Otrzymałam wielki dar
Pan Bóg prowadził mnie od samego początku, to On obdarzył mnie talentem i gdyby nie wiara, to nic nie miałoby sensu – mówi Halina Frąckowiak, jedna z najpopularniejszych polskich piosenkarek, która w tym roku obchodzi 60 - lecie pracy scenicznej.
Pani Halino, 60 lat pracy scenicznej, aż trudno uwierzyć, że to aż tyle patrząc na Panią, tak piękną i szykowną jak zawsze. Pani kreacje zawsze zachwycały elegancją, a Pani głos jest jednym z najpiękniejszych na polskiej scenie. Proszę powiedzieć, jak zaczęła się Pani wielka przygoda ze sceną muzyczną?
Rok 1963, to wtedy wszystko się zaczęło, a dokładnie podczas eliminacji do Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, na którym zdobyłam nagrodę „Złotej Dziesiątki”. W tej dziesiątce znalazła się m.in. Zdzisława Sośnicka, Mira Kubasińska, czy Kasia Sobczyk. Dziesiątkę tą wyłoniono pośród 4000 osób, to proszę sobie wyobrazić moje szczęście. Miałam wówczas tylko 16 lat. Nigdy wcześniej nie śpiewałam z żadnym zespołem, raczej tak okazjonalnie podczas spotkań ze znajomymi, czy też sama w domu pod piecem. Tamte wydarzenia stały się bardzo szczęśliwym początkiem dla mnie, dla mojej późniejszej kariery. Jednak zawsze powtarzam, że to nie do końca moja zasługa, to Pan Bóg zadziałał, to On mnie obdarzył talentem.
A zatem śpiewanie było Pani przeznaczeniem, choć próbowała Pani innej drogi zawodowej?
Zawsze miałam naturę artystyczną, kręciłam się wokół piękna, malowałam i pisałam wiersze. Po szkole podstawowej podjęłam naukę w technikum ekonomicznym, którą przerwałam z chwilą kiedy rozpoczęłam przygodę ze sceną muzyczną. Chcąc jednak występować musiałam zdobyć weryfikację, czyli uzyskać stempel z ministerstwa kultury potwierdzający ukończenie szkoły. Wróciłam więc do szkoły, zdobyłam wszystkie wymagane stopnie wspomnianej weryfikacji. Dodam jeszcze, że kiedy skończyłam liceum, pani profesor zaproponowała mi, bym poszła na studia psychologiczne i to na KUL. Ale mój mąż, który był artystą i wspaniałym reżyserem uważał, że moim przeznaczeniem jest śpiew i takie studia nie są mi potrzebne. Posłuchałam go wówczas. Natomiast po pewnym czasie wróciłam do tej myśli i skończyłam psychologię. Pracowałam potem jako psycholog z dziećmi w szkole katolickiej. I myślę, że było to ciekawe doświadczenie, a nawet mam przekonanie, że udało mi się pomóc niejednemu dziecku. Trwało to tylko pół roku i wróciłam do muzyki, bo ona jest tym, z czym trudno było mi się rozstać, aczkolwiek dodaję do niej inne moje zainteresowania. A co do psychologii, to ona bardzo często pomaga po prostu w życiu, ona otacza nas wszędzie, a wiedząc więcej na jej temat, można więcej rozumieć i pomagać nie tylko samemu sobie, ale także innym w ich trudnych momentach.
Śpiewane przez Panią utwory, to skarbnica mądrości, w których można znaleźć przesłanie. Czym kieruje się Pani przy doborze repertuaru?
Współpracowałam z wieloma zespołami, jak Tony, Takty, Tarpany, Czerwono-Czarni, Grupa ABC, czy Drumlersi i z tej współpracy powstały największe przeboje jak: „Ktoś”, „Czekam tu”, „Napisz, proszę”. Doskonaliłam również umiejętności wokalne i rozpoczęłam karierę solową. Pisali dla mnie wielcy artyści, między innymi Wojciech Młynarski, któremu nigdy nie mówiłam co ma pisać, natomiast on doskonale wyczuwał moje intencje. Ponadto Janusz Kondratowicz, Marek Dudkiewicz i wielu innych wspaniałych ludzi, oni także napisali szereg pięknych tekstów, które z radością śpiewałam wiedząc, że są wartościowe. Bo trzeba pamiętać, że to ludzie wybierają sobie artystę, którego darzą sympatią. Wybierają go z powodu jego muzyki, ale także i ze względu na treść słów, które on przekazuje w swoich piosenkach. Dlatego zwracam ogromną uwagę na ich dobór i na to, co one ze sobą niosą.
Jest taka jedna piosenka, która powstała w bardzo trudnych czasach dla Polski, a która była umiłowaną piosenką św. Jana Pawła II, nota bene przed którym Pani śpiewała. Proszę powiedzieć o tym niezwykłym wydarzeniu i o pamiątce, jaką Pani ma po Ojcu Świętym.
