Najważniejsze są badania
- Gdyby, nie niepokojąca wysoka gorączka w środku lata, pewnie nie dowiedziałbym się, że w moim organizmie rozwija się nowotwór- mówi Marcin Ferenc, który dzięki odpowiednim badaniom i szybkiej interwencji lekarzy uniknął rozprzestrzenienia się choroby, a nawet może śmierci.
Wiele mówi się o profilaktycznych badaniach dla kobiet, szereg kampanii zachęca do regularnych badań. Wydaje się jednak, że mężczyźni są lekko pomijani w tej akcji, choć z drugiej strony jak można zauważyć ciężko jest ich namówić do wykonania jakichkolwiek badań. Jak Pan to widzi ze swojej perspektywy?
Marcin Ferenc: Moim zdaniem wynika to z tego, że przyjął się pewien stereotyp silnego, nienarzekającego mężczyzny. I generalnie mężczyzna wstydzi się mówić o pewnych problemach, ale też większość mężczyzn po prostu boi się choćby zwykłego pobrania krwi. Nieliczni idą od razu do lekarza, gdy coś im dolega, ale większość wytrzymuje ile może. I właśnie dlatego, kiedy brak jest tej podstawowej profilaktyki kończy się tym, że w większości mężczyźni trafiają od razu na stół operacyjny, bądź na ostre leczenie, takie na ostatnią chwilę. Można tego uniknąć. Dotyczy się to także mnie osobiście, choć w moim przypadku, ze względu na miejsce pracy, podstawowe badania krwi robię regularnie. Nota bene, za każdym razem te wyniki były bardzo dobre. Słyszałem nawet od pielęgniarek, które je weryfikowały, że mam zdrowie żołnierza.
A zatem wydawałoby się, że te regularne badania dawały Panu pewność, że ze zdrowiem jest wszystko ok i śmiało można realizować swoje życiowe i zawodowe plany. A tymczasem podstępna choroba rozwijała się w organizmie po cichu.
Tak, nieświadomy niczego po ciężkich czasach pandemii, którą w miejscu mojej pracy przeżyliśmy dość intensywnie, postanowiłem wraz z rodziną pojechać na długo wyczekiwane wakacje. Wybraliśmy się za granicę, by zmienić nieco klimat i odreagować wszystko i solidnie wypocząć. Po powrocie zaczęły pojawiać się u mnie napady wysokiej gorączki. Było to jednak dziwne, gdyż był środek lata, lipiec. Poszedłem do lekarza i to nie do jednego, otrzymałem leki, a nawet zastrzyki i nic nie pomagało. Jeden z lekarzy zaniepokojony tym stanem zalecił mi, bym zrobił USG jamy brzusznej. Oczywiście jak najszybciej udałem się na badanie i właśnie podczas niego usłyszałem, że mam guza. Byłem zdziwiony tą diagnozą, bo przecież nic nie czułem, nic mnie nie bolało poza tymi napadami gorączki. Niezwłocznie udałem się do lekarza specjalisty i od razu zostałem skierowany do szpitala. W ciągu pięciu dni zostałem zoperowany. I tutaj potwierdza się, to co mówiłem wcześniej, że my mężczyźni w większości przypadków od razu trafiamy na stół operacyjny. Guz został zlokalizowany, wycięty i oddany na badania histopatologiczne. Po dwóch tygodniach kiedy przyszły wyniki okazało się, że jest to nowotwór złośliwy, rak zarodkowy. Tym samym powstało pytanie, czy jeszcze gdzieś się rozprzestrzenił.
Udałem się wówczas do kliniki onkologii w Warszawie, na dalsze badania, które miały zdecydować, czy będę musiał być poddany chemioterapii, jakiej i jak długo. Okazało się, że operacja była na tyle szczęśliwie przeprowadzona, że obyło się bez chemii, gdyż guz został właściwie i całkowicie usunięty. Wszystko odbyło się na ostatnią chwilę tuż przed jego rozprzestrzenieniem się.
Mówi się, że rak to nie wyrok, a jednak większość z nas tak reaguje.
Faktycznie w pierwszej chwili zabrzmiało to jak wyrok, a czerwona kropeczka przy jednym ze wskaźników badania pozostanie w moich oczach na zawsze. Nie wiedziałem, czy powiedzieć rodzinie, ale stwierdziłem, że muszą wiedzieć. Pewnie że się bałem, bardzo się bałem, zwłaszcza kiedy pojechałem do kliniki i zobaczyłem tych wszystkich chorych ludzi. Wówczas można powiedzieć złapałem lekkiego doła. Jednak w tamtym momencie najważniejsza była dla mnie moja rodzina i jej dobro, czego następstwem było spisanie testamentu, by ich zabezpieczyć. Muszę wspomnieć o wielkim wsparciu przyjaciół, współpracowników, ale też kilku zupełnie mi kiedyś obcych ludzi.
