O (nie) samotności

W ósmym dniu przemierzyłem 23 kilometry przepięknej Umbrii, w sumie już ponad 200 km cudownej Italii, a myślami byłem… w Księżej Wólce.
Poprzedni dzień mojego pielgrzymowania opisałem słowami: „Zobaczyć więcej niż widać”. Ale ponieważ nie zrealizowałem planowanej trasy z braku noclegu w Ceselli (więc równie dobrze mogłem go zatytułować: „Dotrzeć bliżej niż się chciało”) i zatrzymałem się już na 17 kilometrach, dzisiaj miałem do pokonania jakieś 6 więcej i w sumie nie mogłem dotrzeć tak szybko jak chciałem do Spoleto, a nawet zaledwie „musnąłem” Erem św. Franciszka w Monteluco. Może więc powinienem dać tytuł: „Zobaczyć mniej niż się powinno”? Nie wiem, czy coś z tego rozumiecie, ale tak mi jakoś wyszło.
Piątkowe zamyślenia na łonie natury
Wyruszam o 7.00, żeby jak najszybciej nadrobić zaległe kilometry, nie zatrzymuję się w Ceselli ani na chwilę i wkraczam w Dolinę Pontuglia, skąd rozpoczyna się bardzo długie i wymagające podejście, około 8 km, prowadzące do Przełęczy Castelmonte. Nachylenie szlaku w niektórych miejscach jest znaczne i trzeba bardzo uważać, co z kolei jest trudne, bo piękno lasu i wspaniałe widoki na Dolinę Nery są absolutnie zjawiskowe, więc jak tu patrzeć pod stopy? Chyba bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że naturalistycznie to najpiękniejszy etap mojego Franciszkowego Camino.
W pewnym momencie zdaję sobie sprawę, że dzisiaj jest piątek. Właściwie każdego dnia Camino całą część bolesną Różańca odmawiam za wszystkich moich cierpiących i chorych przyjaciół, parafian i znajomych, a w miarę rozchodzenia się wieści o mojej pielgrzymce, coraz więcej osób prosi mnie o modlitwę za ich bliskich, którzy właśnie zmagają się z jakąś chorobą czy trudną operacją.
Jednak dzisiaj tak mi przyszło do głowy, że jednym z największych cierpień jest samotność, co jest pewnym paradoksem, jeśli sobie uświadomimy, że Bóg nigdy nie zostawia nas samych. Nigdy! Ja ósmy dzień idę sam, ale nigdy się nie czuję samotny, Boże, ile ja się nagadam z Panem Jezusem w te dni… I kiedy sobie snuję te rozważania, to dociera do mnie, że kiedy o tym zapominam, że nie jestem nigdy sam, to raczej nic dobrego się wówczas nie dzieje… Ot, jak choćby moja przygoda, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia, kiedy przez krótką chwilę poczułem się samotny, co z kolei skłoniło mnie do wieczornego wyjazdu na basen w fatalnych warunkach pogodowych i skończyło się rozbiciem samochodu. Mnie się nic nie stało, ale jak stałem koło tego skasowanego auta, to się stukałem w głowę i mówiłem do siebie: nigdy nie jesteś sam. Notabene, wypadek miał miejsce w Księżej Wólce: jak człowiek nie pełni Bożej WOLI, tylko goni za jakąś swoją wolą, czy wręcz malutką wólką, nawet jeśli to jest księża wólka, to łatwo wylecieć z trasy.
No i wyobraźcie sobie, że w tym podziwianiu natury i rozważaniach nad samotnością praktycznie ominąłem tzw. Święty Las Monteluco i kryjący się w nim Erem, czyli Pustelnię Świętego Franciszka! Chodzi o miejsce, gdzie już w V w. osiedliły się wspólnoty pustelników, którzy uciekli z Syrii i prawdopodobnie w 1218 r. Franciszek otrzymał od mnichów benedyktyńskich znajdującą się tam kaplicę św. Katarzyny. Po drodze jest więcej kapliczek i pustelni, ale co wam będę ściemniał: ja to wszystko przegapiłem i ocknąłem się już przy Ponte delle Torri, czyli moście łączącym las z miastem Spoleto. Była godzina 15.00, moje forsowne tempo i przewyższenia dawały się we znaki i nie porwałem się na powrót do Monteluco, zwłaszcza że Spoleto ma naprawdę wiele do zaoferowania i oczywiście tam również często przebywał św. Franciszek.
Dwa sekrety katedry w Spoleto
Nie bez wyrzutów sumienia nad utraconą szansą zobaczenia Monteluco wkroczyłem do miasta i udałem się prosto do Katedry Matki Bożej Wniebowziętej. Jakkolwiek powstała ona już w XII w. to jednak najwięcej w niej pozostało z czasów przebudowy dokonanej w początkach XVII w. przez późniejszego papieża Urbana VIII, którego popiersie z brązu wykonane przez samego Gian Lorenzo Berniniego można tu podziwiać, podobnie jak choćby freski słynnego Pinturicchio, czy Filippo Lippi w absydzie.
Do mnie jednak najbardziej przemówiły dwa fakty. Najpierw ten mniej znaczący, ale dla mnie ważny: to właśnie w tej katedrze w Spoleto miała miejsce kanonizacja św. Antoniego Padewskiego, mojego drugiego patrona, tego od dnia urodzin. Jakoś nigdy wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale wiosną 1232 r. papież Grzegorz IX uciekł przed niepokojami i zagrożeniem ze strony wrogów w Rzymie właśnie do Spoleto, a ponieważ osobiście bardzo cenił Antoniego, którego nazywał „Arką Testamentu” postanowił nie odkładać ogłoszenia go świętym i ceremonia odbyła się w tutejszej katedrze 30 maja 1232 r., w uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Pomyślcie, było to zaledwie 352 dni po śmierci Antoniego, a podczas samej ceremonii odczytano opisy 53 cudów przypisywanych jego wstawiennictwu! Co za święty!
Natomiast św. Franciszek został kanonizowany sześć lat wcześniej, 648 dni po swojej śmierci, ale o tym będziemy sobie mówić w Asyżu, da Bóg, za dwa dni. Tutaj zaś w katedrze i to jest drugi fakt, który szczególnie mnie zainspirował, znajduje się jeden z nielicznych zachowanych oryginalnych listów napisanych dłonią św. Franciszka! Pisze on w nim do brata Leone tak: „jeśli będziesz kiedyś potrzebował przyjść do mnie po radę, zaprawdę tak ci radzę: jakikolwiek sposób wydaje ci się lepszy, aby podobać się Panu Bogu i iść Jego śladami, i za Jego ubóstwem, postępuj tak z błogosławieństwem Pana Boga i moim pozwoleniem”. Innymi słowy, jeśli chcesz mojej rady w jakiejś sprawie, to pomyśl tylko co się najbardziej spodoba Bogu i tak czyń, masz już moją radę. I znowu się utwierdziłem w przekonaniu, że jest WOLA, ta Boża, i „wólka” ta nasza. I że oprócz Boga, zawsze są przy mnie także ci niesamowici niebiańscy przyjaciele.
ks. Andrzej Antoni Klimek
Film z drogi | dzień 8
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!