O chamstwie, współczesnym blietzkriegu i niebezpiecznym czerwonym
Rozpoczynam pisanie tego felietonu mocno wkurzony, mam nadzieję, że w trakcie pisania mi przejdzie. Wiecie, że pisanie może mieć charakter terapeutyczny, prawda? Ale wracając do wkurzenia…
Akurat sobie słuchałem ostatniej płyty śp. Stanisława Sojki, w tym utworu, w którym wspomina on z nostalgią o Żydach, których nie widać na naszych ulicach: „gdzie nie spojrzeć / nie ma ich / gdzie nie spojrzeć / nie ma / naszych Starszych Braci w Panu / mili chrześcijanie / pozostały tu kikuty / pozostały żale / rozbrzmiewają festiwale na wiwat odwadze” i jak zawsze pan Sojka był w stanie poruszyć moje serce. Jednak zaraz potem z mediów dowiaduję się, że podczas oficjalnych obchodów kolejnej rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz - Birkenau przez Sowietów obecny tam Prezydent Rzeczypospolitej, nie tylko nie został poproszony o zabranie głosu, ale nawet go nie przywitano! Pierwsza osoba w państwie, które jest głównym podmiotem utrzymującym Muzeum Auschwitz Birkenau, honorowy patron wydarzenia o charakterze międzynarodowym, nie został powitany! Nie przewidziano jego wystąpienia (podczas oficjalnej części, być może to nawet było ustalone), podczas gdy przemówił choćby wiceprezes Google’a? Co to w ogóle jest?
Potem ktoś się będzie żalił, że na łamach pisma katolickiego i diecezjalnego poruszam takie tematy, ale co? Mam udawać, że nie widzę tych gestów? Może ktoś jeszcze powie, że to był gest odwagi, o której wyżej śpiewał Sojka? Ostatnio trochę mnie irytuje pan Robert Mazurek, ale tym razem pozostaje mi go tylko zacytować w jego apelu do organizatorów: „Zachowujecie się jak gromada oszalałych z nienawiści, frustratów, w dodatku podpierających się tradycją obozu w Auschwitz. To jest po prostu obrzydliwe”. A tak gwoli informacji: Międzynarodową Radę Oświęcimską powołuje premier rządu i jej obecny skład został – z pominięciem zasady kadencyjności – ustanowiony w roku 2024 przez miłościwie nam premierującego polityka z Trójmiasta. A może to wszystko specjalnie, żeby potem wylewać krokodyle łzy, że polityk z gaśnicą ma coraz większe notowania? No dobra, trochę mi ulżyło, idziemy dalej.
A konkretnie idziemy na Zachód, do Niemiec, a potem razem z Niemcami na Grenlandię! Nie, nie, broń Boże, nie nająłem się na kapelana Bundeswehry, choć wiem, że wielu polskich księży wspomaga naszych zachodnich sąsiadów w duszpasterstwie, bo choć u nas kapłanów coraz mniej, to jednak w Niemczech problemy kadrowe jeszcze większe do wielu lat. Ale powróćmy do misji wojskowej Niemców. Najpierw kontekst. Wszyscy słyszymy, że prezydent Trump domaga się oddania mu Grenlandii, powołując się na fakt, że już raz była ona dana Stanom i później oddana. Chodzi mu o czas II wojny światowej, kiedy w 1941 r. Henrik Kauffmann, duński ambasador w USA, podpisał umowę upoważniającą Amerykanów do obrony Grenlandii przed agresją niemiecką, co de facto oddało wyspę pod kontrolę wojskową USA na czas wojny. Po wojnie, w 1946 r. USA zaproponowały Danii zakup Grenlandii za 100 milionów dolarów, ale propozycja została odrzucona, więc Grenlandia została „oddana” Danii, ale powstały na niej amerykańskie bazy wojskowe. Więc z tym daniem i oddaniem to tak trochę naciągane, ale! Dania już sprzedała kiedyś USA parę wysp, mianowicie wiosną 1917 r., za 25 mln dolarów pozbyła się karaibskich Saint Thomas, Saint John i Saint Croix, znanych dziś jako Wyspy Dziewicze Stanów Zjednoczonych. Więc, kto wie, jak będzie z Grenlandią…
