TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 26 Czerwca 2019, 22:17
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Nie mamy czasu

Nie mamy czasu

W dość znanej „Kolędzie dla nieobecnych” Zbigniewa Preisnera padają słowa o tym, że czasem przycicha świąteczny gwar, bo zabrakło znów czyjegoś głosu oraz o pragnieniu, by nie żałować przyjaciół, którzy odeszli, by żyć wiecznie.

Niemal przed samymi świętami dwa razy mijałam ten sam budynek kościoła i w obu przypadkach odbywał się tam pogrzeb. Ludzie umierają w ciągu całego roku, ale odejście przed Świętami Bożego Narodzenia kogoś bliskiego sprawia, że ten czas może być trudny albo przynajmniej refleksyjny. Tęsknota jest naturalna, kiedy po raz pierwszy ktoś nie siada z nami do wigilii. O śmierci przypomina nam także drugi dzień Świąt i ukamienowanie św. Szczepana. Nie wiemy, ile miał lat, ale skoro został wybrany na diakona do pomocy przy rozdzielaniu darów i razem z innymi zajmował się całą logistyką, nie mógł być zbyt stary. Mimo tego ta śmierć z całą mocą zapewnia nas, że nie odchodzimy w nicość; że ci, z którymi nie łamaliśmy się w tym roku opłatkiem, nie rozpłynęli się w niebycie, ale są i są o niebo szczęśliwsi. Już nie potrzebują naszych ciepłych słów i ciepłych łapci pod piękną choinką, „przytulasów” i całusów, stroików, karpia i góry ciasta. Mają wszystko w Bogu, całą nieziemską radość oraz miłość, jakiej nigdy (przy najlepszych staraniach) nie byliśmy w stanie im dać. W porównaniu z niebem, nawet najbardziej bajeczne miejsce, do jakiego moglibyśmy zabrać kogoś bliskiego, wypada blado. Nie, nie jesteśmy w stanie zapewnić najbliższym takiej miłości, troski i „atrakcji”, jakie ma dla nas Bóg. Nigdy Go w tym nie dościgniemy. Jednak jest jedno „ale”. Tak, Bóg kocha najbardziej i ma dla nas niewyobrażalne dary, ale nie zwalnia nas to z kochania i obdarowywania. Kochania na tyle, na ile potrafimy, małymi krokami pokonując własny egoizm i obdarowania tym, czym możemy. Można pół życia marzyć, że fajnie byłoby wysłać rodziców na Teneryfę czy jakieś inne odległe, egzotyczne miejsce. Zamiast jednak snuć nierealne fantazje, czy nie lepiej zabrać ich do Kazimierza Dolnego, Kłodzka czy Częstochowy albo po prostu spędzić wspólną niedzielę w Gołuchowie? Zamiast marzyć o ślicznym domku dla babci, może warto sprezentować jej na początek nową szafę lub zasłonki? Niekiedy latając 100 metrów nad ziemią, układając w głowie kosmiczne projekty, zapominamy o robieniu tego, co jest w naszej mocy. A przecież nie jesteśmy panami czasu. O tej oczywistej prawdzie przypomina nam sam Jezus: „Któż z was przy całej swej trosce może choćby chwilę dołożyć do wieku swego życia?”. Nie mamy władzy nad długością życia swojego czy swoich bliskich. Jaką mamy pewność, że za rok usiądziemy do wigilijnego stołu? Nie mamy czasu. Nie mamy czasu, żeby go nie mieć dla siebie nawzajem; żeby odkładać słowa „kocham cię”, „dziękuję”, „przepraszam” na inny termin; żeby rezygnować z okazywania miłości nawet w całkiem drobny i banalny sposób, ale jednak wymagający od nas więcej „zachodu” niż wydumane pomysły. Za chwilę będzie za późno. Kiedy kogoś zabraknie, pozostaje pamięć o momentach, kiedy sprawiliśmy mu radość. To cieszy bardziej niż to, co sami otrzymaliśmy.
