Przywarcie do „Stóp Krwawych Pana” udręczonym ciałem
W okresie II wojny światowej składanie świadectwa prawdziwie chrześcijańskiego życia i podążanie ku swojemu Mistrzowi, Jezusowi Chrystusowi, przez księży-więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych wymagało ogromnej odwagi i męstwa.
W nieustannie trwającym absurdzie i jednoczesnym dramatyzmie codziennego życia obozowego, obwarowanego nieludzkimi przepisami i sadyzmem strażników upadlającym godność ludzką, niektórzy z nich musieli przeżyć prawie sześć długich lat. Wprawdzie dla niektórych z księży czas ten był krótszy, ale nie zmieniało to konieczności kształtowania przez nich, „w życiu na granicy życia”, dojrzałej chrześcijańskiej nadziei, różnej od nieuzasadnionego optymizmu, otwartej na działanie Miłości Boga i wiarę w opiekę Opatrzności Bożej. W poczuciu tragizmu istnienia, który w sposób naturalny musiał im towarzyszyć, potrzeba było wielkiej aktywności duchowej, zakorzenionej w wierze w Boga, aby wytrzymać napór zła wobec siebie i wszystkich innych więźniów świeckich, zamkniętych za drutami obozowymi. Wymagało to wzmocnienia i uaktywnienia potrzeby przetrzymania każdego ataku lęku, by „oczyszczając się z siebie samych” wytrzymywać nacisk narastających trudności. Dlatego tak powszechnie powtarzane były słowa ks. Frelichowskiego: „módlcie się, znoście cierpienia, choć się Wam zdaje, że wszystko stracone” i pomimo surowego zakazu odmawiania modlitwy, płynęła ona szerokim strumieniem ku Bogu Trójjedynemu. Od czasu otwarcia kaplicy obozowej w styczniu 1941 roku tym bardziej była obecna, bo zanoszona przed Chrystusem Eucharystycznym. Księża polscy po dziewięciu miesiącach stracili radość uczestniczenia we Mszy św. z powodu odebrania im tego tzw. przywileju przez władze obozowe. Pomimo smutku z powodu zakazu wstępu do kaplicy starali się adorować z oddali Najświętszy Sakrament i oddając hołd Bogu krzepili się świadomością, że Jezus Eucharystyczny pozostaje w obozie i chroni ich w ciężkich dla nich chwilach. Trudne do ogarnięcia historie śmierci współbraci i osób świeckich dawały jednak poczucie tragizmu istnienia.
Zasłużony dla utrwalania polskości na Śląsku, przedwojenny proboszcz katowickiego kościoła mariackiego i dzisiejszy błogosławiony, ks. Emil Szramek, od pierwszych chwil, gdy przestąpił bramy obozu, mając świadomość dokonującej się wielkiej próby wierności kapłańskich serc, modlił się słowami: „Panie rozpocząłeś w naszych duszach budowanie dzieła, dokonaj go w nas i przez nas. Twoja potęga objawia się w słabych ludziach. Dodaj nam siły, daj odwagę, daj wytrwałość, byśmy potrafili naśladować Cię na drodze krzyża i w ciemnościach opuszczenia na Golgocie, byśmy mogli powiedzieć wszystkim: bądźcie naśladowcami naszymi, jak my Chrystusa”.
Wielu kapłanów dostrzegało wartość ofiarowywanego przez siebie cierpienia. Stawali się oni prawdziwymi naśladowcami Chrystusa, gdy według słów abpa Kazimierza Majdańskiego: „Regułą był Ogrójec krwawego potu. Regułą był nagi krzyż. Chrystusowy Ogrójec. Chrystusowy Krzyż”.
Zapatrzeni w krzyż Odkupiciela szli na śmierć przez zagazowanie jako niepełnosprawni lub chorzy w tzw. „transportach inwalidów”, umierali wygłodzeni, przepracowani, skatowani i wyniszczeni eksperymentami pseudomedycznymi. Cierpienie ich stawało się czynem duchowym. Odchodzili do Boga oddając życie za Kościół, swoich parafian i Ojczyznę, stając się w odczuciu pozostałych przy życiu księży-więźniów: „Ogniwem ogromnego łańcucha, łączącego ich ze śmiercią Chrystusa na stokach Kalwarii, będąc żywym uobecnieniem Chrystusowej miłości. Odkupiciela, który rozpięty na szubienicy krzyża, nie złorzeczył swoim wrogom, ale się za nich modlił”.
