Polskie objawienia Maryi
Wszystko zaczęło się w małej wiosce na Warmii przed 150 laty. Doszło tam do objawień Maryi, które jako jedyne w Polsce zostały uznane przez Kościół. Co dokładnie tam się wydarzyło, kim były wizjonerki - opowiada w rozmowie Ewa K. Czaczkowska, autorka książki „Odkryć Gietrzwałd na nowo”.
Wydała Pani książkę o objawieniach maryjnych w Gietrzwałdzie, które zostały uznane przez Kościół, ale w naszym kraju są mało znane. Maryja ukazywała się tam aż 187 razy, dla porównania w Fatimie tylko sześć. Do czego wzywała i które z jej wskazań są aktualne?
Ewa K. Czaczkowska: Matka Boża była widziana w Gietrzwałdzie przez 82 dni, od 27 czerwca do 16 września 1877 r. Pytałam teologów, mariologów, dlaczego tak długo. Wydaje się, że po to, by ludzi przyzwyczaić do systematycznej modlitwy różańcowej, bo to jest główne przesłanie Gietrzwałdu. Matka Boża na pytanie dziewczynek, czego sobie życzy, odpowiedziała: „Życzę sobie, żebyście codziennie odmawiali Różaniec”. Maryja zawsze ukazywała się właśnie w trakcie odmawiania Różańca, czyli uczestniczyła z ludźmi w modlitwie różańcowej. Drugim życzeniem Matki Bożej było to, by w miejscu objawienia postawić kapliczkę z jej figurą. Wcześniej przedstawiła się jako Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta, czyli tak samo jak w Lourdes. Wszystko inne, o czym Matka Boża mówiła w Gietrzwałdzie, wynikało z pytań, jakie zadawały dziewczynki, a były one formułowane przez proboszcza Augustyna Weichsela, duchownych przysłanych przez biskupa, czy innych dorosłych.
O jakie sprawy ludzie pytali Matkę Bożą?
Tych pytań było bardzo dużo. Z zachowanych protokołów wynika, że często dotyczyły one represji, jakie spadły na Kościół katolicki w Prusach z powodu Kulturkampfu. Pytano np. czy jakiś kościół zamknięty przez władze zostanie ponownie otwarty, czy wrócą do klasztoru wygnane siostry zakonne, czy zostanie zabrany biskup warmiński, bo w tym czasie na 16 biskupów w Prusach tylko trzech nie było uwięzionych. Ale były też pytania dotyczące osobistych spraw ludzi – chorób i uzdrowienia. Dużo pytań dotyczyło tego jak się modlić, jak można pomóc osobom zmarłym. Jedno z pytań ks. Weichsela dotyczyło pijaków i ludzi nierządnych - co się z nimi stanie. Maryja miała powiedzieć, że zostaną ukarani. Najczęstszą odpowiedzią Maryi na pytania ludzi było wskazanie, by się modlili. W ten sposób człowiek przecież zmienia siebie i zmienia postrzeganie świata, znajduje rozwiązanie wielu problemów. A gdy chodzi o alkoholizm, który był wtedy ogromnym problemem społecznym, to odpowiedzi Maryi stały się podstawą do rozwoju duszpasterstwa trzeźwościowego, obecnego w gietrzwałdzkim sanktuarium także dzisiaj.
Wspomniała pani, że Maryja objawiła się dziewczynkom, kim były wizjonerki?
