TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 25 Sierpnia 2026, 18:25
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Powołany do misji

Powołany do misji 

O życiu wśród ubogich, niebezpiecznych wyprawach, i o tym, dlaczego mimo trudności i tęsknoty za rodziną nigdy nie chciał wrócić do Polski - opowiada ks. Piotr Schewior, który od 30 lat posługuje na misjach w Brazylii. 

We wrześniu minie, jeżeli Bóg pozwoli, 30 lat Księdza posługi na misjach. Zapytam zatem, co sprawiło, że zdecydował się Ksiądz wyjechać na misje do Brazylii? 

Ks. Piotr Schewior: To jest dłuższa historia. Zawsze lubiłem słuchać o misjonarzach, zwłaszcza od mamy, która dużo czytała o misjach i potem opowiadała. Poza tym kiedy do mojej rodzinnej parafii w Łubowie przyjeżdżali różni misjonarze, słuchałem ich z wielką ciekawością. Kiedy już byłem w seminarium duchownym, to po dwóch latach studiowania filozofii chciałem się przenieść do jakiegoś zgromadzenia zakonnego misyjnego. Myślałem o Zgromadzeniu Świętego Ducha albo werbistach. Ale ojciec duchowny ks. bp Teofil Wilski powiedział mi, bym został w diecezji, ukończył formację seminaryjną, a potem pojadę na misje jako ksiądz. I tak zrobiłem.

Święcenia kapłańskie przyjąłem 4 czerwca 1988 r. Najpierw byłem w parafii w Inowrocławiu, a potem przeniesiono mnie do parafii pw. Chrystusa Króla w Jarocinie. Jednak myśl o misjach mnie nie opuszczała. Nawet kiedy byłem w Inowrocławiu, to myślałem przenieść się do Kazachstanu, bo tam pojechał mój kolega z Bydgoszczy. Odłożyłem tę myśl na później, bo widziałem, że i mojej mamie nie bardzo się ona spodobała. I tak zamiast na misje pojechałem na studia prawnicze do Rzymu. Ale to właśnie ten czas w Rzymie i spotkane tam osoby upewniły mnie w przekonaniu, że pojadę na misje. Zrobiłem licencjat z prawa kanonicznego i powiedziałem ówczesnemu biskupowi kaliskiemu Stanisławie Napierale, że chcę jechać na misje. Niestety wtedy nie zgodził się mówiąc, że mam na dwa lata wrócić do Polski, a potem zobaczymy. Początkowo byłem zły na księdza biskupa. I na marginesie dopowiem, że biskup Napierała nie wierzył w moje powołanie, myślał, że sam nie wiem czego chcę. Powiedział mi o tym w jednej z późniejszych rozmów i przeprosił, że mylił się co do mnie. Zaznaczę, że ks. bp Stanisław Napierała za każdym razem kiedy przyjeżdżałem, zapraszał mnie do siebie i z wielką uwagą słuchał o wszystkim, co działo się u mnie na misjach.

Zostałem jak powiedział i do dziś jestem mu bardzo wdzięczny za czas spędzony w Kaliszu i za osoby, które wtedy poznałem. Nie rezygnując z pragnienia, zostawiłem moje dane w centrum misyjnym z gotowością wyjazdu do jakiegoś kraju w Azji, Afryce, czy też Ameryce Południowej. Szybko okazało się, że potrzebują księży w Brazylii. Od razu się zgodziłem i powiedziałem: „Pojadę do Brazylii”. Każdy kolejny biskup kaliski również okazywał zainteresowanie moją pracą na misjach i ofiarowywał swoją pomoc. Za co jestem im bardzo wdzięczny. Obecny ks. biskup Damian również mnie przyjmuje bardzo dobrze i z wielkim zainteresowaniem mnie słucha.

Czy pamięta Ksiądz dzień, w którym po raz pierwszy stanął na brazylijskiej ziemi? Jakie emocje wtedy Księdzu towarzyszyły?

Zacznę od tego, że w ogóle to bałem się lecieć samolotem, nie miałem pojęcia, jak to jest. Nigdy wcześniej nie leciałem. Ks. Dariusz Matusiak, z którym byłem w Kaliszu na parafii. zawiózł mnie do Niemiec, a tam ks. Michał Kieling zawiózł mnie na lotnisko we Frankfurcie, wytłumaczył jak wygląda lot, że nie ma przystanków jak podczas podróży autobusem. Do Brazylii doleciałem 30 września 1996 r. o godz.17.20. Na lotnisku w Rio de Janeiro czekał na mnie biskup, franciszkanin Agostino Januszewicz. Potem samolotem doleciałem do stolicy kraju Brasilia. Czułem się szczęśliwy, że doleciałem, że moje marzenie się spełniło. Ksiądz biskup zabrał mnie do Luziânia, gdzie mieszkał.

