Nie przyszedłem pana nawracać
Wielki Post to czas spojrzenia na życie z perspektywy tego, co mówił Jezus. Dlatego proponujemy rekolekcje przygotowane przez ks. Łukasza Skołuda ze Zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny.
Pamiętam pewne rekolekcje, na które przyjechałem do niewielkiej miejscowości. Spodziewałem się kameralnych spotkań, kilku nabożeństw, spokojnej atmosfery. Tymczasem ksiądz proboszcz wręczył mi plan rekolekcji. Spojrzałem - a tam każdego dnia… pięć Mszy Świętych. Pięć. W niedużej parafii. Popatrzyłem na niego z lekkim niedowierzaniem i zapytałem: Księże proboszczu, czy to ma sens? Czy naprawdę potrzeba aż tylu Mszy każdego dnia? Starszy proboszcz uśmiechnął się i nieco ochrypłym głosem odpowiedział: „Proszę się nie martwić. Ludzie przyjdą”. Nie byłem przekonany. Wydawało mi się to zbyt ambitne, może nawet przesadzone. Ale już pierwszego dnia zobaczyłem coś, czego się nie spodziewałem. Kościół wypełniony po brzegi. Na każdej Mszy. Od rana do wieczora. Ludzie stali pod ścianami, w przedsionku, a nawet na zewnątrz. A konfesjonały? Oblężone. Długie kolejki podczas każdej Eucharystii - od poniedziałku aż do środy. Młodzi, starsi, całe rodziny. Cisza skupienia, łzy wzruszenia, twarze pełne nadziei.
Po jednym z takich dni podszedłem do proboszcza i zapytałem szczerze: „Co wy tu robicie, że przychodzi aż tylu ludzi?” Spojrzał na mnie spokojnie i powiedział: „Nic nadzwyczajnego. Głosimy tylko Słowo Boże. Tylko tyle. Nie programy, nie atrakcje, nie marketing. Słowo Boże”. Powiedział, że kiedyś sam próbował „ulepszać” duszpasterstwo. Szukał metod, sposobów, nowych form. Chciał, żeby było ciekawiej, dynamiczniej, bardziej nowocześnie. I choć było poprawnie, brakowało czegoś najważniejszego - mocy.
Wtedy opowiedział mi historię ze swojego życia. Warszawskie osiedla i kolęda. Zimowe popołudnie. Dzwonek. Drzwi otwierają się powoli. Po drugiej stronie staje on, młodziutki uśmiechnięty ksiądz, choć szybko wyczuwa, że tym razem nie jest oczekiwanym gościem. W mieszkaniu atmosfera jest chłodniejsza niż styczniowe powietrze. Domownicy uprzejmi, lecz zdystansowani. W kącie pokoju siedzi pan domu - wyraźnie „obruszony”, jakby próbował zagłuszyć w sobie coś więcej niż tylko zmęczenie dniem. Wzrok ma czujny, nieco prowokujący. „Zorientowałem się - mówi ks. Krzysztof - że staję się coraz bardziej persona non grata. Cisza gęstnieje. W końcu powiedział gospodarzowi domu półżartem, półserio: „NIE PRZYSZEDŁEM PANA NAWRACAĆ”. Na co mężczyzna bez wahania odpowiedział: „TO PO COŚ PRZYSZEDŁ?” To pytanie zawisa w powietrzu. Proste. Celne. Bez rozmiękczania. Bez kompromisów. Prosto. Tego dnia zrozumiałem, że naszym zadaniem nie jest wymyślać Kościół na nowo, ale wiernie głosić Ewangelię. Od tamtej pory zacząłem mówić: „PRZYSZEDŁEM PANA NAWRACAĆ, SŁOWEM BOŻYM!” Bo Słowo Boże samo w sobie ma moc. Jeśli jest głoszone w prawdzie i z sercem, Duch Święty zrobi resztę”.
Tamte rekolekcje nauczyły mnie czegoś bardzo ważnego. Czasem, my, rekolekcjoniści myślimy, że potrzeba wielkich środków, spektakularnych pomysłów, nadzwyczajnych działań. A Bóg mówi: „Głoś moje Słowo”. To Słowo dotyka sumień. To Słowo budzi uśpione serca. To Słowo prowadzi do konfesjonału. To Słowo przemienia życie. Nie pięć Mszy było cudem. Cudem było to, że ludzie przyszli spotkać Boga, a On czekał na nich w Eucharystii, w konfesjonale i oczywiście w swoim Słowie. I może właśnie dziś trzeba nam na nowo uwierzyć, że Ewangelia nie potrzebuje upiększeń. Potrzebuje świadków. Potrzebuje głosu. Potrzebuje odwagi.
Warto zauważyć, że samo słowo „nawrócenie” często budzi opór. Kojarzy się z przymusem, oceną, moralizowaniem. Tymczasem prawdziwe nawrócenie nie zaczyna się od pouczeń, lecz od spotkania. Nie od argumentów, lecz od relacji. Nie od presji, lecz od obecności (też na rekolekcjach). Może więc odpowiedź na pytanie, „po co przyszedł/przyjechał na rekolekcje ksiądz?” brzmi: Przyszedł, by być. By zobaczyć człowieka takim, jakim jest - nawet jeśli jest „obruszony”, zmęczony życiem, zdystansowany wobec Kościoła. By przypomnieć, że Bóg, który jest miłością chce się z nim spotkać. By powtórzyć mu słowa Jezusa: „Czas się wypełnił i nadchodzi już Królestwo Boże! Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1, 15).
Na zakończenie tamtej historii ks. Krzysztofa, chcę dopowiedzieć jeszcze jedną, bardzo ważną myśl. Pan Jezus nieustannie mówi do nas: „SŁUCHAJCIE”. Wciąż na nowo wzywa, abyśmy wsłuchiwali się w Jego głos. Nie w hałas świata. Nie w opinie, które zmieniają się z dnia na dzień. Ale w Jego Słowo. Bo „wiara rodzi się ze słuchania” (Rz 10, 17). To jest pierwszy moment spotkania z Bogiem, nie działanie, nie emocje, nie nawet wielkie postanowienia. Najpierw jest słuchanie. Człowiek otwiera serce i pozwala, by Słowo w nie weszło. I właśnie tam, w ciszy słuchania, zaczyna rodzić się wiara. Tam zaczyna się zrozumienie. Tam zaczyna się przyjęcie Boga. Nie słuchamy byle czego. Słuchamy Słowa Bożego! To ono ma moc przemieniać. To ono porządkuje myślenie. To ono dotyka sumienia. To ono daje światło w ciemności. Jeśli naprawdę zaczynamy słuchać, zaczynamy wierzyć. A jeśli wierzymy - zaczynamy żyć inaczej. I może dlatego tamta mała parafia na wschodzie Polski była pełna ludzi. Bo kiedy głosi się Słowo Boże, a ludzie naprawdę chcą go słuchać, wtedy dzieje się cud. Wtedy rodzi się wiara. Wtedy serce zaczyna rozumieć Boga. Czas Wielkiego Postu kolejny raz daje nam taką możliwość.
ks. Łukasz Skołud MSF
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!