Poskramianie złośnicy

Powiedzieć, że żona Jana Matejki była kobietą z temperamentem, to nic nie powiedzieć. Kiedy artysta przyszedł, by się jej oświadczyć, rzuciła w niego pierścionkiem, który sam zaprojektował i zwymyślała mu od karłów i cherlaków. Ale on i tak ją kochał.
Od urodzenia słyszała, że jest prześliczna. I rzeczywiście była. Miała ciemne, gęste, bujne włosy, przepiękne, duże niebieskie oczy osadzone pod wyrazistymi, ciemnymi brwiami. Całości dopełniały spektakularne rzęsy i naturalnie karminowe usta. Nazywała się Teodora Giebułtowska i była osiem lat młodsza od Jana. Matejko znał ją od najmłodszych lat, jednak gdy wrócił do Krakowa po studiach artystycznych w Monachium i ujrzał jak piękna nastolatka wyrosła z tamtej małej laleczki, postanowił, że ją poślubi. Teodora, zwana przez najbliższych Tosią, miała wówczas dopiero 15 lat, jednak młody malarz nie zamierzał zwlekać. Zaprojektował wspaniały pierścionek zaręczynowy, który dziś można zobaczyć w jego muzeum przy ul. Floriańskiej w Krakowie i zdecydował jak najszybciej na niego zarobić. Ze studiów w Monachium przywiózł pewność, że chce malować historyczno-patriotyczne monumenty, teraz jednak wiedział, że aby w miarę szybko zarobić pieniądze musi – przynajmniej tymczasowo – przestawić się na tematykę bardziej komercyjną, a w tamtym okresie były nią portrety. Choć artysta zdążył już zasłynąć w Krakowie jako młody, zdolny i obiecujący, portrety jego autorstwa nie cieszyły się jeszcze szczególnym wzięciem. Na szczęście już po roku, mógł udać się do państwa Giebułtowskich i poprosić o rękę ich córki.
Będziesz miał z nią straszne życie
Giebułtowscy nie widzieli przeszkód do zawarcia przez Tosię ślubu z młodym malarzem, jednak przyszła teściowa czuła się zobowiązana uprzedzić przyszłego zięcia, że Teodora nie jest najlepszym materiałem na żonę. Ma bardzo trudny charakter – zaczęła wyliczankę. – Będziesz pan miał z nią straszne życie. Jest nieprawdopodobnie uparta, krnąbrna, wredna i złośliwa. Nie znosi sprzeciwu. Wciąż jest niezadowolona, nie sposób jej dogodzić. A do tego wszystkiego to leń patentowy i wielki niechluj! – kontynuowała Giebułtowska. – Potrafi tak nabałaganić, że służące odmawiały sprzątania po niej! Ale Jan był niewzruszony. Zresztą nie miał pewności czy Giebułtowska nie próbuje w ten zawoalowany sposób zwyczajnie odprawić go z kwitkiem. Tosia natomiast, usłyszawszy oświadczyny malarza, chwyciła pierścionek i z impetem cisnęła nim w absztyfikanta. Nie trafiła. Cacko z brzękiem uderzyło o podłogę i coś się od niego oderwało. Prawdopodobnie jeden z diamentów. W życiu nie wyjdę za kogoś takiego! – huknęła młodziutka piękność. – Jesteś pan rudy jak kot dozorcy, do tego nikczemnej postury, a gdyby tego było mało, to jeszcze chorowity! Nawet diabeł do piekła by Pana nie chciał! - mówiła. Matejko podniósł uszkodzony pierścionek i wrócił do siebie. Oczywiście, że był zdruzgotany tym co usłyszał, ale nie zamierzał rezygnować. Rok później, gdy jego renoma nie tylko w Krakowie, ale i na terenie całej Galicji gwałtownie wzrosła, Tosia przyjęła oświadczyny. Jednakże pod dwoma warunkami. Po pierwsze, miała mieć suknię ślubną, jakiej nikt nigdy w Krakowie nie miał ani nie widział. Po drugie, mąż miał zabrać ją w piękną, zagraniczną podróż poślubną. Najlepiej do Paryża. Artysta przystał na jedno i drugie.