Mój pierwszy dzień na misjach zbiegł się ze wspomnieniem św. Teresy od Dzieciątka Jezus, patronki misji. Pierwszym moim zadaniem było nauczyć się języka, bo w Polsce już trochę uczyłem się portugalskiego, ale podstawowych słówek. Biskup zabierał mnie na parafię, bym poznawał ludzi, rozmawiał z nimi. Z czasem nauczyłem się czytać Mszę Świętą. Po kilku miesiącach, mniej więcej w czerwcu, kiedy biskup zobaczył, że dobrze mówię po portugalsku i rozumiem innych wysłał mnie na pierwszą parafię. Najpierw pracowałem w parafii Nossa Senhora Aparecida w Jardim Ingá w diecezji Luziâni w stanie Goiás. To znaczy tam nie było parafii, to był region, który należał do innej parafii, ale miała tam zostać utworzona parafia. Byłem więc pierwszym proboszczem tej parafii i zostałem tam siedem lat. A potem biskup przeniósł mnie do parafii katedralnej (Nossa Senhora da Evangelização) Matki Bożej od Ewangelizacji w Luziânia w stanie Goiás. Tam byłem trzy lata, ale moim pragnieniem była Amazonia, bo zawsze marzyłem o dżungli. Dostałem zaproszenie od biskupa z Amazonii. Przeniosłem się do Prałatury Terytorialnej Tefé w stanie Amazonas. Moje marzenie się spełniło i kolejne 17 lat i kilka miesięcy pracowałem w parafii św. Teresa z Avila w Tefé. To był rekord, bo parafia istnieje tam od roku 1759 i żaden ksiądz nie był tam aż 17 lat proboszczem. Obecnie od dwóch i pół roku jestem w parafii (Nossa Senhora Aparecida) Matki Bożej z Aparecida w Japurá w stanie Amazonas. To mała i bardzo biedna miejscowość, ale biskup poprosił, więc zgodziłem się, przecież to Pan Bóg kieruje historią człowieka, moją historią.

A jak Ksiądz postrzega wiarę Brazylijczyków? Czy są oni silnie związani z Kościołem, z Bogiem, czy też mają kryzysy jak w innych krajach?

Oni są bardzo związani z Panem Bogiem. Badania mówią, że 96% Brazylijczyków wierzy w Boga i Mu ufa. Ale to wcale nie znaczy, że oni są związani z instytucją, z Kościołem. To są dwie różne sprawy i wszystko zależy od regionu. W regionie, w którym jestem, jest bardzo dużo protestantów i zielonoświątkowców. Do Kościoła katolickiego przyznaje się tutaj połowa mieszkańców. Moje miasto liczy 7 tysięcy mieszkańców, a 3,5 tysiąca z nich mówi, że są katolikami, ale na wszystkich Mszach w niedzielę jest ok. 180 - 200 ludzi praktykujących. Reszta w ogóle nie chodzi do kościoła i nie ma związku z Kościołem. Dla przykładu powiem, że w tym roku ochrzciłem tylko jedno dziecko. Ponadto w ciągu tych dwóch i pół roku nie było żadnego ślubu, a do spowiedzi ludzie bardzo rzadko przystępują, do tego stopnia, że czasami muszę sobie przypominać formułę rozgrzeszenia. Sakrament chorych to też ciężka sprawa. Tak więc życie sakramentalne jest bardzo osłabione. Również na katechezę dla dorosłych uczęszcza mało ludzi. W zeszłym roku było sześciu dorosłych, którzy przyjęli bierzmowanie i dwóch zostało ochrzczonych oraz przyjęło Pierwszą Komunię św. i bierzmowanie. W tym roku jest czterech dorosłych, których przygotowuję do bierzmowania, bo już są ochrzczeni.

Czy przez te 30 lat miał Ksiądz chwile zwątpienia, czy zastanawiał się nad powrotem do Polski?

Nie miałem. Nigdy! Choć były różne momenty, zwłaszcza na początku, gdy nie umiałem jeszcze dobrze języka portugalskiego. Owszem komunikować się umiałem, ale nie potrafiłem przekazać co czuję tak w głębi duszy. Nie miałem też łatwej placówki, to było miejsce, gdzie ludzie przyjeżdżali z różnych części Brazylii, szukali pracy. To było takie miasteczko fawelowe, pełne gangów narkotykowych, zabijali się nawzajem i działy się masakryczne sceny. Mnie osobiście nic nie zrobili, mówiłem im dzień dobry, jak chcieli paczkę papierosów, to im kupiłem. Nigdy mnie nie okradli, nigdy mnie nie napadli, czemu inni nawet się dziwili. Ale kiedy któryś trafił do więzienia to odwiedzałem jego rodziców, kiedy któryś zginął chowałem go, przewodniczyłem uroczystościom pogrzebowym. Szanowali mnie.