Pozostaje pytanie, jak przeżywamy czas, który mamy. Świąteczna reklama pewnej firmy pokazała, że dzisiaj więcej wiemy o nowinkach technologicznych, aplikacjach i grach komputerowych niż o własnej rodzinie. Często nie wiemy, co kto lubi, o czym marzy lub co dla niego albo dla niej jest ważne. Nie rozmawiamy ze sobą, nie słuchamy, przestał nas interesować drugi człowiek. Ten konkretny, który siedzi obok nas. Bardziej fascynuje nas daleki znajomy, którego nie widzieliśmy 15 lat i nawet za bardzo nie lubiliśmy, ale mieszka w Anglii i wrzuca śmieszne filmiki na „fejsa”. Wiemy, czym żyje 300 czy 500 znajomych i znajomi znajomych, ale kiepsko idzie nam ogarnięcie tego samego w przypadku pięciu czy 10 osób z rodziny. Wiemy, kto wziął ślub i widzieliśmy fotki (niemal zaraz po porodzie) nowo narodzonych dzieci ludzi, których ledwo kojarzymy, a umknęły nam narodziny bratanka sprzed pół roku (chyba że bratowa wrzuciła zdjęcie na fb czy insta). Wiem, znak czasu. Ale jakoś nie potrafię przyzwyczaić się do tego, że gdy siedzimy przy stole, ktoś lampi się w telefon, przewija tablicę na „fejsie” albo prowadzi konwersację na Messengerze. Mam pokusę, by nosić przy sobie jakąś książkę i w takim momencie po prostu wyciągnąć ją z torby i zacząć czytać. Szach mat. Zachowujmy się, jak przypadkowi ludzie w kawiarni - każdy nad swoim kubkiem kawy, zanurzony w swoich sprawach. Wszyscy będą zadowoleni. Po co mam marnować czas na kogoś, kto w danym momencie ogarnia mnóstwo innych spraw? Ilu z nas na szybko pożarło kolację wigilijną z najbliższymi dla siebie osobami, byle usiąść i móc powysyłać życzenia praktycznie obcym ludziom albo wrzucić filmik z brykającym reniferkiem? Święta z telefonem w ręce? Lepsze nawet od komputera, bo nie trzeba odchodzić od stołu i można pisać między jedną a drugą łychą kapusty. Przecież ileż można patrzeć na te same twarze? 5 minut? 10 minut? Babcia od 20 lat w tej samej garsonce, wszyscy tak samo nudni, a może jeszcze wyjątkowo wkurzający. W Internecie za to znajomi co roku mają inną sesję świąteczną. Jest na co patrzeć. Tak tracimy bezcenny czas, który pewnego dnia zatrzyma się przy czyjejś trumnie. Bo prędzej czy później ta trumna przed nami stanie. Nie unikniemy tego. Chyba że wcześniej my w niej wylądujemy i żadna aplikacja nam wtedy nie pomoże. Bóg nie będzie nas rozliczał z ilości leveli, które przeszliśmy w jakiejś grze, nie stanie przed Nim żaden nasz awatar z wirtualną historią. Choćbyśmy nie wiem, jak fascynujące wirtualne życie wiedli, przed Bogiem staniemy tacy, jakimi jesteśmy tutaj, siedząc z czterema literami wbitymi w fotel. Będziemy wtedy sami siebie sądzić z miłości. I nie będzie to miłość do technologicznych zdobyczy, ale właśnie do tych nudnawych i denerwujących osób, z którymi przyszło nam żyć. Nie wylogujemy się (o, zgrozo) ze śmierci. Status „nie żyję” nie zmieni się. Jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, mamy jedno ziemskie życie. Nie będzie żadnego „come back’u” na ziemię.
Coraz częściej świat, który nie istnieje, pochłania ludzi, a kiedy się temu dziwię, słyszę „takie czasy”, „nic się na to nie poradzi”, „tak już jest i trzeba się z tym pogodzić”. Tak. Pewnie. Sądy ostateczne będą szły całkiem sprawnie, gdy wielu ludzi większość życia spędziła w stanie spoczynku, siedząc i poruszając jedynie kciukami.

Tekst Katarzyna Strzyż

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!