Suknia z chińskiego jedwabiu
Jan uszczęśliwiony wizją małżeństwa z ukochaną, natychmiast przystąpił do zaprojektowania dla niej upragnionej sukni ślubnej. Projekt łączył w sobie elementy staropolskiego kontusza i europejskiej sukni balowej. Do uszycia kreacji Matejko sprowadził biały i delikatny jak mgła, jedwab z Paryża, który wcześniej przywieziono do Francji z Chin. Materiał był bogato haftowany. Suknia ślubna Teodory Matejko była nie tylko spektakularna, ale na całe dziesięciolecia stała się legendą w Krakowie. Krakowianki domagały się wręcz wyeksponowania sukni na specjalnej wystawie, ale pani Matejkowa stanowczo sprzeciwiła się temu pomysłowi. Razem z Janem zdecydowali natomiast, że on namaluje jej portret w stroju ślubnym i kto będzie chciał, będzie ewentualnie mógł przyjrzeć się kreacji na tej zasadzie. Matejkowie wzięli ślub 21 listopada 1864 roku w kościele na Skałce. Najpierw zamieszkali na Krupniczej, a potem w kamienicy przy Floriańskiej, w której dziś mieści się muzeum Matejki. Z okien tej kamienicy słychać było awantury jakie Tosia urządzała Jasiowi. Swoją drogą, o tych awanturach, podobnie jak i o sukni ślubnej Matejkowej, w Krakowie latami krążyły legendy.
Mimo tego małżeństwo Matejków uważano za udane. Złośliwi szeptali, że „udane” jest tylko dzięki temu, że Jan pozwala żonie na każdy kaprys i przymyka oko na każde jej przewinienie. Gdy zapragnęła rzadkiego, rasowego pieska, dostała go. Zamarzyła o dworku pod Krakowem, mąż nie widział problemu. Swoją drogą, dworek ten (istniejący do dziś) stał się także swoistym wybawieniem dla Matejki. Latem żona zabierała dzieci i wyjeżdżała, a on mógł odetchnąć wreszcie z ulgą! Teodora urodziła Janowi pięcioro dzieci, z których jedno, córeczka, zmarła wkrótce po narodzinach. Dzieci – dwie dziewczynki i dwóch chłopców – były uderzająco podobne do matki, więc były śliczne niczym przysłowie lalki. Matejko zresztą, z upodobaniem malował zarówno swoje pociechy jak i małżonkę i rodzinka do dziś wygląda na tych portretach, dosłownie jak z obrazka. Jan nazywał Tosię swoją muzą, ona odwdzięczała mu się lawiną komplementów dotyczących jego twórczości, tyle, że on według niej, tych komplementów nie tylko nie doceniał, ale i nie rozumiał. Gdy dostał jeden z trzech złotych medali za udział w słynnym Salonie Paryskim, pochwaliła go publicznie określając mianem „medalowany chłopiec ciaciany”. A to zaledwie jeden z przykładów. Matejko czuł się zażenowany, zaś ona obrażała się, że mąż ceni sobie tylko pochwały od obcych ludzi.
Bałagan w salonie
Matejkowie byli zamożni, więc Tosia nie musiała ani gotować (zresztą nie umiała), ani sprzątać (nie znosiła), ani zajmować się przesadnie dziećmi. Od tego były służące i niańki. Mimo tego, dom artysty wyglądał często niczym po przejściu Hunów. Raz narysował nawet bałagan w domowym salonie, rysunek zachował się do dziś i mówi się o nim „karykatura”, gdy najpewniej było to przedstawienie wnętrza jeden do jednego. Choć Jan nigdy nie zdradził żony i do końca życia naprawdę ją kochał, Teodora urządzała mu teatralne sceny zazdrości. Na przykład gdy portretował młode, piękne kobiety. Raz, gdy zdecydował, że namaluje śliczną siostrzenicę żony jako kasztelankę, Tosia tak się wściekła, że na znak swego gniewu pocięła nożem swój portret w ślubnej sukni. (Na szczęście Matejko odtworzył go później z pamięci.) W atakach wściekłości pani Matejkowa była nieobliczalna. Choć mąż był gwiazdą malarstwa i stać go było na farby, nigdy ich nie marnotrawił. Rozgniewana Teodora potrafiła tymczasem porozlewać po podłodze rozrobione pigmenty, oblewać farbą obrazy, nad którymi Jan właśnie pracował, a czasami nawet je podpalać. Co ciekawe, konserwatorzy zabytków pracujący z obrazami Matejki, do dziś natykają się na dowody tamtych wybuchów agresji pani Teodory!
Cukrzyca
Przyszedł czas, w którym piękna pani Matejkowa zaczęła gwałtownie tyć. Lekarze zdiagnozowali u niej cukrzycę, jednak nie potrafili jej leczyć. Cukrzykom pomagano wysyłając ich do wód, a do tego faszerując morfiną. Po jednym z napadów furii chorej żony, Matejko zdecydował, że umieści ją w zakładzie dla obłąkanych. W domu stwarzała realne niebezpieczeństwo dla dzieci, a samodzielnie, tym bardziej mieszkać nie mogła. Po dwóch latach wypisano ją z zakładu, ale Jan nie pozwolił jej mieszkać w domu. Wynajmował jej mieszkania i opiekunów. Zmarł w wieku 55 lat w wyniku perforacji wrzodu żołądka. Tosia odeszła trzy lata po nim, w sierpniu 1896 roku, czyli dokładnie 130 lat temu.
Aleksandra Polewska-Wianecka
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!