Otwarte serca dla uchodźców
Pani Marina z synami i wiele mam z dziećmi uciekając z Ukrainy znalazły dom wśród parafian w naszej diecezji. A wśród nas są tacy, którzy wyruszyli w głąb kraju ogarniętego wojną, by zawieźć niezbędne do życia rzeczy tym, którzy tam zostali.
Wojna i uciekający przed nią ludzie otwierają w naszej diecezji drzwi domów rekolekcyjnych, probostw i mieszkań, a przez to drzwi naszych serc. Dla uchodźców wielu z diecezjan przynosi to, co potrzebne na co dzień, a inni z lekarstwami, śpiworami, latarkami, jedzeniem jadą daleko za granicę Polski z Ukrainą. Niektórzy poproszeni, zdecydowali się opowiedzieć o tym, co przeżyli i co robią, a potem pozwolili przekazać innym. Wszystko po to, by pokazać dobro, które wyzwala ta niezwykle trudna sytuacja jaką jest wojna. Bo jak powiedziała jedna z parafialnych wolontariuszek, „serce się raduje, jak człowiek patrzy na to, jak ludzie pomagają w tym nieszczęściu”.
Najmłodsze ma dwa tygodnie
- Obecnie jest u nas 18 osób, a było około 36. Część z nich już odjechała m.in. do Francji. Do Wojkowa trafili z Łucka, Odessy i innych miejscowości. Część z tych kobiet z dziećmi ma w tej okolicy pracujących mężów i transport z granicy zapewnili im pracodawcy. Jest tu też mężczyzna, który sam z siebie pojechał na granicę i przywiózł uchodźców. Bo wiedział, że tutaj jest przygotowane dla nich miejsce – opowiada pani Anita, jedna z wielu wolontariuszek w parafii pw. NMP Niepokalanie Poczętej w Wojkowie. Dodaje, że najmłodsze z dzieci ma zaledwie dwa tygodnie. Jak można łatwo policzyć, urodziło się już w czasie trwania wojny na Ukrainie.
W Wojkowie uchodźcy mieszkają głównie w tzw. Albertówce, czyli budynku, gdzie były organizowane rekolekcje dla osób niepełnosprawnych i warsztaty muzyczne. Korzystają też z pomieszczeń Domu parafialnego, który znajduje się w części probostwa. Ukrainki gotują, sprzątają, zajmują się dziećmi, szukają pracy i pytają, jak mogą pomóc w parafii. - Tydzień temu przygotowaliśmy tutaj uroczysty obiad dla wszystkich, a wczoraj pani z Ukrainy ugotowała barszcz ukraiński. To niesamowite jak miejscowi ludzie pomagają, pytają czego potrzeba i przynoszą. Dostaliśmy pralkę, suszarkę i mikrofalę, których brakowało – opowiada dalej wolontariuszka. Pomimo bariery językowej również młodzi parafianie bardzo dobrze radzą sobie w kontaktach z ukraińskimi dziećmi w czasie wspólnej zabawy.
