TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 23 Września 2019, 11:42
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Nie można uśmiercić nadziei

Nie można uśmiercić nadziei

Młoda dziennikarka podjęła się nakręcenia filmu o księdzu Jerzym Popiełuszce. Zbiera materiały, rozmawia z ludźmi związanymi z księdzem, próbuje dotrzeć do osób powiązanych z jego mordercami. W głowie kołaczą jej się fragmenty kazań ks. Jerzego i własne myśli. Przecież słowa Popiełuszki nie miały w sobie agresji ani polityki. Przecież ks. Jerzy całym swoim życiem pokazywał najtrudniejszą na świecie sztukę ,,Zło dobrem zwyciężaj”. Te słowa św. Pawła stały się mottem uroczystości beatyfikacyjnych ks. Jerzego, a ja nadal myślę nad tym, jak rzadko ta sztuka nam się udaje w życiu...

Tysiące ludzi, sióstr zakonnych, księży, setki harcerzy, muzyków, ratowników, ochroniarzy i... żar z nieba od samego rana. Kapelusz w samochodzie, bluzka z długim rękawem w samochodzie kilka kilometrów dalej. Ale siostry miały gorzej - czarne, długie habity i welony. Wszystkie oczy jednak skierowane były w stronę białego ołtarza ozdobionego czerwonymi różami. Harcerze roznosili wodę, a wszyscy, mimo upału, starali się być dla siebie maksymalnie uprzejmi. Było jasno, słonecznie, biało, uroczyście i pięknie, ale dwadzieścia sześć lat temu wszystko wyglądało czarno, groźnie i beznadziejnie. Przypomniał o tym wysłannik Stolicy Apostolskiej ds. kanonizacyjnych abp Angelo Amato, który przewodniczył Mszy św. beatyfikacyjnej. W homilii znalazły się też fragmenty życiorysu ks. Jerzego perfekcyjnie wzbogacone o fragmenty Pisma Świętego.

Zło dobrem zwyciężaj
Ile razy myślę o tych słowach św. Pawła, które stały się najważniejszymi słowami w życiu błogosławionego Jerzego, zastanawiam się, czy dla zwykłego człowieka to w ogóle możliwe. Zwykle, kiedy sąsiad nie odpowiada na nasze powitanie, omijamy go potem szerokim łukiem. Kiedy ktoś nas okłamie wrzeszczymy na niego, kiedy nas zdradzi mamy ochotę, delikatnie mówiąc, wtłuc mu, kiedy ktoś nas zawiedzie nie chcemy go znać. Większość z nas, zwykłych ludzi, przywykła odpłacać dobrem za dobro i złem za zło. Gdzieś tam pokutuje w nas starotestamentowe ,,oko za oko”. Potrzeba nadludzkiego wysiłku i wsparcia może takich właśnie orędowników, jak pozyskany co dopiero dla nieba ks. Jerzy, potrzeba silnej silnej woli i pokory, żeby ,,przebaczyć to, czego nie można przebaczyć”. Patrzyłam na film (w cyklu teatru telewizji) i widziałam, jak dziennikarka, może w moim wieku, szuka prawdy o śmierci ks. Popiełuszki, jaka jest bezradna wobec wniosku, że prawda pozostaje i zapewne pozostanie poza naszym zasięgiem. Prawda, która dla błogosławionego była taka ważna. Z drugiej strony, czy takie dociekanie prawdy wróci nam wspaniałego księdza? Czy przywróci mu życie i zdejmie ciężkie rany z jego ciała? Czy czasami nie wynika to z chęci zemsty za śmierć ,,naszego księdza”? Może tylko czasami. Ale czy my potrafimy wybaczać to, czego nie można wybaczyć? Na tym polega świętość, nie tylko księdza Popiełuszki, ale wielu innych błogosławionych, bo zwyciężanie zła dobrem to najtrudniejsza sztuka na świecie.

