TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 14 Kwietnia 2026, 23:55
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Nie gadaj z diabłem | dzień 3

Nie gadaj z diabłem | dzień 3

W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus był kuszony, również mi, przy niedzieli, kosmaty nie dawał spokoju.

Nie powiem, trochę mi brakuje tych noclegów ze szlaków do św. Jakuba, gdzie zawsze jakieś fajne międzynarodowe towarzystwo zbierało się wieczorem i było z kim zjeść kolację… Ale jeśli chcemy zawsze widzieć szklankę do połowy pełną, a nie pustą, a taka jest moja natura, to trzeba przyznać, że jak śpisz sam to bankowo się wyśpisz! I tak jest właśnie dzisiaj, kiedy w niedzielę, 22 lutego, budzę się w wielkim łóżku i po chwili uświadamiam sobie, że jestem na moim trzecim w życiu Camino, tym razem do św. Franciszka!

W poszukiwaniu Mszy Świętej

Nie żeby Msza się gdzieś zagubiła jak dwunastoletni Jezus w Jerozolimie, ale jak pamiętacie, moje plany odprawienia jej jeszcze przed wyjściem na trasę spaliły na panewce, ze względu na bookingowe zamieszanie z moim noclegiem, który ostatecznie był dość odległy od kościoła. Ale z mapy wynika, że po drodze powinienem znaleźć świątynię, choć przyznam szczerze, że z tego wszystkiego nie sprawdziłem, o której godzinie jest Msza.

Pogoda jest piękna, słońce świeci, śpiewam Godzinki, a nogi niosą bez ględzenia (czytaj: bez bólu). Co prawda pagórki robią się coraz wyższe, a podejście do miejscowości Poggio Moiano to kilka kilometrów ciągle w górę. Na szczęście docieram tam i wpadam do kościoła akurat na pierwsze czytanie. Trochę się uśmiecham, kiedy ksiądz podczas kazania mówi do dzieci, że jak się wyjeżdża na wakacje, to trzeba wcześniej zaplanować gdzie i o której będzie Msza Święta, a nie zakładać, że jakoś się uda. Bo ja dokładnie tak zrobiłem, jak się nie powinno. Na swoje usprawiedliwieni dodam, że jedną z wielu dziesiątek Różańca na trasie ofiarowałem właśnie w intencji „znalezienia” Mszy Świętej.

Po Mszy św. podszedłem do zakrystii i poprosiłem o pieczątkę w moim paszporcie pielgrzyma i – hurra! – wreszcie mam stempel z kościoła, a nie z jakiegoś baru. Kiedy dowiedziałem się, że księży jest dwóch, jeden Włoch i jeden – proboszcz – Meksykanin, to przemknęła mi taka myśl, że może księża zaproszą kapłana pielgrzyma na obiad, ale… nie zaprosili. No cóż? Może sami nie mają gospodyni? Szybciutko stłumiłem w sobie niecne myśli. Obiadu nie dali, ale za to dostałem numer telefonu od księdza Polaka, który pracuje w tej samej diecezji i – jak twierdził młodszy kapłan, ten Włoch – na pewno mnie przenocuje, bo obie parafie, które prowadził są na mojej trasie.

W sensie, że muszę wybrać drogę i iść albo przez jedną albo przez drugą. Natychmiast wybrałem numer, ale ksiądz nie odpowiedział, może miał Mszę. Ale cieszyłem się na perspektywę spotkania rodaka.
Kilkaset metrów od kościoła jest restauracja, więc postanawiam z racji niedzieli zafundować siebie porządny obiad! Może nie rosół, ale jakiś makaronik na pewno! Pewnym krokiem pakuję się do zupełnie jeszcze pustej restauracji, ale podchodzi do mnie kelner i pyta, czy mam rezerwację.
– Nie mam, jestem pielgrzymem…
– To bardzo mi przykro, wszystko zarezerwowane – odpowiada kelner.
– Ale może zanim się zaczną ludzie schodzić, jakiś szybki makaron… – rzucam na szalę ostatnią kartę.
– Nie możemy, wszystko zajęte – kelner jest nieubłagany.
– Rozumiem! – uśmiecham się. – A powie mi pan, gdzie jest jakaś inna restauracje, gdzie mogę zjeść?
– Nie ma tu innej – kelner też się uśmiecha. Przepraszająco.
Niecne myśli znowu mi kosmaty podsuwa, ale go oddalam. To w końcu kelner, a nie właściciel, co ma zrobić? W otwartym supermarkecie kupuję trochę sera, szynki i oliwek i tuż za miasteczkiem zatrzymuję się przy plantacji winogron i w cieniu pałaszuję swój pierwszy posiłek. Niedzielny obiad na łonie natury. Potem dzwonię jeszcze do księdza Polaka, ale nadal nie odbiera. OK. Może ma sjestę? – tłumaczę niecnym myślom.

W poszukiwaniu księdza Polaka

Po obiadku ruszam żwawo w drogę, bo jest piękna słoneczna pogoda. Po pokonaniu kolejnych kilometrów i górek docieram do najważniejszej perełki architektonicznej na mojej dzisiejszej trasie, a mianowicie pochodzącego z XI wieku romańskiego kościółka św. Wiktorii. Wiedziałem, że może być zamknięty z powodu remontów, ale że nawet nie można było wejść na plac, to się rozczarowałem. Nieco dalej w miejscowości Monteleone zatrzymuję się przy kościółku św. Mikołaja, też zamkniętym i dzwonię do księdza Polaka. Niente - jak mówią Włosi. Nic. Nie odbiera. W pewnym momencie muszę zdecydować, czy iść przez Poggio San Lorenzo, czy przez Torricella in Sabina. To są dwie parafie księdza Polaka. W Torricelli ma plebanię, w Poggio nie. Ale do Torricelli jest dalej, a niewiele szans na inny nocleg. W Poggio jest kilka opcji. Na rozstaju dróg po raz ostatni dzwonię do księdza. Nie odebrał. OK. Może akurat jest zajęty – odpędzam niecne myśli po raz kolejny.

Ruszam do Poggio i po drodze zamawiam nocleg przez booking, jak się okaże w pięknym średniowiecznym mieszkaniu w murach obronnych i z pięknym widokiem. Ale okaże się coś jeszcze. W Poggio Bustone jest też schronisko dla pielgrzymów, wystarczyło zadzwonić i ma się nocleg za dobrowolną ofiarę. Ale ja już zapłaciłem… Gdyby ten ksiądz odebrał i tylko mi powiedział, że jest to schronisko… Znowu cisną się głupie myśli, ale podobnie jak Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii, daję radę pogonić je gdzie pieprz rośnie. A wiarę w ludzi odzyskuję szukając kolacji. Opowiem wam następnym razem. 

ks. Andrzej Antoni Klimek

zdjęcia: Kościół św. Wiktorii oraz św. Mikołaja,
nocleg w pięknym średniowiecznym mieszkaniu w murach obronnych i z pięknym widokiem 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!