Bp Michał Kozal, sufragan diecezji włocławskiej, przywieziony przez gestapo do Dachau w kwietniu 1941 roku miał wśród księży-więźniów wielu swoich uczniów, gdyż przed nadaniem mu sakry biskupiej był najpierw ojcem duchownym, a później rektorem Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu. Wiedział, jak bardzo kapłani, a szczególnie młodzi, potrzebowali pomocy w przyjęciu postawy gotowości wzięcia na siebie cierpienia i męczeństwa. Kierując się tym: „szukał przygnębionych i dźwigał ich moralnie”, by nie tkwili w ciemnościach swych osobistych wątpliwości i wśród trudnej do opanowania desperacji. Wskazywał na przeżywane doświadczenie obozu, jako na urzeczywistniające się w ich życiu podjęcie krzyża Chrystusowego, na spełnienie się w tej służbie nadziei ostatecznej, prowadzącej ku światłu, prawdzie i wolności, w miłości do Boga i ludzi. Dla ówczesnego kleryka urodzonego w Charłupi Małej, późniejszego księdza diecezji włocławskiej Józefa Świnarskiego, postawę księdza Biskupa charakteryzowała wielka miłość do wszystkich ludzi w Bogu: „Dla niego żyć znaczyło służyć. Być biskupem to oddać się Bogu i ludziom. Ta świadomość widoczna była zwłaszcza w obozie. Rzucony miedzy udręczonych księży, bitych, padających z głodu, zimna i wycieńczenia, zrównany z nimi w niedoli, Ks. Biskup myślał jak przyjść im z pomocą. Twarde życie obozowe narzucało kształt tej pracy. Pisał więc po niemiecku w imieniu więźniów kapłanów listy do ich rodzin, dzielił się chlebem, starał się o Komunie św. dla umierających, błogosławił ich poniżenie i mękę, a nade wszystko starał się być dla nas wzorem, jak nieść krzyż życia obozowego”.
Chrystus Zmartwychwstały szedł razem z księżmi-wieźniami obozową krzyżową Drogą, tworząc wspólną wieź rzeczywistości Bożej i ludzkiej. Umacniał: „Zaprzęgniętych do ciężkiego wału, popędzanych batem, bitych po głowie i plecach aż krew tryskała na ziemię”. Podtrzymywał ich także w pełnym bólu Wielkim Tygodniu 1942 roku, w Wielkanoc i Poniedziałek Wielkanocny, gdy za znalezienie pieniędzy podczas rewizji u jednego z polskich księży wszyscy skazani zostali na karne ćwiczenia. Pieniądze te stanowiły własność Seminarium Duchownego, gdzie pracował do wojny. Przykładał wielką wagę do tego, by nie trafiły one w ręce esesmanów. Ks. Henryk Malak sugestywnie opisał tamte chwile: „Prowadzą nas na plac apelowy, dzielą na setki, na czele każdej staje jeden z esesmanów, blokowych albo starszych izby i ...rozpoczyna się krwawy sport. Po co opisywać? I tak trudno dać wiarę w to, co potrafi wymyślić nienawiść! Trwa ta męczarnia do wieczornego noszenia kotłów, a potem apel, a po nim znowu sport. Ilu pada w każdym dniu sportu? Trudno powiedzieć. Jedni konają w ataku serca, inni tracą tylko przytomność”. Ks. Konrad Szweda uzupełnił te wiadomości swoim przekazem, że: „Polacy księża są tak wyczerpani, że nie potrafią już dłużej maszerować. Nie wzbudziło to żadnej litości, przeciwnie, spowodowało jeszcze większe represje. Ośmiu zmarło w męczarni, wielu w późniejszym okresie wskutek zadanych ran”. Ofiarowując w tym czasie konkretny dar cierpienia i krwi, księża ci wchodzili w misterium krzyża i odnajdowali sens istnienia kapłańskiego i zakonnego.
Postawa dostrzegania w Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym światła Boga prowadziła księży-więźniów do zachowywania ładu serca, dzięki czemu z pomocą łaski Boga, zdolni byli w heroicznej ofierze służyć drugiemu człowiekowi, i w ufnym stawianiu oporu przeciw złu, okrucieństwu i przewrotności ludzkiej potrafili rozwiązywać napotykane problemy. Opór ten pozwolił klerykowi jezuickiemu, Ludwikowi Antonowi, na odwagę obrony przydrożnego krzyża z wizerunkiem Chrystusa, obok którego przechodził do pracy do majątku rolnego administrowanego przez niemieckie władze państwowe. „W drodze, Polacy, w większości księża, zdejmowali czapki chcąc zadokumentować swoją wiarę. To wprawiało w szał niektórych esesmanów. Chcąc położyć kres samowoli niewolników, postanowili zrzucić krzyż. Gdy więźniowie pracowali w polu, karabinami oderwali wizerunek Chrystusa. Dowiedział się o tym podczas pracy Ludwik i wystąpił do zarządcy majątku z odważnym protestem. Sprawa miała dalszy ciąg na placu apelowym w obozie, gdzie także z odwagą powiedział, że jako duchowny i wierzący człowiek nie może się pogodzić z profanacją krzyża. Wzywany do kancelarii obozowej potwierdził swoje stanowisko, że jest katolikiem i występuje w obronie krzyża. Po kilku dniach modlitw w intencji kolegi do Tronu Wszechmogącego okazało się, że kleryk Anton nie został skazany na karę śmierci, a krzyż na nowo zawisł na tym samym drzewie. Maszerujący do pracy więźniowie mogli znowu z głęboką czcią oddawać hołd Chrystusowi-Zwycięzcy”.
Księża-więźniowie idąc obozową Drogą krzyżową, szli razem z Chrystusem, którego pragnęli być wiarygodnymi świadkami, trwając z Nim w coraz większej przyjaźni, wierności, i coraz bardziej z Nim zjednoczeni dostrzegali wartość niegasnącego Światła Boga, którego - jak podkreślił to we wspomnieniach bp Ignacy Jeż - było więcej niż ciemności, bo to „Pan sprawił swoją łaską, że można było te ciemności przezwyciężać i pokonać światłem, którego On użyczał”.
Tekst ks. Sławomir Kęszka
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!