Powierz Panu swoją drogę

Marzyła o zostaniu lekarką, a pracuje za biurkiem w Kurii diecezjalnej. Pragnęła, by być blisko Jezusa i oddać Mu swoje życie, co spełnia się każdego dnia. W dniu 25-lecia życia zakonnego s. Alina dzieli się świadectwem swojej drogi.
Srebrny jubileusz 25-lecia życia zakonnego to czas podsumowań. Kiedy patrzy Siostra wstecz na ćwierćwieczy bilans, co pojawia się w sercu jako pierwsze?
S. Alina Andryszewska CSFN: Zadziwienie, radość i wdzięczność. Zadziwienie, że to już 25 lat i że minęły tak szybko. Radość, bo każdy jubileusz powinien być czasem dobrych, pozytywnych przeżyć i wspominania tego, co piękne. I przede wszystkim wdzięczność Bogu za wszystkie łaski, którymi mnie obdarzył, za wszystkie doświadczenia, zarówno te piękne, jak i te trudniejsze, za ludzi, których postawił na mojej drodze. Kiedy patrzę wstecz, widzę, że nie wszystko było tak, jak sobie kiedyś wyobrażałam. Ale dzisiaj wiem, że właśnie przez te różne sytuacje Pan Bóg prowadził mnie i uczył mnie powołania i zaufania. Jest też wzruszenie, bo 25 lat to kawał życia. I chyba coraz bardziej widzę, że powołanie nie polega na wielkich rzeczach, ale na codziennym, wiernym byciu tam, gdzie Pan Bóg mnie postawił.
Jak zrodziło się Siostry powołanie i dlaczego wybrała Siostra właśnie to zgromadzenie?
Moje powołanie nie pojawiło się nagle. Był to proces, który zaczął się bardzo wcześnie. Pochodzę z przeciętnej, religijnej rodziny, dziadek był człowiekiem bardzo pobożnym, dużo się modlił i myślę, że jego wiara miała na mnie duży wpływ. A pierwsza myśl, że będę siostrą zakonną pojawiła się już w zerówce. Kwestie wiary zawsze traktowałam bardzo poważnie. Przez długie lata, właściwie aż do momentu pójścia do klasztoru, należałam do Dzieci Maryi, czyli tzw. „marianek”, byłam lektorką w parafii, a kiedy brakowało ministrantów podejmowałam również tę posługę. Natomiast w pierwszej klasie liceum wraz z koleżanką dostałyśmy zaproszenie na rekolekcje do sióstr nazaretanek. Było to w 1998 r. i od tamtego momentu jeździłam na rekolekcje, a także utrzymywałam listowny kontakt z siostrami. Te spotkania pozwoliły mi bardziej poznawać życie nazaretanek i rodziło się we mnie przekonanie, że być może jest to miejsce, w którym Pan Bóg chce mnie mieć. W moim sercu było ogromne pragnienie bycia blisko Jezusa i kwestie charyzmatu, duchowości czy reguły były wtedy tematem drugorzędnym. Najważniejsze było dla mnie to, żeby być blisko Jezusa i oddać Mu swoje życie. Dopiero później zaczęłam odkrywać, czym jest konkretne zgromadzenie, jego charyzmat i sposób realizowania powołania. Dzisiaj po 25 latach widzę, że Pan Bóg prowadził mnie krok po kroku, a to, co wtedy było przede wszystkim pragnieniem serca, z czasem stało się świadomą decyzją i konkretną drogą życia.
Większość osób kojarzy siostry zakonne z pracą w katechezie, szpitalach, domach opieki czy z dziećmi. Siostra tymczasem na co dzień pracuje w biurze, zajmuje się kadrami, płacami, księgowością i zamiast paciorków liczy pieniądze. Czy to był Siostry wybór, zamiłowanie, czy posłuszeństwo wobec decyzji przełożonych?
W tym miejscu moja odpowiedź może trochę zaskoczyć, bo moim marzeniem było studiowanie medycyny. Moja mama jest pielęgniarką, a jej książki medyczne z liceum medycznego były moimi ulubionymi lekturami. Czytałam je już od czwartej klasy szkoły podstawowej. Można więc powiedzieć, że medycyna była moją pierwszą miłością. A co do pytania o pracę w biurze, to na pewno nie wstępowałam do zgromadzenia z myślą, że będę kiedyś zajmowała się kadrami, płacami, księgowością, dokumentami i przepisami, a już na pewno nie finansami. Moi przełożeni wiedzieli o moich zainteresowaniach i początkowo w planach było, że zostanę nauczycielką biologii, geografii i przyrody. Natomiast życie zakonne nauczyło mnie, że powołanie nie zawsze realizuje się w taki sposób, w jaki sobie wcześniej wyobrażamy. Choroba i stan zdrowia wiele zweryfikowały. Okazało się, że w mojej sytuacji zdrowotnej dobrym rozwiązaniem będzie praca za biurkiem. Z czasem przekonałam się, że całkiem dobrze się w niej odnalazłam. Zaczęły mnie naprawdę interesować sprawy kadr, płac, przepisy i finanse. I dziś z perspektywy lat widzę, że również w tej przestrzeni Pan Bóg miał swój plan. Praca w biurze jest przede wszystkim moją posługą, bo choć siedzę przy dokumentach to wiem, że za nimi są konkretni ludzie i ich sprawy. Właśnie to pomaga mi pamiętać, że nawet praca przy biurku może być formą służby. I tak, czasami rzeczywiście mam wrażenie, że zamiast paciorków liczę paragrafy i kolejne zmiany w prawie. (Śmiech)
Wspomniała Siostra o studiach. Jak wyglądało łączenie życia we wspólnocie zakonnej z nauką na świeckiej uczelni?
