Pieszo do Asyżu
Nie, nie! Niestety nie bezpośrednio z Polski, szkoda, może kiedyś… A tymczasem z Rzymu, od św. Piotra: śladami najwspanialszego ucznia - misjonarza św. Franciszka.
Wyprawa jest realizacją pewnego marzenia, tyle że na opak. Właśnie w ubiegłym Roku Jubileuszowym miałem taki plan, żeby dojść pieszo do Rzymu. Na Jubileusz. Z Polski za daleko, więc wybór padł na La Vernę, gdzie św. Franciszek otrzymał stygmaty i skąd istnieje opisany szlak pielgrzymkowy Cammino di San Francesco. Potem plan musiałem zmodyfikować i zaplanowałem start pośrodku drogi, czyli w Asyżu. Ale i tego, z przyczyn niezależnych, nie udało się zrealizować.
I już myślałem, że pewnie trzeba będzie poczekać do kolejnego jubileuszu, gdy gruchnęła wieść, że otwierają Grób św. Franciszka i będzie można oddać cześć wystawionemu ciału Biedaczyny z Asyżu. Takiej okazji nie mogłem przepuścić, bo Franciszka kocham miłością braterską największą, jaką mogę sobie wyobrazić. Termin nienajszczęśliwszy dla księdza, bo od 22 lutego do 22 marca, czyli w Wielkim Poście, ale na szczęście wikariusze w naszej parafii są wyrozumiali, więc dosłownie dzień po Popielcu było właściwe „okno czasowe”. Warunek: trzeba się wyrobić w dziesięć dni. Niby nic wielkiego, bo to około 260 kilometrów, ale są „haczyki”: pielgrzymuje się w zimie, czego nigdy dotąd nie robiłem i w terenie mocno pagórkowatym, za czym w pielgrzymowaniu nie przepadam ostatnio, bo „pikawa” daje się we znaki. Ale nie ma się co mazgaić, więc w drogę!
Nielegalny początek
Do Rzymu dotarłem w środku nocy, ale w zakupionym na booking.com lokalu przespałem kilka godzin i tak 20 marca w piątek, około 9.00 rano docieram na Plac Świętego Piotra. O tym, żeby się pokłonić bratu mojego patrona, mogę tylko pomarzyć widząc olbrzymią kolejkę do bramek bezpieczeństwa, więc „macham” mu z zewnątrz i proszę o błogosławieństwo.
Jest piękny, słoneczny dzień, lepiej być nie mogło. Po tym jak „pomachałem” św. Piotrowi chciałem, jak Pan Bóg przykazał pielgrzymom, wbić pieczątkę w moim dziewiczym Credenziale del Pellegrino, czyli paszporcie pielgrzyma. Jak już wspomniałem, do bazyliki wejść się nie dało, więc wydawało mi się logiczne skierować kroki do Poczty Watykańskiej, no bo co jak co, ale stempel na poczcie powinni mieć. Nie mieli. Odsyłają mnie pod inny adres, gdzie wszystko jest na głucho zamknięte, więc wychodzę „nielegalnie”, bez stempla w paszporcie i lekko wkurzony. Próbuję jeszcze w informacji turystycznej, ale jak mi zaczynają tłumaczyć, że to camino to sprawa Watykanu, a nie ich (co jest bzdurą, bo to szlak kulturowy), to żeby ich nie obrazić grzecznie wychodzę. Na trasę.
Z wielką nostalgią „przypominam” sobie Rzym: wariatów na skuterach, samochody zaparkowane na chodniku, źle oznaczone roboty drogowe, właściwie brak oznaczeń szlaku, którym idę… Tak, to ten wspaniały, kochany, wkurzający Rzym, który pamiętam. Na szczęście wiem, że szlak wiedzie wzdłuż Tybru, więc się nie pogubię.
Pierwszym miejscem na szlaku, które chcę wspomnieć jest Ponte Milvio, czyli Most Mulwijski, jeden z najbardziej znanych mostów na Tybrze, zbudowany w 206 r. przed Chrystusem, gdzie miała miejsce słynna zwycięska bitwa Konstantyna Wielkiego z Maksencjuszem w 312 r., bardzo ważna dla chrześcijaństwa. W naszych czasach most stał się mostem zakochanych, a co dla mnie bardziej interesujące, również miejscem spotkań kibiców Lazio przed każdym meczem.