Obok krzyża Matka Jego
Szczególną rolę podczas uroczystości beatyfikacyjnych odegrała mama księdza Jerzego - Marianna Popiełuszko. To o niej na samym początku zostało powiedziane, że dwadzieścia sześć lat temu stała jak Matka Jezusa pod krzyżem swojego syna, a dziś jest świadkiem jego narodzin dla nieba. Kilkanaście dni temu pani Marianna skończyła sto lat. Na tle wielkiego ołtarza wyglądała tak krucho i skromnie. Może była zdezorientowana tym tłumem, odświętnym strojem, koniecznością poprowadzenia modlitwy przez mikrofon. A może przez ostatnie ćwierćwiecze czekała na tą chwilę. Tego dnia nieważne były tzw. vipy, premierzy, ich żony i dzieci. Ta skromna, niziutka kobieta przysłoniła wszystkich. To przed nią przyklękali dostojni księża i całowali jej ręce. To właśnie ją najczęściej fotografowali dziennikarze. To właśnie ona, zaraz po swoim synu, była tego dnia najważniejsza (nie ujmując nic z rangi papieskiego wysłannika). To jej pasterze Kościoła dziękowali za błogosławionego syna.
Co czuła ona sama? Czy po raz kolejny z niezliczonych razów przypomniała sobie zmasakrowane ciało swojego syna, czy patrzyła wyłącznie oczami wiary i cieszyła się z wielkiego wstawiennika, jakiego zyskała Polska, jakiego zyskała przede wszystkim ona sama? Czy przypominała sobie te chwile strasznego strachu i niepewności, kiedy nie wiadomo było, czy Jerzy jeszcze żyje, czy już nie, czy też ufała Bożemu miłosierdziu i modliła się już o świętość dla syna.? Czy zostało jej jeszcze trochę łez, żeby zapłakać, tym razem ze szczęścia? Podczas gdy fotoreporterzy robili Mariannie Popiełuszko kolejne zdjęcia próbowałam sobie wyobrazić, co w takim dniu może myśleć matka błogosławionego, spojrzeć na to wszystko jej oczami. Ona już od dawna nie potrzebowała wizerunków, dokumentów, złota, purpury i wielkich uroczystości, żeby wiedzieć, że jej syn jest święty. Śmiem stwierdzić, że sam ksiądz Jerzy lekko by się zmieszał i zarumienił widząc to wszystko. Do końca był skromny, z lekko pochyloną głową, mówił zwykle spokojnie i niezbyt głośno.

Nadzieja jest nieśmiertelna
Wydaje mi się, że mam za mało lat, wiedzy i doświadczeń, by odnaleźć się w historii naszego kraju, w historii ks. Jerzego. Urodziłam się niecały rok po męczeńskiej śmierci Popiełuszki, Polskę Ludową znam tylko z opowieści i lekcji. Widziałam zarówno film Agnieszki Holland ,,Zabić księdza” z 1988 roku  jak i ,,Popiełuszko. Wolność jest w nas” sprzed roku. Czy to wystarczy, żeby zrozumieć? Nie wiem, czy chcę szukać winnych, choć chcę dążyć zawsze do prawdy. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda się komuś do tej prawdy dotrzeć, ale chcę wierzyć, że nie jest to ważne dla błogosławionego i dla tych, którzy będą się za jego wstawiennictwem modlić. Nie wiem, czy lepiej rozliczać przeszłość czy patrzeć w przyszłość, ale chcę się zacząć uczyć, jak zło dobrem zwyciężać. Historia to skomplikowana sprawa, nawet dla fachowców, pisarzy i najlepszych dziennikarzy, zatem żaden to chyba wstyd przyznać, że człowiek czuję się w tym wszystkim zagubiony. 
Jednak przede wszystkim potrzebuję nadziei, a bł. ks. Jerzy mówił, że nie można uśmiercić nadziei i sam udowadniał i wciąż udowadnia, że to prawda. Każdy człowiek potrzebuje nadziei, żeby żyć, zwłaszcza, jeśli życie nie szczędzi mu problemów. Jeżeli są sytuacje zwane beznadziejnymi, to przecież po to mamy orędowników w niebie, żeby nas zarażali przykładem i nieśmiertelną nadzieją. Przecież nadzieja zawieść nie może.  

Anika Djoniziak

Kilka miesięcy temu pisałem szerzej o tym jak ważna była dla mnie osoba księdza Jerzego przy okazji premiery poświęconego mu filmu „Popiełuszko. Wolność jest w nas”. Mówimy o męczenniku naszych czasów, ale ja jestem zbyt młody, aby pamiętać jego działalność. Ks. Jerzy zaczął do mnie przemawiać dopiero po swojej męczeńskiej śmierci, kiedy byłem uczniem pierwszej klasy ogólniaka i na swój mały i nieudolny sposób uczestniczyłem w sporze narodu z narzuconą władzą. Pamiętam mój ból, że się nie ,,załapałem” wcześniej, że nigdy nie byłem na sprawowanej przez niego Eucharystii, że nigdy nie słyszałem na żywo jego homilii. Zaledwie o kilka lat za późno! „Solidarność to jedność rąk, serc i umysłów” – to był mój pierwszy w życiu „polityczny” transparent, własnoręcznie przygotowany i wysoko uniesiony, choć nogi się trzęsły, a dłonie pociły ze strachu. Wtedy myślałem, ze ksiądz Jerzy to przede wszystkim prawda i sprzeciw. To mi wystarczało. Dopiero po latach zaczynałem rozumieć więcej, dostrzegłem jak bardzo ważne miejsce w jego nauczaniu miała właśnie wewnętrzna wolność, przede wszystkim od nienawiści.
„Uprzejmie proszę o przyjęcie mnie do Seminarium Metropolitalnego w Warszawie. Prośbę swą motywuję tym, iż chcę zostać księdzem, ponieważ mam zamiłowanie do tego zawodu”. Takimi słowami młody Popiełuszko prosił o przyjęcie do seminarium. Razi prostota tych słów i traktowanie kapłaństwa jako zawodu. To już chyba ja napisałem coś bardziej wzniosłego o służbie Bogu i ludziom w moim podaniu. Ale kiedy czytamy dzisiaj jego homilie, rozumiemy, co Boża łaska czyni w człowieku. I jeszcze, w kontekście męczeńskiej śmierci, jakże innego wymiaru nabierają słowa o „zamiłowaniu do tego zawodu”. Daj nam Boże wszystkim kapłanom tak umiłować nasz zawód i tak współpracować z Twoją łaską.
Dziękuję Bogu za to, że mogłem być w Warszawie. Nie „załapałem się” na Mszę Świętą ks. Jerzego za życia, ale miałem to szczęście być na Mszy św. beatyfikacyjnej. Pan Bóg zawsze znajduje sposoby, a może i Jerzy maczał w tym palce...
Ostatnie słowo, ja który nie mam już mamy, pragnę poświęcić tej mamie, która nie ma już syna. I nie będę dużo pisał. Bo, jak zauważył jeden z kolegów kapłanów: Jerzy jest błogosławiony, ale matkę to ma świętą.

