O pseudopandemii, nagonkach rasowych i synodalności 
Wszyscy pewnie chcielibyśmy zapomnieć o tzw. pandemii, ale chyba jednak lepiej byłoby, gdybyśmy nie zapomnieli, a wręcz przeciwnie, gdybyśmy zapamiętali i nigdy więcej nie dali się tak nabić w butelkę albo raczej w szczepionkę, (uwaga, nie jestem antyszczepionkowcem, a jedynie postuluję, aby eksperymenty przeprowadzać – skoro już nie wolno na zwierzętach, a można na ludziach – tylko na tych, którzy się na to zgadzają i otrzymują za to solidne wynagrodzenie).
Kilka tygodni temu doszło do przesłuchania przez senacką Komisję Bezpieczeństwa Wewnętrznego pana dr. Anthony’ego Fauciego, reżysera tragicznej w skutkach strategii do walki z covidem, którą za USA przyjął właściwie cały świat. Były już, na szczęście, dyrektor amerykańskiego Narodowego Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych ponad 100 razy (!) odmówił odpowiedzi na pytania dotyczące owej strategii, powołując się na Piątą Poprawkę do Konstytucji, czyli prawo do zachowania milczenia w celu ochrony swojej osoby przed konsekwencjami prawnymi. A przecież tuż przed końcem swojej kadencji poprzedni prezydent Joe Biden z góry go ułaskawił z wszelkich możliwych zarzutów. Jednak ewidentnie pan Fauci ma wiele do ukrycia, bo zasłaniając się prawnikami odmawia kolejnego spotkania z senatorami, którzy twierdzą, że „naród amerykański zasługuje aby odpowiedziano na uzasadnione pytania dotyczące naszej żałośnie nieudanej reakcji na COVID-19. Na niektóre z tych pytań może odpowiedzieć tylko dr Fauci. Kiedyś arogancko stwierdził, że z chęcią zezna przed jakąkolwiek komisją nadzorującą Kongresu i nie ma nic do ukrycia. Najwyraźniej ma i to wiele”, a ja dodam, że my też byśmy chętnie posłuchali. Republikańscy kongresmeni poparli jednogłośnie skierowanie sprawy Fauciego do Departamentu Sprawiedliwości USA z zarzutem obrazy parlamentu. Pod koniec kwietnia republikański senator Ron Johnson z Wisconsin, stojący na czele Podkomisji ds. Śledztw Senatu opublikował cząstkowy raport, w którym szczegółowo opisał, w jaki sposób wysocy rangą urzędnicy Federalnego Urzędu ds. Leków ignorowali ostrzeżenia dotyczące monitorowania bezpieczeństwa szczepionek przeciwko COVID-19. Zobaczymy, czy wreszcie uda się ustalić, jak i dlaczego to wszystko mogło się wydarzyć.
Pozostańmy jeszcze na chwilę w USA, gdzie wyjaśnienia domagają się również inne nadużycia, tym razem dotyczące sposobu rozliczania przez amerykańskie szpitale i placówki medyczne świadczeń związanych z tak zwanymi tranzycjami, czyli zmianą płci. W opublikowanym przez Departament Zdrowia i Opieki Społecznej raporcie „Wilki w białych fartuchach: jak lekarze i szpitale promowali oszustwo związane z medycyną płciową i czerpali z tego zyski” zarzucono niektórym placówkom tworzenie pediatrycznych programów dotyczących płci oraz stosowanie ogólnych kodów rozliczeniowych dotyczących zaburzeń endokrynologicznych do rozliczania świadczeń związanych z tranzycjami. Wiceprezydent JD Vance zwrócił się do Departamentu Sprawiedliwości o zbadanie tych zarzutów i zauważył, że niektóre szpitale i placówki medyczne poddają dzieci eksperymentalnym zabiegom związanym z płcią. Oczywiście jego wypowiedź spotkała się z falą krytyki ze strony środowisk zajmujących się opieką nad osobami z zaburzeniami tożsamości płciowej, które oburzyło przedstawianie takich świadczeń jako „eksperymentalnych”.
