TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 07 Maja 2026, 13:20
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Niebieska opieka 

Niebieska opieka 

Gdyby bł. ks. Marian Konopiński nie zginął męczeńsko w KL Dachau, zostałby zapewne ukochanym wujkiem pisarki Małgorzaty Musierowicz, jej młodszego brata, poety Stanisława Barańczaka i autorki książek dla dzieci Emilii Kiereś z domu Musierowicz. I właśnie z Emilią Kiereś rozmawiam zarówno o nim, jak i jej twórczości.

Rozmawiamy chwilę przed 81. rocznicą wyzwolenia KL Dachau. Pani Emilio, w Pani niezwykłej rodzinie, ks. Marian jest wyjątkowy z powodu swego statusu błogosławionego Kościoła Kkatolickiego. Czy może Pani opowiedzieć nam o nim w kilku słowach?

Emilia Kiereś: Ks. Marian był bratem mojej babci ze strony mamy, Zofii Barańczak z domu Konopińskiej. Jego historia to wciąż otwarta rana dla naszej rodziny. Był pierworodnym synem spośród piątki rodzeństwa, ukochanym starszym bratem, troskliwym, opiekuńczym i odpowiedzialnym. W 1939 r. był wikariuszem w poznańskiej parafii św. Michała Archanioła. We wrześniu jako kapelan wojskowy, ochotnik, razem z 15. Pułkiem Ułanów Poznańskich brał udział w Kampanii Wrześniowej. 

Dostał się do niewoli i trafił do obozu jenieckiego w Niemczech. W maju 1940 ro. został zwolniony i ku wielkiej radości bliskich wrócił do Poznania. Niedługo jednak cieszył się wolnością: kilka miesięcy później został ponownie aresztowany przez Niemców i 30 maja 1941 r. osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Tam był poddawany eksperymentom pseudomedycznym, wskutek których zmarł 1 stycznia 1943 r. Sporo dowiedzieliśmy się o jego obozowej rzeczywistości od ks. Czesława Kaliszana, który również był więźniem Dachau i towarzyszył wujkowi w jego ostatnich chwilach.

Czy odczuwacie niebieską opiekę błogosławionego wujka?

Oj, tak. Odczuwamy. A przynajmniej tak interpretujemy niektóre szczególne zdarzenia.

Planowała Pani studiować historię sztuki i w ostatniej chwili zdecydowała się na polonistykę. Dlaczego?

Trudno to wyjaśnić. Po prostu, z niewiadomego powodu, serce pociągnęło mnie w tamtą stronę. Słusznie posłuchałam intuicji! Ani przez chwilę nie żałowałam swojej decyzji. Gdybym miała jeszcze raz wybrać kierunek studiów, bez wahania zdecydowałabym się na to samo.

A czy ten wybór nie miał związku z jakimiś ukrytymi marzeniami o pisaniu książek?

Marzyłam o pracy z książkami – owszem, ale nie o ich pisaniu. Wyobrażałam sobie, że po studiach mogłabym znaleźć pracę w jakimś wydawnictwie. Po części to się spełniło. Natomiast pomysł na pisanie pojawił się dopiero, kiedy na świat przyszła moja córka. Jedna z improwizowanych opowiastek na dobranoc, jakie często dla niej wymyślałam, nagle wydała mi się historią z potencjałem na coś obszerniejszego. Tak powstał mój debiut, „Srebrny dzwoneczek”. To książka o nieśmiałej dziewczynce, która wkrótce ma pójść do pierwszej klasy, czeka też na narodziny braciszka. Wyprawiona na pierwsze wakacje bez rodziców, musi stawić czoła różnym nowym wyzwaniom.

Bardzo żałuję, że „Dzwoneczka” i „Miedzianego listka” nie było w czasach kiedy ja byłam dziewczynką. Gdy czytałam je kilka lat temu myślałam, że wszystko byłoby wtedy łatwiejsze! Pani książki bardzo subtelnie wspierają dzieci w problemach, które nam wydają się błahe, a im jawią się jako ogromne. Do tego są tak ciepłe, że chce się w nich zamieszkać.

Przyznam, że nie jest Pani pierwszą osobą, od której to słyszę. Bardzo mnie cieszy, że te książki są dla dzieci wsparciem w różnorakich kłopotach, mniejszych i większych, które nam, dorosłym, zdarza się – jakże niesłusznie! – bagatelizować. Mam także nadzieję, że te opowiastki posłużą jako punkt wyjścia do wielu ważnych i owocnych rozmów rodziców z dziećmi. Dochodzą mnie zresztą słuchy, że tak się dzieje. To wielka radość!

Nie mogę nie zapytać o ukochane książki małej Emilii Kiereś.