Barbara Samulowska miała 12 lat, Justyna Szafryńska była o rok starsza. Były ze sobą daleko spokrewnione, obie chodziły do szkoły w Worytach. Oczywiście, były pobożne, pomagały rodzicom w zajęciach gospodarskich i przez świadków określane były jako prawdomówne. Barbara już przyjęła I Komunię św., a Justyna, która miała kłopoty w nauce, 27 czerwca 1877 r. zdała egzamin dopuszczający do I Komunii Świętej. I właśnie wtedy, gdy wyszła z kościoła po zdanym egzaminie, po raz pierwszy ukazała się jej Matka Boża. Po zakończeniu objawień zaczęły się represje pruskiej administracji wobec proboszcza, księży i pielgrzymów, którzy przyjeżdżali do Gietrzwałdu. Aby chronić dziewczynki proboszcz wysłał je do klasztoru szarytek w Chełmnie, po kilku latach wstąpiły one do tego zgromadzenia, formację zakonną zakończyły w Paryżu. W 1895 r. Barbara Samulowska wyjechała na misje do Gwatemali i tam zmarła w 1950 r. w opinii świętości. Natomiast Justyna w 1897 r. uciekła z klasztoru. Nie wiadomo z jakiego powodu opuściła zakon. Z wcześniejszych dokumentów, z którymi mogłam się zapoznać wynika, że była bardzo pobożna i bardzo przywiązana do Matki Bożej. Być może nie miała powołania do życia zakonnego. Dwa lata po opuszczeniu zakonu wstąpiła w sakramentalny związek małżeński, na co otrzymała zezwolenie z Watykanu. Teoretycznie zezwolenia nie potrzebowała, gdyż szarytki nie składają ślubów wieczystych, ale odnawiają śluby co roku, choć – trzeba dodać – wstępując do nowicjatu, wewnętrznie godzą się na trwanie w zakonie do końca życia. Justyna po siedmiu latach owdowiała. Co się z nią potem stało – kiedy i gdzie zmarła - nie wiadomo. Są różne hipotezy na ten temat: jedni twierdzą, że wyjechała z Francji do Niemiec, inni, że zmarła we Francji, gdzie była nauczycielką dzieci przyjaciela męża.
Oprócz dwóch wspomnianych dziewcząt w Gietrzwałdzie pojawiły się też fałszywe wizjonerki. Jak Pani myśli, dlaczego tak się stało?
W sprawozdaniu, jakie w sierpniu 1877 r. ks. Weichsel przedstawił biskupowi warmińskiemu Filipowi Krementzowi, wymienionych jest 10 osób, które miały mieć objawienia. Aż do początku 1880 r. brano poważnie pod uwagę cztery z nich. Dziewczynki – Justynę i Barbarę oraz mającą wtedy 23 lata Katarzynę Wieczorkównę i 46-letnią wdowę Elżbietę Bilitewską. Badający objawienia od początku nie mieli wątpliwości co do prawdziwości objawień dziewczynek. Inaczej było, gdy chodzi o Bilitewską i Wieczorkównę. Niemniej przez ponad trzy lata one również uchodziły za widzące. Dopiero wyrzuty sumienia Wieczorkówny spowodowały, że przyznała się proboszczowi do kłamstwa. Trudno powiedzieć, dlaczego kłamały. Może chodziło o sławę, bycie w centrum zainteresowania, bo do Gietrzwałdu w roku objawień przyjechało kilkaset tysięcy osób.
Ks. Weichsel już 8 sierpnia w liście do bpa Krementza pisał, że jest „przekonany o rzeczywiście zachodzącym objawieniu”. A kiedy objawienia oficjalnie zostały uznane za prawdziwe?
Dopiero po 100 latach. Ale z dokumentów można wnosić, że biskup Krementz w 1877 r. był bliski decyzji o ogłoszeniu prawdziwości objawień, ale na przeszkodzie stanął brak pozytywnego sygnału ze Watykanu. Wpływała na to kwestia relacji dyplomatycznych między Watykanem a zjednoczonymi Niemcami, którego władze patrzyły na objawienia w Gietrzwałdzie przez pryzmat niepodległościowych dążeń Polaków.
Uznanie objawień mogło nastąpić dopiero 100 lat później, w okresie normalizacji relacji polsko-niemieckich, po słynnym liście biskupów polskich do niemieckich, reorganizacji struktur kościelnych na ziemiach zachodnich i północnych. Stało się to we wrześniu 1977 r.
Przygotowując książkę korzystała Pani z dokumentów przechowywanych w zgromadzeniach zakonnych, relacji świadków, rozmawiała z teologami i historykami. Co nowego odkryła Pani o Gietrzwałdzie? Czy coś Panią zaskoczyło?