Właśnie „oburzanie się” bardzo często zastępuje rzeczową dyskusję, a najczęściej oburzają się zwolennicy lewicowo - liberalno - postępowej agendy, którzy wszędzie węszą zamach na słuszne prawa wszelkiej maści mniejszości. Ale trzeba naprawdę uważać, bo zamiast pomóc można skrzywdzić, albo po prostu naiwnie dać się oszukać i wykorzystać pod parasolem poprawności.
Najświeższy przykład mamy z Wielkiej Brytanii, gdzie hucznie odtrąbiono, że oto Jason Arday w wieku 37 lat został zatrudniony na uniwersytecie w Cambridge jako najmłodszy w historii uczelni czarnoskóry profesor. Wszyscy byli zachwyceni, zwłaszcza jego pani dziekan, notabene wykładająca teorię gender, która zapewniała, że zatrudnienie prof. Ardaya było konsekwencją „wsłuchania się w głos czarnoskórych wykładowców i studentów”. Pech w tym, że dziennikarze wsłuchiwali się również w to, co – za przeproszeniem – pierdzielił świeżutki profesorek i okazało się, że: na przykład przebiegł w 35 dni 30 maratonów, w tym 9 biegnąc z kontuzją, uzbierał 5 milionów funtów dla organizacji charytatywnych, wykopał setki studni w Afryce i Ameryce Południowej, a nawet wystąpił w pewnym serialu wyemitowanym 20 lat przed… jego urodzeniem. Te wszystkie bzdury spowodowały zainteresowanie jego realnym dorobkiem naukowym i okazało się, że jego doktorat jest plagiatem, a książki, które rzekomo napisał, nie zostały jeszcze wydane. No i cóż, musiał biedak zrezygnować z posady z powodu – jak twierdził – „nienawistnej rasowej nagonki” rzecz jasna.
Jak wiecie naszym ulubionym tematem oprócz różnych wynalazków „nowego wspaniałego świata” od jakiegoś czasu jest też synodalność, nich mi ks. kardynał Ryś wybaczy. I w tej sprawie odnotowałem ciekawy głos, których chętnie się z wami podzielę. Robert Mutsaerts, biskup pomocniczy diecezji ’s-Hertogenbosch w Holandii, napisał list otwarty do papieża Leona zatytułowany: „Czy synodalność przybliża do zbawienia?” Pisze w nim m.in.: „Moje pytanie jest proste i szczere: czy proces synodalny pomaga w przybliżaniu dusz do Chrystusa i zbawienia wiecznego? To dla mnie decyzyjna kwestia. Uważam, że po latach synodalnych konsultacji, spotkań, raportów i dokumentów - nadszedł czas na to, by otwarcie zapytać o owoce. Pozwolę sobie zadać niewygodne pytanie: Co to wszystko tak właściwie przyniosło? Czy wiara stała się mocniejsza? Czy jaśniej głosi się Chrystusa? Czy pogłębiona została tożsamość katolicka? Czy więcej ludzi się nawróciło? Czy więcej ludzi chodzi na niedzielną Mszę świętą? Czy jest więcej powołań kapłańskich? Czy katecheza stała się skuteczniejsza? Czy pojawiło się większe poszanowanie dla Eucharystii? Czy jaśniejsze stało się moralne nauczanie Kościoła? Czy wzrósł zapał misyjny?”
I jeszcze zauważył: „Wiele elementów współczesnej kultury synodalnej w rzeczywistości wykazuje podobieństwa do zmian obserwowanych w kościołach protestanckich od dziesięcioleci. Większy nacisk na partycypację. Większy wkład administracyjny. Więcej struktur konsultacyjnych. Większy nacisk na społeczności lokalne. Większy nacisk na indywidualne doświadczenie. Więcej dyskusji o zmieniających się poglądach społecznych. Mniejsza pewność, co do hierarchicznej władzy. Samo w sobie nie musi to być błędne. Ale pytanie historyczne jest nieuniknione: czy ten model doprowadził do spektakularnego odrodzenia chrześcijańskiego w świecie protestanckim? W dużej części Europy Zachodniej odpowiedź brzmi jasno: nie. Dlaczego zatem Kościół katolicki miałby przyjąć właśnie te wzorce administracyjne i duszpasterskie denominacji, które często przechodziły tę samą sekularyzację jeszcze wcześniej i w głębszym stopniu?” Ktoś chętny do odpowiedzi?
Pleban ze wsi
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!