W środkowej Ukrainie
Jednocześnie parafianie z ks. proboszczem Ryszardem Krakowskim przygotowali transport rzeczy potrzebnych dla uchodźców w Plebanówce w obwodzie winnickim, położonym w środkowej części Ukrainy, aż przy granicy z Mołdawią. Tam znajduje się dom albertynek ze świetlicą dla miejscowej ludności. Obecnie pozostała tam tylko jedna z nich - siostra Samuela, Polka zaprzyjaźniona z parafią w Wojkowie. Wiedząc, że nie dotarła do niej pomoc parafianie wojkowscy od razu podjęli decyzję nie tylko o zbiórce darów, ale też o ich transporcie na Ukrainę. Jak to było opowiadają wolontariuszki panie Agnieszka, Renata i Anita wraz z Ks. Proboszczem. - Plebanówka liczy 1200 osób. Zostali tam tylko najbiedniejsi i starsi, nie mieli pomysłu jak uciekać i pieniędzy na to. Obecnie ludzie uciekający przed bombardowaniami muszą się gdzieś zatrzymać w czasie godziny policyjnej i szukają schronienia u albertynek. Wśród uchodźców są głównie dzieci i kobiety, dlatego potrzebne są pampersy, mleko w proszku, koce i ubrania - tłumaczy pani Agnieszka, której mąż pojechał z transportem do Plebanówki. - Siostra mówiła, że pomoc głównie dociera do Lwowa lub Tarnopola i kierowcy dalej nie chcą jechać, boją się. Wtedy, gdy mąż po raz pierwszy pojechał do Plebanówki nie działały w telefonie GPS ani mapy google. Tablice z nazwami miejscowości były pozdejmowane. Dobrze, że mieli jako przewodnika ks. Michała z okolic Tarnopola, ponieważ on był kiedyś wikariuszem w Plebanówce i znał drogę. Nie jechali głównymi drogami, bo są zakorkowane uciekającymi ludźmi i samochodami. Teraz mąż wybiera się tam drugi raz pomimo, że robi się coraz bardziej niebezpiecznie. Dzięki Bogu poprzednio wrócił szczęśliwie do domu, wszyscy się o to modlili - podkreśla pani Agnieszka. Jej mąż widział m.in. uciekające grupy po kilkaset osób. Najbardziej przerażał widok małych dzieci, niektóre szły boso, a tam jest mróz
Z kolei pani Renata podkreśla, że podczas rozmowy z s. Samuelą nawet w jej głosie słychać było jak bardzo jest zmęczona, ale nadal wytrwale pomaga uchodźcom. Teraz w Plebanówce najbardziej potrzebne są latarki czołówki, lekarstwa, koce, śpiwory i pościele oraz jedzenie o długim terminie ważności – tłumaczy Ks. Proboszcz. I już za chwilę ma wyruszyć kolejny transport.
Ponad 50 osób
Natomiast w parafii św. Idziego w Mikorzynie na potrzeby uchodźców z Ukrainy został zaadoptowany budynek, które służył jako parafialna kawiarenka, miejsce aktywności duszpasterskich. - To miejsce zostało odremontowane dwa lata temu i teraz stwierdziliśmy, że to działanie opatrzności Bożej, bo dzięki temu można było od razu z niego skorzystać. Na dole mamy pomieszczenie na spotkania duszpasterskie, część kuchenną w pełni wyposażoną i teraz może ona służyć uchodźcom. Na piętrze domu są pokoje i kilka łazienek. Obecnie mieszka w nim około 30 osób, a w sumie w parafii jest ponad 50, bo również osoby prywatne udostępniły pomieszczenia – mówi ks. proboszcz Witold Kałmucki. Ci, którzy zamieszkali w domu parafialnym dbają o niego, sprzątają, gotują, także dla osób, które są na terenie parafii, a nie mają możliwości ugotowania posiłku. Mamy przygotowują też zajęcia dla dzieci i odrabiają z nimi lekcje. Dzieci i młodzież uczestniczy w zajęciach w szkole na razie na zasadzie zapoznawania się i w zajęciach dodatkowych.
Codziennie pomagają im wolontariusze, których grupa powstała w parafii w oparciu o Bractwo św. Idziego działające tu od wielu lat. - Bardzo dużo ludzi z parafii zaangażowało się w pomoc. Teraz pełnimy misję taką, jaką spełnia Bractwo św. Idziego w Rzymie. Zajmuje się ono uchodźcami i nas też Bóg do tego zaprosił. Jestem im bardzo wdzięczny za systematyczną pracę – podkreśla Proboszcz. A jedna z wolontariuszek Katarzyna Rybczyńska wyjaśnia, że ich praca polega w głównej mierze na tym, by pomóc uchodźcom w codziennych sprawach, na przykład, by mieli wszystko to, co potrzebne do przygotowania posiłków. - Mamy również magazyn rzeczy, które dostają od ludzi i trzeba go porządkować, posegregować ubrania, by łatwiej było się w nich odnaleźć osobom tu przebywającym. Chodzi też o zagospodarowanie im czasu. Cześć osób z wolontariatu współdziała ze szkołą organizując zajęcia. Zajmujemy się też organizacją wyjazdów do miasta, by mogli załatwić sprawy związane z pobytem w Polsce – wyjaśnia dalej.
