TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 08 Lipca 2026, 19:59
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Powrót nie był oczywisty

Powrót nie był oczywisty

Jesienią 1946 roku, po latach w niemieckiej niewoli wracaliśmy do Polski pociągiem towarowym – wspomina Wacław Gontarek, który jako nastolatek został przymusowym robotnikiem w III Rzeszy. – Amerykanie eskortowali nas aż do granicy z Polską. Tam przejęli nas już pracownicy Polskiego Urzędu Repatriacyjnego.

Niemal całą II wojnę światową spędził Pan z rodzicami i rodzeństwem na przymusowych robotach w Saksonii. Jak zapamiętał Pan moment wyzwolenia?

Wacław Gontarek: W 1941 r. rodzice zostali wysiedleni ze swojego gospodarstwa i razem z czwórką dzieci, czyli mną i trojgiem rodzeństwa wywiezieni do Rzeszy. Pracowaliśmy w wiosce pod miastem Chemnitz. 1 kwietnia 1945 r., czyli dokładnie w moje 15. urodziny, na teren naszej wioski weszli Amerykanie. Pamiętam, że tamtego dnia, razem z moimi rówieśnikami, zaszyliśmy się na strychu i przez małe okienko obserwowaliśmy nadjeżdżające do wioski czołgi amerykańskie. Na ich widok zbiegliśmy na dół i pognaliśmy je witać. A oni, jak tylko się dowiedzieli – kim jesteśmy, zaopatrzyli nas w różne rzeczy, przede wszystkim w słodycze, głównie w czekolady. Byliśmy oszołomieni, poczuliśmy smak wolności. Kilka dni później, gdy inne oddziały zatrzymały się w naszej miejscowości na dłużej, w naszym mieszkaniu zorganizowano wielką ucztę. Muszę tu dodać, że wśród żołnierzy byli i tacy, którzy mieli tzw. polskie korzenie i mówili po polsku. Jadła, głównie konserwowego i napojów było niezwykle dużo.

Oczywiście, nie obyło się bez toastów – szybkiego powrotu do domów, jak również wiwatów typu: Hitler kaput! Jeszcze jedno, co miało wręcz symboliczny charakter, to polecenie alianckich władz wojskowych, aby tutejsi Niemcy – przez kilka dni – nosili w rękach białe chusteczki na znak, że się poddali. Do dziś nie wiem, gdzie mój cztery lata starszy kochany brat zdobył pistolet. I to taki z jak najbardziej ostrą amunicją. W piwnicy urządziliśmy sobie strzelnicę i było ostre strzelanie.  Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że było to jakieś odreagowanie na  wszystko, cośmy przeżyli.    

Jakie jeszcze obrazy kojarzą się Panu z wyzwoleniem? 

Świniobicie! (Śmiech.) Mój ojciec i kilkoro innych dawnych robotników przymusowych z wioski, zorganizowali w miejscowym folwarku prawdziwe „świniobicie”! Wybrali najładniejszą sztukę (czyli tucznika), jaka ówcześnie była do osiągnięcia. Jakież z tego były wędliny – palce lizać ! Zgłosili się nawet miejscowi Niemcy, żeby się z nimi podzielić. 

W czasie pobytu w Niemczech nie mieliście możliwości uczestniczenia w Mszach Świętych, prawda?

Niestety, nie. Pierwsza Msza Święta, w której uczestniczyliśmy, była to Msza Święta polowa, odprawiona przez polskiego kapelana wojskowego. Było to dla  nas wyjątkowe przeżycie. W czasie tej Mszy Świętej wszyscy jej uczestnicy odmówili głośno spowiedź powszechną i otrzymali rozgrzeszenie. Pamiętajmy, że były to wyjątkowe okoliczności.       

Zyskaliście status uchodźców wojennych, zwanych w skrócie przez Amerykanów dipsami. Od określenia displaced person. Po wyzwoleniu nie zostaliście w Saksonii, ani nie ruszyliście do Polski. Wyzwoliciele zabrali Was do Bawarii, gdzie mieliście zamieszkać w obozie dla uchodźców. Jednak po drodze trafiliście do Buchenwaldu. I to na dwa lub trzy tygodnie. Dlaczego?

Tu trzeba podkreślić, że nie do samego obozu koncentracyjnego, który zresztą był już wyzwolony, ale bardzo blisko niego. Mieliśmy tam mieć swoisty postój. Amerykanie ulokowali nas w mieszkaniach strażników obozowych, czyli w budynkach znajdujących się na tyle blisko obozu, by strażnicy nie mieli do niego daleko i na tyle daleko, by można było odciąć się jakość od obozowej rzeczywistości. W obozie przebywało wciąż jeszcze wielu więźniów, część z nich było przewodnikami dla tych, którzy to piekło chcieli albo musieli zobaczyć na własne oczy. Mówię musieli, bo alianci nakazali wręcz lokalnym mieszkańcom przybyć do obozu i zmierzyć się ze zbrodniami systemu nazistowskiego. Jeśli chodzi o sam obóz, to wiadomo jakie było jego przeznaczenie. W czasie zwiedzania widać było, ze krematoryjne piece jakby dopiero co przestały „funkcjonować”.