Tak, jest to piosenka „Panna Pszeniczna”. Powstała ona w 1973 roku jako Litania do Najświętszej Marii Panny, ale z wiadomych względów musiała stać się piosenką dożynkową. Pieśń ta przed laty była jedną z ulubionych piosenek kardynała Karola Wojtyły, do tego stopnia, że kiedy jechał do Rzymu na konklawe, górale śpiewali tę pieśń na pożegnanie. Po wielu latach, a było to na 25 - lecie pontyfikatu Jana Pawła II, wraz z innych artystami stanęłam przed Ojcem Świętym w Watykanie i zaśpiewałam „Pannę pszeniczną” - Litanię do Najświętszej Maryi Panny, jak również jego wiersz pt. „Pieśń o słońcu niewyczerpanym”. Była to piękna uroczystość, a ja czułam się jakbym uleciała wysoko i nie mogłam opaść na ziemię. Ojciec Święty był już wtedy bardzo chory.
A co do pamiątki, to jest to zegarek, który Ojciec Święty zostawił siostrom zakonnym, a te podarowały go mnie i powiem, że traktuję go jak relikwię. Będąc pewnego razu z moim menedżerem, Piotrem Szarkiem u kardynała Stanisława Dziwisza w sprawie projektu koncertu z okazji kanonizacji naszego wielkiego rodaka, potwierdził on, że był to zegarek Ojca Świętego.
Święty Jan Paweł II to dla Pani największy autorytet, natomiast jak wielokrotnie Pani powtarza, Matka Boża i jej własna matka to dwie przewodniczki życiowe.
Tak, Święty Jan Paweł II jest moim ulubionym świętym, jest to wielki autorytet dobroci i mądrości. Był osobą walczącą o dobro człowieka, a także o to, co działo się w ówczesnej Polsce. On dawał ludziom siłę do walki o wolność. A poprzez swoje apele o poszanowanie życia ludzkiego od jego poczęcia do naturalnej śmierci uświadomił ludziom na całym świecie, jak wielką wartością ono jest.
Wychowywałam się w rodzinie katolickiej, gdzie niedzielna Msza Święta i modlitwa były czymś oczywistym. Po rozstaniu się moich rodziców mnie i mojego brata wychowała tylko mama, która uczyła nas, że bez Boga nic się nie uda. Mama była osobą bardzo kochaną, wrażliwą i pokorną. Nie miała żadnych studiów, ale miała wielką mądrość życiową. Jej także zawdzięczam, to że jestem niezwykle „maryjna” i że Matka Boża jest dla mnie prawdziwą mamą w Niebie. Jako dziecko lubiłam nucić piosenkę o objawieniu w Lourdes: „Bernardka dziewczynka szła przez las. Anioł ją tam wiedzie, Bóg sam wybrał czas”. I właśnie do Matki Bożej uciekałam się ze swoimi, problemami, wiele z nich omadlałam na Jasnej Górze. Wtrącę tutaj taką dygresję, jeśli chodzi o modlitwę. To nie jest tak, że każda modlitwa od razu zostaje wysłuchana i to nie dlatego, że źle się modlimy, tylko dlatego, że Pan Bóg wie, że czasami to, o co się modlimy nie przysporzy nam dobra na drodze do nieba.
Jest Pani osobą wierzącą i nie ma Pani problemu z okazywaniem tego. W internecie można znaleźć także nagrania Pani komentarzy
do Ewangelii, jak to się ma do życia scenicznego?
Hm. Tak, będąc artystką życie toczy się w innym rytmie. Często dawałam po dwa, czasami trzy koncerty dziennie, także i za granicą, więc tak właściwie życie wiarą na co dzień mi umykało. I choć w momencie rozkwitu mojej kariery z Bogiem nie zawsze było mi po drodze, to nigdy od Niego nie odeszłam.
Przełomowym momentem był czas, kiedy cudem uniknęłam śmierci podczas groźnego wypadku. Spędziłam długie miesiące w szpitalu, gdzie doświadczyłam wielkiej troski różnych ludzi, wsparcia i oznak miłości. W tym czasie zaczęłam zastanawiać się dlaczego przytrafił mi się ten wypadek i zrozumiałam, że był to znak Opatrzności, dzięki któremu zmieniłam swoje życie. Proponowano mi wiele różnych rozwiązań terapeutycznych, mijających się z wiarą w Boga. I to była dla mnie próba, ale zrozumiałam, że jestem katoliczką i tylko Bóg może mi pomóc. Cieszę się, że wyszłam z niej zwycięsko, zmieniłam swoje priorytety. Dziś przywiązuję ogromną wagę do codziennej rozmowy z Bogiem, odmawiam Różaniec, często się modlę, dziękując Mu, bo wiem, że otrzymałam wielki dar. Dar życia, wiary i talent. Dziękuję Bogu, że mogę robić to, co kocham, mogę śpiewać i śpiewem dziękować za wszystkie otrzymane łaski.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Arleta Wencwel-Plata
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!