TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 18 Sierpnia 2019, 14:58
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Nie trudno być dobrym wystarczy tylko chcieć

Nie trudno być dobrym wystarczy tylko chcieć

Za kilka dni przypada czwarta rocznica śmierci ojca Mariana Żelazka, werbisty, który 55 lat swojego życia poświęcił służbie najuboższym i trędowatym w Indiach. Nie jest to okrągła rocznica, ale w roku, którego hasłem są słowa „Bądźmy świadkami Miłości“, a z Indii ciągle docierają tragiczne informacje na temat prześladowań chrześcijan, warto przypomnieć tego „Jezusowego żołnierza“, jak sam siebie często nazywał, tego który potrafił szerzyć braterstwo i miłość bez względu na wszystko i jedynie dla Bożej chwały.

„Niebezpieczeństwo“ publiczne
Luty 2005 roku. Dzięki koledze pracującemu w Nuncjaturze Apostolskiej w New Delhi mamy niepowtarzalną okazję odbyć kilkunastodniową podróż do najciekawszych miejsc centralnych Indii. Oprócz Agry, Jajpur, Varanasi i Kalkuty na naszym szlaku znalazło się również Puri. Ojciec Marian Żelazek czeka na nas na dworcu kolejowym. Przybywamy tutaj prosto z Kalkuty i w pewnym sensie mamy takie głębokie przekonanie, że oto po obcowaniu z dziełem miłosierdzia zainicjowanym przez niewątpliwie świętą kobietę, Matkę Teresę, teraz mamy okazję dotknąć innego wielkiego dzieła, a nawet poznać osobiście jego spiritus movens czyli ojca Mariana. Absolutnie nie ma w sobie nic pomnikowego. Uśmiecha się, żartuje, choć wydaje się też nieco wzruszony. Co ciekawe, osobiście prowadzi jeden z wysłużonych samochodów terenowych, którymi docieramy do wybudowanego przez ojca Mariana ośrodka rekolekcyjnego, który stanie się naszą bazą na kilka najbliższych dni. Podczas drogi, ojciec Marian, kieruje pojazdem bardzo, powiedziałbym… agresywnie. Kilkakrotnie mali Hindusi niemal w ostatniej chwili uskakują spod kół dość mocno rozpędzonego samochodu. Gdy docieramy na miejsce ojciec Marian oddycha z ulgą:
- Dzięki Bogu, dojechaliśmy szczęśliwie – stwierdza.
- Czyżby podróżowanie samochodem było tu aż tak niebezpiecznie? – pyta któryś z nas.
- Nie, nie, tylko… zapomniałem szkieł kontaktowych – wyznaje rozbrajająco ojciec Marian.
Nie wiem, czy był to jedyny przypadek, gdy ojciec Marian był „niebezpieczny“ dla otoczenia, ale tych kilka dni spędzonych z nim wystarczyło mi, aby zrozumieć, jak bardzo był on „niebezpieczny” dla biedy, rasizmu i oczywiście Szatana, bo przecież był Jezusowym żołnierzem.

Z powołaniem straconego pokolenia na barkach
Ojciec Marian Żelazek urodził się 30 stycznia 1918 roku w Palędziu koło Poznania. Już od gimnazjum rozpoczął swoją wspólną drogę z księżmi werbistami i było to oczywiście Gimnazjum Misyjne w Górnej Grupie, po ukończeniu którego został przyjęty do nowicjatu. Po aresztowaniu go przez Gestapo w maju 1940 r., przebywał w obozach koncentracyjnych w Dachau, Gussen i ponownie w Dachau, gdzie doczekał wyzwolenia w 1945 r. Czas spędzony w miejscach kaźni, okazał się decydujący dla przyszłości ówczesnego kleryka Mariana. Przyszłości, która była jedynie bardzo niepewną hipotezą, możliwością posiadającą zaledwie kilka procent szans na zaistnienie. Ojciec Marian opowiadał, że patrząc na kolejnych swoich seminaryjnych kolegów, których wielkie misyjne pragnienia kończyły się w krematoryjnych piecach i tylko w postaci dymu unosiły się do ich Źródła, jeszcze bardziej utwierdził się w swoim powołaniu i czuł się jakby spadkobiercą tych wszystkich niespełnionych marzeń. Wtedy właśnie ślubował Bogu, że jeśli przetrwa, jego jedyną treścią życia będzie ratowanie dusz ludzkich na misjach.

Wśród najbiedniejszych z biednych
Formację zakonną i seminaryjną dokończył w Rzymie i tu przyjął święcenia kapłańskie. Następnie, zgodnie ze swoim pragnieniem, wyjechał do Indii, gdzie przez 25 lat zajmował się prowadzeniem szkół katolickich i duszpasterstwem wśród najbardziej pogardzanej przez hinduistów pierwotnej ludności Indii - Adibasów. A był to dopiero początek, ponieważ kiedy lata 70. przyniosły exodus wielu misjonarzy z coraz bardziej nieprzychylnych Indii, ojciec Marian przybywa do jednego z ważniejszych ośrodków kultu ortodoksyjnego hinduizmu, czyli do Puri. To właśnie tutaj stanie przed nim być może największe wyzwanie: dostrzec Jezusa w pogardzanych i izolowanych trędowatych, umierających na obrzeżach miasta.
Ojciec Marian buduje więc kościół, ale równolegle rozpoczyna tworzenie kolonii dla trędowatych, a później jedno po drugim powstają kolejne dzieła, które trudno wyliczyć, choćby: szpital, przychodnia lekarska, pracownia przygotowująca protezy i obuwie dla okaleczonych trądem ludzi, czy inne miejsca, jak cegielnia czy ferma kurza, gdzie ludzie mogą pracować i utrzymywać kuchnię miłosierdzia i inne dzieła. To jest ta symboliczna wędka zamiast ryby, dana głodującym i żebrakom, aby przywrócić im godność, a nie tylko uspokoić własne sumienie.