Ze Lwowa za trzecim razem
Obecnie w parafii w Mikorzynie można spotkać osoby pochodzące ze Lwowa, z Dubna, Charkowa, Kijowa, Równej i nie tylko. Pani Marina trafiła tu ze Lwowa z trzema synami 17 - letnim Markijanem, 14 - letnim Daniłem i 9 - letnim Matwiejem. Mówi bardzo dobrze w języku polskim, bo ma polskie korzenie. - Mój dziadek był Polakiem i moja babcia umiała rozmawiać po polsku. Kiedy byłam dzieckiem oglądałam „Smerfy”, „Bolka i Lolka” – mówi. Nie zachowały się żadne dokumenty, oprócz paszportu dziadka z wpisem, że był Polakiem.
Pani Marina tłumaczy, że mąż został we Lwowie w obronie. - Mam z nim jeszcze kontakt telefoniczny. On mówi, żebym tu była aż wszystko skończy się na Ukrainie i wróciła wtedy, kiedy będzie bezpiecznie dla dzieci - podkreśla mama trójki synów, która chce wracać do domu na Ukrainę najszybciej jak to będzie możliwe. Po prostu tęskni. I nie tylko ona. Do Mikorzyna trafiła, bo jej syn we Lwowie dostał od kolegi numer telefonu z informacją, że dzwoniąc tam można prosić o pomoc. - Powiedziałam, że nie mam mieszkania i tak wyszło, że ta pani pomogła. Ze Lwowa udało nam się wyjechać autobusem dopiero za trzecim razem, bo tak było dużo ludzi. Tam była „masakra”, ale wszystko dobrze się skończyło - opowiada pani Marina, która po przekroczeniu granicy polsko – ukraińskiej wsiadła z synami w busa do Jarosławia, potem do Wrocławia, a stamtąd zabrał ich pochodzący z tych trenów pan Adam. Ona i inne osoby mieszkające w Mikorzynie są bardzo wdzięczne Polakom za pomoc.
Niech Bóg wysłucha
Obok pomocy materialnej uchodźcom potrzebna jest też pomoc duchowa. Osoby wyznania grekokatolickiego pytają o możliwość udziału w nabożeństwach w Kościele katolickim. - Są tu też osoby wyznania prawosławnego i w tym momencie nie mają możliwości uczestniczenia w nabożeństwach w swoim Kościele, bo ich najbliższa cerkiew jest we Wrocławiu. W Kępnie odprawiana jest Msza dla grekokatolików, więc oni pewnie będą chcieli skorzystać i z tamtej opieki duszpasterskiej – tłumaczy ks. Kałmucki.
Podobnie jest w Słupi pod Bralinem, gdzie przed wybuchem wojny zamieszkali Ukraińcy, którzy przyjechali tu za pracą. Teraz do nich przyjechały najbliższe im osoby i inni uchodźcy. Dlatego proboszcz ks. Marcin Nowicki wraz z parafianami zaprosił Ukraińców do wspólnej modlitwy podczas Mszy św. w I Niedzielę Wielkiego Postu. Odpowiedziało około 20 Ukraińców. Jedna z modlących się, pani Mira dziękowała za wspólną modlitwę o pokój na Ukrainie: „Niech Bóg wysłucha nasze modlitwy, które dzisiaj zanosimy do nieba i stopi serca naszych wrogów, niech dobro zwycięży zło. Jesteśmy niezmiernie wdzięczni naszej siostrze Polsce za pomoc, za bezpieczne miejsce, gdzie możemy się zatrzymać. Niech całe dobro, które czynicie dla naszego ukraińskiego narodu, wróci do was stokrotnie”. Natomiast sytuację na Ukrainie przybliżyła Polka pani Karina, studentka z Tarnopola. Parafia w Słupi zbiera też to, co na co dzień potrzebne jest dla kobiet i dzieci. - Potrzeby są na bieżąco realizowane. Wiele też załatwiają sami Ukraińcy, którzy pracują tutaj w zakładach meblarskich – podkreśla Ks. Proboszcz. Zauważa przy tym, że w większości należą oni do autokefalicznego Kościoła prawosławnego. – Są też tacy, którzy przychodzą do naszego kościoła, by uczestniczyć w Triduum Paschalnym, na adorację i pomodlić się. Mam rodzinę ukraińską, która zawsze w niedzielę po południu przychodzi i zapala znicz pod krzyżem przy kościele. Są też tacy, którzy uczestniczą w niedzielnych Mszach św. i teraz razem z nami modlą się o pokój. W związku z tym myślę o tym, by sprowadzić „Miłujcie się” w języku ukraińskim i rozdawać, niech czytają – mówi.