Po 15 km docieram do Monte Sacro, gdzie znajduje się kościół Aniołów Stróżów. Teoretycznie tu się kończy pierwszy etap mojego szlaku, nawet pojawiają się tabliczki z informacją, ale kościół jest zamknięty i Bóg jeden wie, gdzie tu szukać noclegu. Ja na szczęście nie mam zamiaru zakończyć pielgrzymowania o 13.30, wręcz przeciwnie, planuję iść dalej, ale decyduję się na szybki lunch. Lunch rzeczywiście był szybki, ale zupełnie niepotrzebnie, bo kiedy zbierałem się do wyjścia… zaczęło padać. Nie powiem, zdziwiłem się, bo według prognozy pogody, to właśnie mój pierwszy dzień pielgrzymowania miał być słoneczny. Ale Rzym ma swoje prawa, więc czekam pod barem, aż przestanie.
Czy psy mają duszę?
Na szczęście po pół godzinie jest po deszczu, więc ruszam dalej. Kiedy wreszcie opuszczam miasto Rzym i wychodzę poza Grande Raccordo Annulare (GRA nie mylić z GRU), czyli autostradę, która okrąża Rzym, wchodzę w piękny teren rezerwatu przyrody Riserva Naturale della Marcigliana. Wierzcie mi, po tych miesiącach szaro - buro - białej zimy w Polsce, po zgiełku Rzymu, nagle jakby się weszło do jakiegoś raju. Zielone pagórki, błękitne niebo, nienachalne słoneczko, cisza i żywej duszy dookoła. Tylko ja i szlak przede mną…
Oczywiście, mówiąc, że nie ma żywej duszy zakładam, że psy duszy nie mają, bo wszystko było cudowne, dopóki na trasie nie pojawiły się trzy olbrzymie owczarki maremma… Nie jestem aż takim strasznym cykorem, gdy chodzi o psy, ale kiedy jesteś sam na polnej drodze, żadnego domostwa w zasięgu wzroku i nagle biegną prosto na ciebie trzy olbrzymie psiska, bez obroży i szczekają, jakby od wczoraj nie jadły, to nie powiem - zwątpiłem. Zatrzymałem się, psy też. Taki św. Franciszek jakoś tam sobie z wilkiem poradził, no ale wilk był jeden, a psiska trzy! Fakt, mogłem spróbować z jakimś kazaniem do nich, ale o tym nie pomyślałem. No więc ja stoję, a psy sobie usiadły i… gapimy się na siebie czekając, kto wykona pierwszy ruch.
Mnie się nie spieszy - powiedziałem półgłosem, psy zdaje się milczały. No ale gdzieś po kilkunastu minutach dwa czmychnęły w pole, a trzeci, kiedy ruszyłem w jego kierunku, też się podniósł i poszedł chyba do domu, bo po kwadransie zobaczyłem go, jak się wylegiwał pod jednym z domostw i jeszcze machał ogonem na mój widok. Jak byśmy się znali!
Nie była to ostatnia niepożądana niespodzianka, bo na cztery kilometry przed metą dopadł mnie deszcz i nie opuścił aż do końca… A trzeba wam wiedzieć, że jak jakaś miejscowość nazywa się monte coś tam, na przykład Moterotondo, to znaczy po prostu góra. I na tę górę trzeba wejść, co nie jest szczytem marzeń, jak się już ma ponad 30 km w nogach. No a deszcz, nie jest okolicznością łagodzącą. A i tak doszedłem na miejsce! Chwała Panu! Co prawda dzisiaj już nie zajrzę do Katedry św. Marii Magdaleny, ale może uda się jutro rano, wszak potrzebuję jakiejś pieczątki do mojego paszportu, bo mi potem nie uwierzą, że pielgrzymowałem pieszo…
ks. Andrzej Antoni Klimek
Film z drogi | dzień 1
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!