Apostoł trędowatych
Kiedy spacerujemy z ojcem Marianem po wiosce w jego oczach widzimy nie dumę, ale radość. Błyszczą mu te oczy takim samym blaskiem, jak dzieciakom, które nie odstępują go ani na krok: chwytają go za ręce i nie chcą puścić. Za te ręce, którymi ojciec Marian bez najmniejszych zahamowań dotyka ran trędowatych i kikutów pozostałych po ich palcach czy stopach. Przyznam, że jesteśmy zszokowani i przerażeni. Potrzebujemy czasu, aby się oswoić z widokiem ludzi chorych na trąd i przestać się bać.
- Nie ma strachu – uśmiecha się do nas dobrotliwie i wyrozumiale
o. Marian, o którym mówi się, że nigdy nie używał rękawiczek, kiedy zajmował się chorymi. – Kiedy trąd się ujawnia nie jest już zaraźliwy – wyjaśnia i dopytuje chorych o samopoczucie, jakby sam był ich lekarzem. Co ja wypisuję, on był ich lekarzem.
Jednym z kolejnych wielkich osiągnięć ojca Mariana było utworzenie szkoły integracyjnej, gdzie uczą się wspólnie zarówno dzieci zdrowe, jak i te, które chorowały na trąd. Trudno przecenić wartość takiej inicjatywy w kulturze, gdzie separacja trędowatych była na porządku dziennym. Warto jeszcze wspomnieć w tym miejscu, że
ks. Żelazek miał ogromny szacunek dla hinduistów, ponieważ miał zrozumienie dla ich odmienności religijnej i nie próbował ich nawracać, sam pozostając człowiekiem głębokiej modlitwy. Jednym z obrazów, które mi utkwiły w pamięci jest widok o. Mariana siedzącego na chrzcielnicy i pogrążonego w modlitwie. Może dziwnie to brzmi, ale chrzcielnica w kościele parafialnym miała formę studni, przy której Pan Jezus spotkał się z Samarytanką; pośród tych właśnie figur przycupnął o. Marian na chwilę modlitwy i takim, między innymi, go pamiętam.

Tęsknota za krajem
Ojciec Marian, na ile tylko pozwalają mu rozliczne obowiązki, stara się towarzyszyć nam nie tylko w zwiedzaniu wszystkich prowadzonych przez siebie dzieł, ale i w wyprawach, które mają uprzyjemnić nam czas spędzony w Indiach: plaża, wyprawa na kokosy i inne atrakcje. Oczywiście z nieodłącznymi dzieciakami w korowodzie i to jest drugi obraz ojca, który pozostanie w pamięci na zawsze. A wieczorem spożywamy wspólnie kolację, podczas której nie mogło zabraknąć tradycyjnych polskich przyśpiewek patriotycznych i nie tylko. Tutaj odkrywamy kolejne oblicze ojca Mariana - patrioty. Łzy stają mu w oczach, kiedy śpiewamy o ułanach, czy tradycyjne sokoły. Widać, że choć doskonale się czuje realizując swoje powołanie misyjne, to przecież nie zapomniał o swojej Ojczyźnie i po ludzku cierpi rozłąkę i tęskni. Może już wtedy przeczuwał, że więcej Polski nie odwiedzi…

Zasypcie go kwiatami…
Ojciec Marian Żelazek zmarł 30 kwietnia 2006 roku, pośród tych, którym poświęcił swoje życie. Tak dla Radia Watykańskiego opisywał wówczas ostatnie chwile ojca Mariana jego zakonny współbrat Thazhathuveetil Kurian SVD z Puri: „Byliśmy razem w ośrodku dla trędowatych, o który ojciec Marian bardzo się troszczył. Pojechaliśmy rano, gdyż właśnie dziś było tam święto. Dołączyliśmy do świętujących, zjedliśmy wspólnie obiad i około 14. miejscowego czasu ojciec Marian chciał już wracać. Szedł w kierunku samochodu, przed którym nagle upadł. Nie było mnie przy tym, bo jeszcze żegnałem się z ludźmi. Przeniesiono go do pobliskiego ambulatorium. Zmarł prawdopodobnie na zawał serca. W przeciągu 20 minut przewieźliśmy go do szpitala, gdzie lekarze stwierdzili zgon”.
Mój przyjaciel ks. Tomasz Grysa, ówczesny attache Nuncjatury Apostolskiej w Chanakyapuri w Indiach tak wspomina pogrzeb: „Ponieważ byłem jedynym księdzem z Polski, poproszono mnie o poprowadzenie obrzędów pogrzebowych na zakończenie Mszy św. w kościele, dzięki czemu mogło zabrzmieć po polsku „Niech aniołowie zawiodą Cię do raju”. Procesja z trumną nie trwała zbyt długo, bo cmentarz znajduje się nieopodal kościoła, dzięki czemu udało nam się przetrwać gorączkę tego dnia; temperatura dochodziła do 40 stopni. Na cmentarzu prowincjał werbistów poprowadził ostatnie modlitwy i pobłogosławił grób, w którym złożyliśmy ciało o. Mariana, obsypując je wpierw, zwyczajem indyjskim, płatkami świeżych kwiatów”.

ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!