Dzięki uprzejmości sióstr szarytek w Chełmnie miałam dostęp do archiwaliów dotyczących obu dziewczynek z okresu ich pobytu w klasztorze, co bardzo wzbogaciło wiedzę o ich losach. Zaskoczyła mnie liczba objawień Matki Bożej. Chciałam znać dokładną liczbę, bo w literaturze podaje się „około 160 razy”. Moje obliczenia na podstawie archiwaliów wskazały na 187 razy i potwierdzenie tego znalazłam w opublikowanej w 1877 r. książce świadka wydarzeń ks. Franciszka Hiplera, rektora seminarium warmińskiego w Braniewie.
Wracając do wizjonerek, obie wstąpiły do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia, ale potem ich losy były zupełnie inne. Obecnie trwa proces beatyfikacyjny s. Barbary Samulowskiej, na jakim jest etapie?
Dekret uznający heroiczność cnót s. Barbary został ogłoszony przez Stolicę Apostolską na początku tego roku. Obecnie w Watykanie toczy się proces o uznanie cudu za wstawiennictwem s. Samulowskiej. Wiem, że na poziomie diecezji był rozpatrywany cud uzdrowienia Aleksandry Cymerman z Olsztyna, młodej kobiety, której dziecko umarło, gdy była w siódmym miesiącu ciąży. Ona była w stanie agonalnym, miała wielonarządową niedoczynność z udarem włącznie i z tej śmiertelnej choroby została uzdrowiona. Dzisiaj prowadzi fundację, w której pomaga osobom podobnie doświadczonym przez los, zatrudnia osoby niepełnosprawne.
Kiedy trwały objawienia Maryi do Gietrzwałdu wyruszyły tysiące ludzi, miały one też duży wpływ na życie religijne i narodowe Polski pod zaborami. Dlaczego obecnie raczej nie mówi się o Gietrzwałdzie i nie ma nabożeństw gietrzwałdzkich, tak jak na przykład są fatimskie?
Jako historyk wiem, że bardzo mocno na tym zaważyły wydarzenia historyczne. Gietrzwałd w 1877 r. leżał w zaborze pruskim, na Warmii, która do 1945 r. należała do Niemiec. Te ziemie w powojennej Polsce długo były postrzegane jako obce, niemieckie. Ale od uznania objawień w Gietrzwałdzie za chwilę minie pół wieku, to jest wystarczająco dużo czasu, by je rozpropagować. Powiem szczerze, nie rozumiem, dlaczego Kościół w Polsce nie wykorzystuje w pełni do tego przypadającej w przyszłym roku 150. rocznicy objawień. Za chwilę okaże się, że więcej niż my, Kościół w Polsce, zrobi w tej sprawie papież, który prawdopodobnie w 2028 r. odwiedzi Gietrzwałd. Chcę podkreślić, że bardzo dużo się dzieje, gdy chodzi o przygotowanie jubileuszu w archidiecezji warmińskiej. Trwa tam nowenna, peregrynacja kopii obrazu Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, ale co z resztą diecezji? Maryja objawiła się nam wszystkim i nie tylko Polakom. Jej przesłanie tak jak w Lourdes, Fatimie, Gwadelupie i innych uznanych przez Kościół miejscach, ma charakter uniwersalny i ponadczasowy. 8 września 1877 r. w Gietrzwałdzie Maryja powiedziała: „Nie smućcie się, bo Ja zawsze będę przy was”. Te słowa są pełne nadziei, tak bardzo potrzebnej, ale większość z nas o nich nie wie. Objawienia prywatne nie są obowiązkowe do wierzenia, ale na pewno mogą bardzo pomóc duchowo.
Rozmawia Renata Jurowicz
Zdjęcia: Wydawnictwo Biblos / Aleksandra Małochleb
Ewa K. Czaczkowska – Doktor historii, dziennikarka, pisarka, adiunkt na Wydziale Nauk o Komunikacji i Dziennikarstwa UKSW w Warszawie. Autorka kilkunastu książek m.in. „Odkryć Gietrzwałd na nowo”. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Laureatka Nagrody Dziennikarskiej „Ślad” im. bp. Jana Chrapka, zdobywczyni sześciu Feniksów - nagród Stowarzyszenia Wydawców Katolickich.
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!