Opowieść o odwadze
Pochodzący ze Zbierska o. Adam Sztark nazywany jest Jamesem Bondem w sutannie. To jedyny jezuita uhonorowany tytułem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata za pomoc w ratowaniu Żydów. Ale nie tylko dla nich narażał swoje życie.
Obecnie toczy się proces beatyfikacyjny ojca Adama i innych jezuitów - męczenników z czasów II wojny światowej. Ze zdjęcia, które znajduje się powyżej, spogląda na nas jeszcze młody o. Adam. Jest na nim razem z ojcem Władysławem i najmłodszym bratem Janem. Fotografia została zrobiona w Chełmie Lubelskim w 1930 r., Janek miał wtedy 8 lat, a Adam 23. Tak naprawdę nie był wtedy jeszcze ojcem i w roku szkolnym 1929/30 pracował jako kleryk w tzw. Małym Seminarium, gdzie pomagał prefektowi. Uczył języków polskiego i greckiego, historii i geografii kandydatów do stanu duchownego.
Dowiedziałam się te szczegóły od Sylwii Sztark, czyli wnuczki Kazimierza, młodszego brata Adama. Wcześniej uczestniczyła ona w przygotowaniu audycji poświęconej o. Sztarkowi w Redakcji Katolickiej PR. Wypowiadali się tam także jej ciocia Wanda Sitarz i o. Krzysztof Doros, dyrektor Archiwum Jezuitów w Warszawie. Teraz audycję radiową Familijnej Jedynki można posłuchać na facebooku „Adam Sztark. Opowieść o odwadze” i portalu jezuitów. Naprawdę warto. Przyznam, że właśnie stąd pochodzi tytuł artykułu. Dowiedziałam się też, że jakiś czas temu uczennice Zespołu Szkół Ekonomicznych pod kierunkiem nauczycielki Izabelli Galubi-Bryji wydały książkę „Adam Sztark. Opowieść o odwadze”. Na dodatek Kaliszanie może będą mieli w swoim mieście ulicę noszącą jego imię, taką propozycję zgłosiła jedna z kaliskich radnych. Poznajcie teraz bliżej głównego bohatera tego tekstu.
Uratowany z Prosny
Adam Sztark urodził się 30 lipca 1907 r. w Zbiersku niedaleko Kalisza w rodzinie Władysława i Teresy z domu Gałęckiej. Miał czworo rodzeństwa: Zdzisława, Marię, Kazimierza i Jana. Z jego dzieciństwa znana jest historia, którą o. Dorosz opowiedział w czasie audycji. Adam jako młody chłopak kąpał się w rzece Prośnie i niespodziewanie zaczął tonąć. Udało się go wyciągnąć na brzeg, ale woda dostała się już do brzucha i płuc, więc nie dawał żadnych oznak życia. Mężczyźni, którzy go ratowali, odwrócili go i podnieśli za nogi, podobno woda wyciekła przez usta. Dzięki temu uratowali mu życie.
Wiadomo też, jak zrodziło się powołanie Adama. Podobno w młodości nie był bardzo pobożny, dlatego mama wysłała go na rekolekcje do jednego z kościołów. Obiecała też, że jeżeli pójdzie, ona da mu pieniądze na kino. Adam zgodził się. Po rekolekcjach przy wyjściu z kościoła można było kupić książkę o bł. Andrzeju Boboli. Adam nie miał zamiaru jej nabywać, ale tłum skierował go akurat na stolik z książkami autorstwa o. Jana Urbana. Wyjął więc pieniądze, które miał na kino i kupił. Kiedy przeczytał tę książkę, zafascynował się postacią bł. Andrzeja Boboli. Właśnie wtedy miało pojawić się w nim pragnienie, by zostać misjonarzem na wzór błogosławionego.
- Trzymałam w rękach notatki o. Adama i jest coś w tym transcendentnego, bo Adam nie mógł wiedzieć, nie mógł mieć takiej wyobraźni, że to co wówczas pisał za około 100 lat będzie czytać wnuczka jego młodszego brata. Te notatki są niesamowicie staranne, pełne refleksji, intelektualnego wysiłku i widać w nich młodego człowieka, który już jako chłopak traktował poważnie swój rozwój duchowy, intelektualny. Mam też takie poczucie, że miał ciekawość świata i samodyscyplinę – powiedziała pani Sylwia.
Nie tylko w kościele
Po skończeniu Gimnazjum im. Adama Asnyka w Kaliszu w 1924 r. Adam wstąpił do zakonu jezuitów w Starej Wsi. Po studiach w Krakowie i Lublinie w 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie. Mszę prymicyjną w Zbiersku odprawił 29 czerwca, a na odwrocie obrazka prymicyjnego umieścił słowa: „Eucharystyczne serce Jezusa, serca kapłańskiego wzorze, zmiłuj się nad nami”. Wynika z tego, że o. Adam żył kultem eucharystycznym, Najświętszego Serca.
