na śmierć 230 osób. Attyla sięgnął po książkę o Powstaniu Węgierskim i wskazał na jedno z zamieszczonych w niej zdjęć. Widniały na nim płonące pozostałości okazałej kamienicy i radziecki wóz wojskowy z wyrzutnią pocisków artyleryjskich. Pocisków, od których owa kamienica chwilę wcześniej runęła. - To dom Gabrieli – powiedział Attyla, a jego żona przytaknęła ze łzami w oczach.

Najdalej od Europy
Moja matka zdecydowała wtedy, że opuszczamy nie tylko Węgry, ale i Europę – kontynuowała historię kamienicy Gabriela. – W Szwajcarii zaproponowano rodzicom dwa kierunki emigracji: Ameryka i Australia. Mama wybrała Australię, bo była dalej od Węgier niż Stany Zjednoczone. Ona już wtedy nienawidziła Europy całym sercem i chciała zamieszkać jak najdalej od niej. Po pierwszej wojnie światowej jej rodzinna miejscowość, która leżała w Transylwanii została odłączona od Węgier i wcielona do Rumunii. Rumuni odnosili się do Węgrów bardzo nieufnie, często wręcz wrogo, więc dziadkowie po kilku latach postanowili przenieść się na węgierską stronę. Jednak tam szybko okazało się, że repatriantów z Rumunii Węgrzy traktują jak intruzów. Kiedy skończyła się II wojna światowa, a mama dorosła i mogła już sama decydować o swoim losie wyjechała do Budapesztu. Tam poznała mojego tatę i wyszła za niego. Ojciec był profesorem matematyki na budapeszteńskim uniwersytecie im. Loránda Eötvösa. W drugiej połowie lat czterdziestych władze komunistyczne zażądały od pracowników uczelni pełnego posłuszeństwa – relacjonowała Gabriela. – Ojciec to posłuszeństwo wymówił, twierdząc, że nauka jest z natury apolityczna i nie można jej podporządkowywać żadnemu ustrojowi. Następnego dnia był już bezrobotnym. Mało tego, dostał słynny wilczy bilet. Nigdzie nie chciano go zatrudnić. Moja mama była w ciąży, wkrótce miał przyjść na świat mój starszy brat. A ponieważ rodzice nie mieli żadnych środków do życia, mój ojciec, profesor uniwersytetu, zatrudnił się w końcu jako robotnik niewykwalifikowany u miejscowych Cyganów. Pracował u nich do 1956 roku. Kiedy w październiku do Budapesztu wkroczyli Sowieci i zburzyli naszą kamienicę, matka załamała się. Zawsze czuła się bezbronna wobec historii, ale w tamtym momencie czara goryczy przelała się ostatecznie. Rodzice podjęli decyzje o emigracji. Po Powstaniu z Węgier uciekło niemal 200 tysięcy osób.

Tort węgierski
Gabriela i Attyla poznali się na studiach w Melbourne. - W Budapeszcie mieszkaliśmy na sąsiednich ulicach, ale tam pewnie byśmy się nie spotkali – żartują. Po ślubie zamieszkali w Canberze, bo jak twierdzą to najlepsze miejsce dla rodzin z dziećmi. Attyla pracuje dla rządu i jest prezesem Stowarzyszenia Węgrów w Australii. Gabriela, z zawodu fizyk jądrowy, prowadzi prywatną szkołę węgierską, której siedziba znajduje się w ich wielkim domu. Prócz języka przekazuje potomkom węgierskich imigrantów wiedzę o historii i tradycjach kraju ich przodków. Mają dwóch synów, kolumbijską synową, teścia ambasadora i czwórkę wnucząt. Ojciec Gabrieli na emigracji zaczął pisać książki, które po upadku komunizmu zdobyły dużą popularność na Węgrzech.
Dzień przed moim odjazdem Gabriela obchodzi kolejne urodziny i stawia przed ośmiorgiem gości tort wielkości… rolki papieru toaletowego. Widząc moje zdziwienie zapewnia ze śmiechem, że i tak nie damy rady go zjeść. To tradycyjny węgierski przysmak urodzinowy. Przypomina skrzyżowanie piernika z keksem. Jest ciężki od bakalii i faktycznie tak syty, że po trzech kęsach właściwie nie możliwy do dalszej konsumpcji.

Tekst i foto Aleksandra Polewska

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!