ks. Andrzej Antoni Klimek

 

Moja pielgrzymka z ks. Jerzym Popiełuszką
Po Mszy Świętej w stronę Krakowskiego Przedmieścia ustawiła się procesja z relikwiami bł. Jerzego Popiełuszki. Niezliczona ilość sztandarów, stowarzyszenia i bractwa, kapłani i klerycy, a za nimi podążały relikwie i obraz beatyfikacyjny. Za obrazem szła orkiestra i harcerze i niezliczone rzesze ludzi.
Bardzo dokładnie się temu wszystkiemu przyjrzałam, bo miałam ogromne pragnienie iść blisko ks. Jerzego. Początkowo szłam zaraz za harcerzami, ale bardzo chciałam przedostać się bliżej. Z jakąś ogromną pewnością w sercu zaczęłam więc kluczyć między ludźmi aż doszłam do relikwii. Chciałam porozmawiać z nowym Błogosławionym, zaprzyjaźnić się i oddać Mu wszystkie intencje. I tak szłam sobie blisko ks. Jerzego. Rozmawialiśmy o wszystkim. Jeden z księży zaprosił mnie jeszcze bliżej, a ja cieszyłam się jak dziecko. Procesja sama w sobie była bardzo piękna. Do pokonania z Placu Piłsudskiego do Wilanowa mieliśmy 12 km. Szliśmy ponad 4 godziny i jeśli komuś doskwierał upał czy zmęczenie - z odpowiedzią przychodził ks. Jerzy: „Jak łatwo cierpi się, kiedy się cierpi dla Chrystusa”.
Orkiestra grała pieśni religijne i patriotyczne, a pomiędzy grą i wspólnym śpiewem rozważaliśmy życie ks. Jerzego Popiełuszki z jego zapisków z Dziennika oraz jego listów do ojca duchownego i zaprzyjaźnionych kapłanów. Przez cały czas procesji pobrzmiewały też słowa pieśni ku czci Błogosławionego. Stała się ona hymnem tego dnia i stale słyszę te słowa: „Nie daj się zwyciężyć złu. Zło dobrem zwyciężaj.”
Pomiędzy ludźmi widziałam wiele otwartości i życzliwości. Wzajemnie użyczali sobie wody, jeden drugiemu niósł torbę żeby ulżyć w drodze - szczególnie osobom starszym. Szły całe rodziny, ale też bardzo dużo młodzieży. Pytali o wiarę, o drogę. Zastanawiali się, ilu ludzi nawróci się podczas tej procesji, ilu zwróci do Boga, jak wielkie będą owoce tego czasu i ile zostanie w sercach ludzi. Jak wielkich dzieł wciąż dokonuje ks. Jerzy!
Dziękowałam Bogu, że byłam na beatyfikacji, że dał mi tak wielką łaskę bycia blisko nowego Błogosławionego, który towarzyszy mi od pewnego czasu, że mogłam bliżej się z Nim zaprzyjaźnić i przejść na „Ty”. Dziękowałam za wspaniałych ludzi, których spotkałam na drodze, za tych którzy Go znali i opowiadali o Nim, za nas wszystkich, którzy mogliśmy oddać Bogu chwałę w Jego wybranym Jerzym i być świadkiem wiary dla tych, którzy może jeszcze szukają, którym nie chciało się przyjść i którzy nie wierzą.
s. Eulalia Maryniak


Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!