Po święceniach najpierw trafił do Pińska wtedy należącego do Polski, a obecnie położonego na Białorusi. Potem trafił do sanktuarium maryjnego w Żyrowicach. Kiedy w 1939 r. wybuchła wojna tereny te znalazły się pod okupacją Sowietów. Jezuita pracował jako duszpasterz i proboszcz, ale także pomagał rodzinom tych, którzy zostali deportowani w głąb Rosji. Był również kapelanem w klasztorze Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w pobliskim Słonimie. Wtedy przełożoną została tam s. Marta, a funkcję lekarza dyżurnego w działającym przy klasztorze szpitalu pełniła s. Ewa.
O. Sztark nazywany jest teraz Jamsem Bondem w sutannie. Dlaczego? Znalazł sposób, by wbrew zakazom władz dotrzeć do chorych w szpitalu i udzielać sakramentów. Przebierał się za staruszka, który przyszedł odwiedzić krewnego. Nocą spowiadał w dyżurce pielęgniarek, udzielał Komunii św. i namaszczenia chorych. Z kolei do pensjonariuszy Domu starców przychodził przebrany za Izraelitę, bo wtedy Rosjanie cenili Żydów. A w przebraniu wieśniaka przynoszącego żywność trafiał do dzieci w ochronce. Nikt go nie zdradził.
Ratunek dla wszystkich
Niemcy zajęli Słomin 25 czerwca 1941 r. O. Sztark nadal pracował duszpastersko, jeździł z posługą sakramentalną do Polaków aż pod Słuck, co było bardzo niebezpieczne. Kiedy rozpoczęła się eksterminacja Żydów starał się ocalić kogo tylko mógł. Organizował dla nich aryjskie papiery, wystawiał antydatowane metryki chrztu, udzielał Żydom tego sakramentu, gdy o to prosili. Dostarczał żywność do getta. Nie tylko sam pomagał, ale według zeznań świadków namawiał do tego innych. W 1942 r., gdy getto zaczęto likwidować, część Żydów próbowała ratować się ucieczką, o. Sztark udzielał im schronienia. Sam chodził po mieście i „wyławiał” błąkające się żydowskie dzieci, umieszczał w bezpiecznym miejscu. Potem szukał im schronienia u różnych ludzi, w sierocińcu, u sióstr niepokalanek. Zachowały się świadectwa ludzi na ten temat, także Żydów. Wśród nich jest oświadczenie złożone w 1946 r. przez mieszkańca Słonima Rafała Harlafa, który podkreślił bohaterskie zachowanie o. Sztarka. To właśnie między innymi dzięki temu o. Adam pośmiertnie otrzymał tytuł Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata przyznany mu w 2001 r. przez komisję Yad Vashem, czyli Instytutu Pamięci Męczenników Holocaustu.
Kiedy o. Adam dowiedział się, że do słonimskiego więzienia trafiło wielu ludzi, którzy mają być rozstrzelani, postanowił dotrzeć do nich. Udało się to w grudniu 1942 r. Do więzienia wszedł w przebraniu granatowego policjanta. Jak czytam: „przez cztery godziny dysponował na śmierć, a nawet udzielał chrztu. Byli tam nie tylko Polacy. O godzinie trzeciej opuścił więzienie, a w dwie godziny później więźniowie zostali rozstrzelani”.
Niech żyje Chrystus Król
Ostatecznie o. Adam także znalazł się na liście osób do rozstrzelania, ostrzeżono go sugerując, by zmienił nazwisko i wyjechał do Generalnej Guberni. On jednak został, bo mówił, że nie może zostawić swoich owiec. Nadszedł 18 grudnia 1942 r., w nocy aresztowano ks. Sztarka oraz niepokalanki s. Ewę Noiszewską i s. Martę Wołowską. Wtedy jeszcze zaproponowano mu ucieczkę, jednak pozostał z więźniami. W celi spowiadał i chrzcił, przygotowywał ich na śmierć. Następnego dnia o piątej rano więźniów wywieziono na Górki Pietralewickie, oddalone o dwa kilometry od Słonima. Na miejscu jezuita udzielił wszystkim absolucji i odpustu zupełnego na godzinę śmierci. Kiedy rozległy się strzały ks. Sztark zawołał: Niech żyje Chrystus Król! Niech żyje Polska!
Obecnie trwa jego proces beatyfikacyjny. We Mszy św. kończącej etap diecezjalny uczestniczyła m.in. rodzina o. Adama i obecni byli mieszkańcy Słominia, potomkowie jego parafian.
Renata Jurowicz
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!