Nie zawsze było łatwo, a momentami czułam się naprawdę wyczerpana. Studia wymagały czasu, systematyczności i dobrej organizacji. A przecież życie wspólnotowe to również modlitwa, obowiązki, praca, zaangażowanie, relacje i odpowiedzialność. Jednak kiedy przychodziły myśli: „już nie dam rady”, wtedy nauczyłam się jeszcze mocniej ufać Bogu i powierzać Mu wiele spraw i czułam Jego troskę i że pomaga mi w sytuacjach, w których po ludzku wydawało mi się, że nie dam rady. Na mojej drodze stawiał też dobrych ludzi, na których mogłam polegać. Wspierały mnie również siostry ze wspólnoty i dzięki nim studia nie były tylko czasem nauki i wysiłku, ale również pięknym doświadczeniem relacji i życzliwości. Jednocześnie studia dały mi dużo satysfakcji i poczucie, że rozwijam się również po to, żeby później lepiej służyć tym, za których jestem odpowiedzialna. Dzisiaj patrzę na ten czas z dużą wdzięcznością, bo choć był wymagający to poza potrzebną wiedzą nauczył mnie przede wszystkim zaufania. Bardzo dobrze oddają to moje ulubione słowa z Psalmu 37: „Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał”.
Jak w natłoku pracy, jak wiemy czasami niełatwej, przy ciągłych zmianach przepisów odnaleźć miejsce na duchowość?
To chyba jest największe wyzwanie, Wyzwanie żeby nie pozwolić, aby codzienny natłok spraw całkowicie mnie pochłonął. Duchowość nie może jednak kończyć się w chwili, kiedy siadam przy komputerze. Jeśli rano jestem na modlitwie, a później przez kilka godzin zajmuję się dokumentami, to nadal jestem tą samą osobą i nadal realizuję swoje powołanie. Czasami duchowość jest bardzo prosta, to cierpliwość wobec drugiego człowieka, uczciwe wykonanie pracy, pomoc komuś i wyjaśnić, jeśli czegoś nie rozumie, albo zachowanie spokoju wtedy, kiedy przepis zmienia się po raz kolejny. (Śmiech)
Czy przez te 25 lat pojawiły się momenty kryzysu lub zmęczenia? Jeśli tak, to jak Siostra radzi sobie w takich momentach.
Oczywiście, że były momenty zmęczenia, trudniejsze chwile i kryzysy. Życie zakonne, tak jak każde życie, nie składa się wyłącznie z pięknych i łatwych momentów. Są chwile kiedy człowiek ma więcej pytań niż odpowiedzi i ma naprawdę dość. W takich sytuacjach przede wszystkim wracam do modlitwy, do bliskiej relacji z Jezusem. To właśnie tam szukam siły i odpowiedzi. Czasami nie dostaję ich od razu, ale sama świadomość, że mogę wszystko powiedzieć Jezusowi, że mogę przed Nim stanąć taka, jaka jestem, również zmęczona, zniechęcona czy bezradna, bardzo mi pomaga. Dzisiaj chyba coraz bardziej rozumiem, że kryzys nie musi oznaczać końca drogi. Czasami jest momentem, w którym trzeba się zatrzymać, popatrzeć na swoje życie jeszcze raz i pozwolić Panu Bogu, żeby pokazał, co jest naprawdę ważne i pozwolić Bogu działać.
Czego życzyć Siostrze na kolejne 25 lat?
Chyba przede wszystkim tego, żebym nadal potrafiła być wierna temu „tak”, które powiedziałam Panu Bogu 25 lat temu. Żebym nie zgubiła po drodze radości z powołania, nawet jeśli życie przynosi zmęczenie, obowiązki i różne trudności. Chciałabym też, żeby kolejne lata były czasem jeszcze większego zaufania, pokoju i wdzięczności. A jeśli Pan Bóg pozwoli, chciałabym nadal mieć wokół siebie ludzi, z którymi można się modlić, pracować, śmiać i po prostu być razem.
Rozmawia Arleta Wencwel-Plata
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!