Przewodnik, który nas oprowadzał, pokazał nam m.in. pomieszczenie, gdzie przechowywane były szklane pojemniki z różnymi preparatami ludzkich organów (np. głowy w przekroju pionowym). Były to niezbite dowody świadczące o przeprowadzaniu medycznych eksperymentów na obozowych więźniach. Poza obozowymi barakami, w których gnieździli się więźniowie i budynkami z piecami krematoryjnymi, były jeszcze pojedyncze bunkry, przeznaczone dla szczególnie „groźnych” więźniów. Bunkry te to były specjalne, betonowe pomieszczenia, w wewnątrz których było bardzo mało miejsca do poruszania się. Skazaniec nie mógł się wyprostować, tzn. mógł pozostawać tylko w pozycji pochylonej, a z sufitu, bez przerwy, sączyła się na niego zimna woda. Moja dwa lata starsza siostra strasznie przeżyła to, co zobaczyła w obozie. Myślę, że doznała jakiegoś rodzaju szoku. Po powrocie przez tydzień nie wstawała z łóżka, nic nie jadła, tylko piła jeśli już.

A jak było w Bawarii?

Krajobraz niezwykle malowniczy. Wspaniale widoki Alp. Miejscowość, w której znajdował się nasz obóz, nazywała się Peissenberg. Prowadzony był przez UNRRA i był obozem międzynarodowym. Oprócz Polaków, byli też Rosjanie, Ukraińcy, Czesi. Wśród naszych rodaków byli także uczestnicy Powstania Warszawskiego. Życie w obozie było dobrze zorganizowane. Na miejscu była szkoła podstawowa, do której poszła moja młodsza siostra. Starsza młodzież dojeżdżała do gimnazjum i liceum do Murnau. Byli tam też maturzyści, którzy skorzystali z możliwości rozpoczęcia wyższych studiów w Monachium. Oprócz zajęć szkolnych organizowane były różne koncerty, odczyty, spotkania z interesującymi ludźmi, np. pisarzami. Przyjeżdżali tu także oficerowie z II Korpusu gen. Andersa.

W czasie jednego ze spotkań z nimi, zapytali mojego starszego brata i mnie czy nie chcielibyśmy z nimi pojechać ? W tym czasie II Korpus przeprowadzał się z Włoch do Anglii. Nie skorzystaliśmy z propozycji.  W obozie działało również harcerstwo. Wracając pamięcią do szkoły średniej (gimnazjum i liceum w Murnau), do której zaczęliśmy uczęszczać (starszy brat, starsza siostra i ja), spotkaliśmy tam również wielu powstańców z Warszawy. Ciekawostką było też to, że jedynym z nauczycieli w Murnau był zięć gen. Władysława Sikorskiego – Stanisław Leśniowski. Na terenie obozu znajdowała się także kaplica, w której były odprawiane Msze Święte, rozmaite nabożeństwa i udzielano w niej wielu ślubów. Organizowano nam także wycieczki np. do słynnego Garmisch-Partenkirchen. Było tam m.in. wesołe miasteczko, a w nim kolejka górska. Kolejka ta miała bardzo duże powodzenie. Szczególnym powodzeniem cieszyła się wśród żołnierzy amerykańskich. Raz tylko udało mi się nią przejechać. 

Pan i pańska rodzina wróciliście do Polski w październiku 1946 roku. To chyba dość późno.

To nie była wcale oczywista decyzja. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wracamy do kraju, w którym, pomimo milionów ludzkich ofiar, wolność była bardzo ograniczona. Wiedzieliśmy o dramatycznych przeżyciach rodaków z Kresów wschodnich. Znaliśmy również historie o haniebnym morderstwie popełnionym na naszych oficerach w Katyniu. Byliśmy zapisani całą rodziną na listę wyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych i tak naprawdę w ostatniej chwili ojciec zdecydował, że wracamy jednak do Polski. Wyruszyliśmy z Augsburga i jechaliśmy do kraju prawie tydzień. W każdym wagonie był piecyk, mieliśmy też dobre wyżywienie. Miejscami zdarzały się dłuższe postoje. Jadąc przez terytorium Niemiec widzieliśmy skutki bombardowań. Nasza trasa była długa, wiodła również przez terytorium Czechosłowacji, w tym przez Pragę. Na granicy polsko-czechosłowackiej witano nasz transport z orkiestrą. Tu pożegnaliśmy żołnierzy amerykańskich i podziękowaliśmy za dobrą opiekę. 

Aleksandra Polewska-Wianecka

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!