Ale wracamy do Niemców i ich drang nach Grönland. Żeby pokazać, że europejskie wojska będą bronić Grenlandii przed Amerykanami niczym niepodległości, że w przeciwieństwie do Gdańska, za Grenlandię jak najbardziej warto umierać, Niemcy wyruszyli na misję! Niestety okazało się, że Duńczycy nie chcą… drażnić Amerykanów i zabronili lądowania na wyspie wojskowych samolotów innych państw. Widzimy więc, że duch bojowy po stronie europejskiej jest jak najbardziej na wysokim poziomie! W związku z tym francuski samolot wojskowy tylko się przeleciał nad Grenlandią, natomiast niemiecki batalion (kurczę nie byłem w wojsku i nie wiem jak się nazywa kilkunastoosobowy oddział wojskowy… u zuchów to by był zastęp, no ale w Budeswerze to nie wiem) zamiast Airbusem A400M należącym do ich sił powietrznych, polecieli na misję wyczarterowanym w Polsce cywilnym Boeingiem 737. Zastanawiam się, czy w Niemczech nie mieli jakiegoś samolotu pod ręką? A może oni już tam rzeczywiście przechodzą na armię bezemisyjną? Nie wiadomo. W każdym razie po zakończeniu misji maszyna odleciała z Nuuk do Kangerlussuaq, a następnie poleciała do walijskiego Cardiff.
I w sumie szkoda, że odleciała, bo jak się okazało, po 44 godzinach niemiecka misja już była zakończona! Oficjalnie z powodu trudnych warunków pogodowych (ciekawe jakich się spodziewali na Grenlandii), a nieoficjalnie z powodu groźby Trumpa, że wprowadzi cła na państwa uczestniczące w operacji „obrony” Grenlandii. Polskiego samolotu już tam nie było, więc tym razem Bundeswehra posłużyła się innym samolotem cywilnym linii Icelandair. Jak na ironię nazwa operacji w języku angielskim brzmiała: „Arctic Endurance”. To drugie słowo oznacza wytrzymałość… Koń by się uśmiał! Albo słynne blitzkrieg nabiera nowego znaczenia.
Może i ta cała Unia Europejska nie jest szczególnie dobrze zmobilizowana militarnie, ale za to na innych polach wykazuje się znacznie większą aktywnością i endurancem. Zwłaszcza w doprowadzaniu pewnych nawet koniecznych i dobrych spraw do absurdu. Na początek mała zagadka. Jest pewne gremium w Unii, które liczy 250 ekspertów i 25 tysięcy obywateli zaangażowanych. Jak myślicie, czym może się zajmować tak liczne (porównaj z piętnastoosobowym kontyngentem wojskowym z Niemiec na Grenlandię) grono osób?
Poszukiwaniem lekarstwa na raka? Problemami głodu na świecie? No niestety nie… Mowa jest o tzw Joint Research Centre, którego ostatnim pomysłem jest Packaging and Packaging Waste Regulation (PPWR) czyli regulacja mająca na celu uporządkowanie gospodarki odpadami. W myśl tejże wszystkie kraje członkowskie mają używać aż 11 kolorów pojemników na odpady i nawet 20 różnych symboli na opakowaniach. Nie będę wam tutaj wymieniał wszystkich kolorów kubłów i śmieci, które trzeba będzie do nich wrzucać, nadmienię tylko, że czerwony będzie na odpady niebezpieczne. Zawsze bylem przekonany, że czerwone jest niebezpieczne i nikt mi nie wytłumaczy, że jest inaczej. Wracając zaś do śmieciowej kolorowanki, Unia tłumaczy, iż wprowadzenie jednolitych zasad jest konieczne, gdyż istniejące obecnie różnice stanowią problem zarówno dla mieszkańców, jak i firm zajmujących się gospodarką odpadami. Co prawda pełna aplikacja tego prawa ma być rozłożona w czasie, ale ustawa ma wejść w życie już w tym roku w sierpniu.
Pleban ze wsi
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!