Tym, co mnie zniechęca to budowa. Nigdy nie lubiłem budować, a tu niejako byłem zmuszony. W poprzednich parafiach wybudowaliśmy wiele kościołów, domy parafialne, centra katechetyczne. W obecnej parafii zrobiliśmy remont gruntowny centrum katechetycznego, wybudowaliśmy plebanię, kapliczkę. Ludzie choć biedni to pomagają. I powtórzę jeszcze raz, mimo różnych trudności, nigdy nie miałem takiego momentu w moim życiu, żebym powiedział: „Wracam do Polski, już tu nie wytrzymam”. Byłem zawsze przekonany, że Pan Bóg chciał, żebym był na misjach i jak Pan Bóg chce to daje człowiekowi siłę i pomaga przezwyciężać różne trudności. Zawsze pokładałem ufność w Panu, bo decydując się na Brazylię, wiedziałem o niej tyle co nic, że jest tam karnawał, dobrze grają w piłkę nożną i w Brazylii jest ten sam Pan Jezus co w Polsce. Nie wykluczam, że kiedyś wrócę do Polski.

Czy te 30 lat w Brazylii zmieniło Księdza rozumienie pracy na misjach? Czy jest tak, jak sobie Ksiądz wyobrażał?  

Człowiek jadąc na misje myśli, że jedzie tych ludzi nauczać, nawracać itd. A kiedy już tam jest widzi, że Kościół już jest, że Kościół działa i chociaż brakuje księży to ludzie wierzą w Pana Boga i  jakoś sobie radzili. Posługa na misjach nauczyła mnie, że jest się tam dla ludzi, że trzeba być wśród nich i z nimi podejmować decyzje. To jest bardzo ważny element: żyć wiarą razem z tymi ludźmi. Być razem z nimi i mówić ich językiem, jeść to co oni, po prostu przyzwyczaić się do ich stylu życia i zrozumieć ich sposób myślenia. Być elastycznym w życiu codziennym zachowując, jako stale normy moralne i nauczanie Kościoła. 


30 lat na misjach to już spory wyczyn. Z czego Ksiądz jest dumny?

Przede wszystkim jestem bardzo zadowolony, że ludzie mnie lubią, że mi wybaczają moje słabości, bo jestem tylko człowiekiem i błędy się zdarzają, ale ludzie mi pomagają, identyfikują się z moją osobą. Kiedy coś planuję, chcę coś zrobić to rozmawiam z nimi, wypytuję się, co oni uważają za ważne i wtedy oni czują, że to jest wspólne dzieło. Oni wiedzą, że ich lubię i ja czuję, że oni mnie też lubią. Myślę, że to jest ważne.

Czy jest coś, czego Księdzu brakuje w Brazylii, a może kogoś?

Mojej rodziny, mamy, braci, siostry, wujków, kuzynów, by móc się z nimi spotkać od czasu do czasu. Brakuje mi mojej mamy, która modli się za misje, za księży na misjach i wierzę, że Pan Bóg posłużył się nią, by pokazać mi moją drogę kapłańską, moje miejsce w świecie, na misjach. 

Czego można życzyć Księdzu w tym jubileuszowym czasie? 

Tego, czego można mi życzyć, to przede wszystkim nieustannego wzrostu w wierze i miłości do Pana Boga i Kościoła. No i zdrowia, bo wiele zależy od zdrowia, by mieć siły realizować pracę misyjną. Zdrowie jest tu bardzo ważnym aspektem, bo przecież muszę się przemieszczać, docierać w głąb dżungli, niekiedy płynąć kilka godzin motorówką do odległej osady. Na przykład podróż na granice Kolumbii nie dość, że długa to bywa także niebezpieczna, bo po opuszczeniu miasta przez 10 godzin po drodze nic nie ma, tylko dżungla i woda. Na granicy są dwie osady: wojskowa z cywilami i wioska Indian. Kiedy już mówimy o przemieszczaniu się, wspomnę, że nieraz bywało bardzo groźnie. Nieraz miałem strach w oczach, kiedy wody szarpały barką, a z wody patrzyły na mnie oczy krokodyli. Myślałem, że to moje ostatnie chwile. Jednak moja posługa wśród ludzi wymaga ode mnie wypłynięcia do nich z posługą. Dlatego zdrowie jest najważniejsze. Potrzebne, by podołać wszystkiemu. W 2028 r. parafia, na której obecnie jestem, będzie obchodziła 25 – lecie, więc muszę przygotować wiernych do uczczenia jubileuszu. 

Podsumowując tę rozmowę, jak i moje 30 lat posługi na misjach, to chcę wyrazić wielkie dziękczynienie Bogu, za to co dla mnie czyni, za to wszystko co się przez ten czas wydarzyło i co jest godne dziękczynienia. Dziękuję za ludzi, przez których Pan Bóg działa, za wszystkich, których postawił na drodze mojego życia, także za dobroczyńców z Polski. 

rozmawia Arleta Wencwel-Plata

 

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!