Do dzisiaj moją ukochaną książką dla dzieci (i dla dorosłych…) są „Bracia Lwie Serce” Astrid Lindgren. Ta powieść mówi o wszystkim, co naprawdę ważne. Uważam ją za prawdziwe arcydzieło. Zaczytywałam się też w powieściach Karola Maya, bardzo lubiłam „Dziadka do orzechów” E.T.A. Hoffmanna. Poza tym zawsze fascynowały mnie baśnie, właściwie wszystkie możliwe, ale braci Grimm stawiałam na pierwszym miejscu. Dziś mówi się często, że są to teksty zbyt okrutne dla dzieci, cenzuruje się je i ugładza, ale przecież to, co w tych dawnych baśniach przeraża, nie znalazło się w nich bez powodu.

Baśnie niosą ze sobą naukę o życiu, z wszystkimi jego światłami i cieniami, i to jest w nich takie piękne i wartościowe. Jeśli będziemy opowiadać dzieciom o wilku, który wcale nie połknął Czerwonego Kapturka, to czy nie odrzemy tej opowieści z jej najważniejszego przekazu? Wbrew pozorom dzisiejsze życie wcale nie jest dużo łatwiejsze i bezpieczniejsze niż to sprzed wieków – jedynie zagrożenia nieco się zmieniły. A baśnie pozostają stale aktualne.

Skoro o baśniach mowa, napisała Pani 13 książek dla dzieci i młodzieży, z których kilka ma właśnie baśniowy charakter. Jedną nich jest nominowany do Nagrody IBBY cudowny „Lapis”. Lubię o nim mówić: to taki „Niebieski” Kieślowskiego dla dzieci. Niebieski wpisuje się przecież w nostalgiczny, a zarazem chłodny i tajemniczy klimat, jakie ma miasto pełne mrocznych tajemnic. Poza tym książka porusza też temat samotności, zazdrości, miłości. Zupełnie jak głośny film sprzed lat.  

Właściwie większość moich powieści to rozbudowane baśnie. Tytułowy Lapis (po łacinie: „kamień”) to nazwa miasta, zbudowanego właśnie z białego kamienia. Książka podzielona jest na dwie części: w pierwszej poznajemy młodego architekta, Tobiasza, i jego żonę. Tobiasz pracuje przy projekcie murów obronnych Lapis. Tuż przed bitwą, w wyniku spisku, zostaje niesłusznie oskarżony o zdradę, co pociąga za sobą cały szereg dramatycznych zdarzeń. W drugiej części, której akcja toczy się 50t lat po bitwie, pojawia się dwunastoletnia Irenka, która przybywa do miasta z ojcem, malarzem fresków. Krok po kroku dziewczynka odkrywa kolejne sekrety miasta, niektóre z nich mrożące krew w żyłach, takie, o których nie wiadomo, czy są prawdą, czy legendą. Poprzez swój upór, ale też dzięki niewinności i ciekawości, Irenka dociera do źródeł największej tajemnicy Lapis i wyzwala miasto od brzemienia, które ciąży na nim od legendarnych czasów. Przede wszystkim jednak jest to opowieść o słowie: o tym, że każde słowo ma swoje konsekwencje i należy brać za nie odpowiedzialność. Myślę, że to kwestia szczególnie istotna właśnie w naszych czasach.

Jak pisze się książki i je tłumaczy będąc córką Małgorzaty Musierowicz i siostrzenicą Stanisława Barańczaka? Czy odczuwa Pani jakąś presję w tym zakresie? Np. by im dorównać albo nawet być jeszcze lepszą?

Żadnej presji, żadnej rywalizacji. Po prostu staram się wykonać pracę najlepiej jak potrafię, a nie: lepiej niż inni. Próbuję przekraczać własne granice, a nie: prześcigać innych. Literatura jest wspaniałym obszarem wolności, w którym znajdzie się miejsce dla każdego, kto ma coś do powiedzenia. Czytelnicy z kolei mają różne gusta. A dobra opowieść obroni się sama, niegroźne jej są żadne porównania ani nawet słowa krytyki. Podobnie ma się rzecz z tłumaczeniami. To przecież nie zawody – przede wszystkim chodzi o to, żeby dostarczyć polskim czytelnikom tekst, którego dotąd nie mieli okazji poznać. Ważne, żeby przygotować dla nich możliwie najlepszy wariant przekładu. I żeby dobrze się przy tym bawić. To wszystko. 

Tłumaczy Pani z języków angielskiego i francuskiego, przełożyła Pani ponad 60 tytułów. Co Pani przekłada dziś na polski?

To tajemnica! Powiem tylko, że jest to powiastka francuska, którą zna prawie każdy, a która wbrew pozorom wcale nie jest książką dla dzieci…

Czy to ta, której autorem był pewien francuski lotnik?

Tajemnica to tajemnica. Nic nie powiem. 

Rozmawia Aleksandra Polewska - Wianecka

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!