Również w parafii pw. Jana Chrzciciela w Krotoszynie Polacy wspólnie modlą się z Ukraińcami. Podczas Mszy św. w intencji pokoju mieszkająca w Krotoszynie Ukrainka podziękowała Polakom za pomoc i odmówiła modlitwę po ukraińsku. Bo jak podkreśla ks. proboszcz Aleksander Gendera „wielu mieszkańców przygotowało mieszkania i pokoje, w których zostały zakwaterowane rodziny z Ukrainy, najczęściej pracowników już mieszkających w Krotoszynie i okolicy. W tym momencie ogromną rolę odgrywają pracodawcy, którzy pomagają. Natomiast w budynkach parafialnych mieszka dziewięć osób dorosłych i sześcioro dzieci w różnym wieku. Do tego Szkoła Podstawowa nr 3 organizuje naukę języka polskiego dla dzieci i dorosłych, a przedszkole parafialne opiekę dla najmłodszych dzieci. Zakład produkcyjny ze Zdun wspiera parafię w załatwianiu spraw formalnych, a także przygotował mieszkania do zakwaterowania”.
Nie tylko „akcyjna”
Uchodźców z Ukrainy przyjęto też w parafiach w: Broniszewicach, Skalmierzycach, Trębaczowie, Jankowie Zaleśnym, pw. św. Antoniego Padewskiego w Ostrowie Wlkp., Wysocku Wielkim, pw. Matki Boskiej Częstochowskiej w Sycowie, w Rozdrażewie, pw. Matki Bożej przy Żłóbku w Kobylinie, Brzeźniu, w Kaliszu w parafiach: pw. bł. Michała Kozala, św. Gotarda, pw. Wniebowzięcia NMP, pw. Najświętszej Maryi Panny, pw. św. Matki Teresy z Kalkuty, Centrum Księdza Orione, Seminarium diecezjalnym, Kurii diecezjalnej i nie tylko. Natomiast jako jeden z pierwszych na polsko – ukraińską granicę pojechał z żywością dla Domu Pielgrzyma w Korczowej pod Lwowem proboszcz parafii w Latowicach ks. Damian Hołoś. Natomiast w parafii św. Gotarda w Kaliszu w budynkach parafialnych prowadzona jest nauka języka polskiego dla dorosłych, a w tym czasie wolontariusze prowadzą świetlice dla ich dzieci. Takich miejsc, a więc ludzi pomagających uchodźcom jest w naszej diecezji o wiele więcej.
Patrząc na to, jak wiele dobrego dzieje w naszej diecezji, jest szansa, że ta pomoc nie będzie tylko „akcyjna”, chwilowa, ale do końca wojny trwającej na Ukrainie i jeszcze dłużej, bo w naszym kraju również nie brakuje Polaków potrzebujących pomocy. Może na bazie tych, którzy teraz pomagają, powstaną w parafiach nowe zespoły charytatywne? Oby. Pamiętajmy wtedy, że Jezus utożsamia się z przybyszem, głodnym, spragnionym i nie tylko.
Tekst i foto Renata Jurowicz
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!