Generalnie wizyty w klinice dawały mi poczucie, że jestem dobrze zaopiekowany, ciągle miałem zlecane nowe badania. Lekarz onkolog chciał tylko potwierdzenia, że będę w stanie regularnie, co trzy miesiące przyjeżdżać na badania, gdyż możliwe, że uniknę chemioterapii. Zdziwiłem się, ale lekarz jednocześnie uświadomił mnie, że te nowotwory są w 99 % uleczalne i pozostaje tylko kontrolować, bo jeśli byłby jakiś najmniejszy znak, że dzieje się coś niepokojącego, to lekarze są w stanie w ciągu trzech miesięcy mnie z tego wyciągnąć. Tym samym lekarz ofiarował mi spokój psychiczny, choć życie w tej chorobie jest jak bańka mydlana i trzeba się z nią nauczyć żyć. Ale kiedy człowiek ma dystans do siebie to jest wszystko łatwiejsze, pogodziłem się z zaistniałą sytuacją. Nie bałem się, że tak powiem przekroczyć bramy życia.
Teraz, po czasie widzę, że wszystko działo się tak jakby ktoś mnie prowadził. W porę trafiłem do odpowiedniego lekarza, który miał nosa, mimo że inni nie umieli poradzić sobie z moim stanem i tak właściwie byłem leczony zupełnie na coś innego. Z resztą ja sam myślałem, że mam zwyczajne zatrucie pokarmowe związane z pobytem za granicą i tamtejszym jedzeniem.
Tak więc, trafna diagnoza i odpowiednie leczenie to klucz do sukcesu. Mówi się też, że pozytywne nastawienie jest dodatkowym czynnikiem w walce z chorobą. Czy i u Pana się sprawdziło?
Tak, nastawienie jest bardzo ważne, jednak ja nie miałem pozytywnego myślenia, gdyż raczej zawsze jestem nastawiony na najgorsze. Tak właściwie to życie mnie nauczyło takiego myślenia, że to, co dzisiaj jest dla mnie tragedią za jakiś czas, może za miesiąc, czy dwa, a nawet za rok, okaże się zbawcze. Myślę i wierzę, że niektóre rzeczy, wydarzenia zsyłane są nam nie bez przyczyny, że nie ma przypadków. Wszystko jest po coś, choćby po to, żebyśmy nauczyli się cierpliwości. Nie wierzę w przypadki, zawsze coś dzieje się po coś. Ok, dowiedziałem się, że jestem śmiertelnie chory, ale przecież są specjaliści, którzy mogą pomóc. I są ludzie w dużo gorszej sytuacji, jak np. jedna z koleżanek, która zachorowała na raka piersi. Jej wariant okazał się gorszy, musiała poddać się chemioterapii. W moim przypadku, od wystąpienia pierwszych objawów choroby do decyzji lekarzy, że wystarczy już tylko obserwacja minęło 4 miesiące, a ona walczyła rok, by usłyszeć to co ja usłyszałem. Mówię o tym dlatego, że kiedy sam przeszedłem przez tą trudną drogę, potrafię teraz złapać kogoś za rękę i powiedzieć mu: „chodź, nie bój się, nie poddawaj się, wszystkiemu można zaradzić”. Obecnie mój kolega czeka na wyniki badań i oczywiście miota nim niepewność i strach. Pocieszam go, żeby się nie bał i jednocześnie zapewniam o swojej pomocy.
Takie doświadczenia dają też pewien spokój, bo kiedy znów się coś zadzieje, to ja nie będę miał już w sobie lęku, bo wiem, że wszystko może się różnie potoczyć. I tutaj pomaga mi właśnie ta cierpliwość, której uczyłem się od dziecka.
Przeszedł Pan tą niełatwą drogę nie poddając się, wiedząc jednocześnie, że gdyby nie gorączka w środku lata podstępna choroba rozwijała, by się dalej. Jakie wskazówki przekazałby Pan dla innych?
Ciągle jeszcze jestem na tej drodze, bo jak wspomniałem jestem pod obserwacją, pięcioletnią. Otrzymałem legitymację pacjenta onkologicznego, która ułatwia mi rejestrację do lekarza i na badania, które muszę regularnie wykonywać. Mam wykonywanych szereg badań, do których przede wszystkim zaliczają się trzy markery nowotworowe. Są one najważniejsze, gdyż ich parametry pokazują, czy jest wszystko dobrze, czy może organizm się przed czymś broni. I właśnie tutaj chciałbym zachęcić wszystkich mężczyzn, ale też kobiety, by regularnie badać sobie markery, i to nie tylko wtedy, kiedy zaistnieje potrzeba, gdy poczujemy coś niepokojącego w naszym organizmie, ale profilaktycznie co jakiś czas. To wiele nie kosztuje, a może w porę ustrzec nas przed najgorszym. Na podstawie odpowiednich badań markerów nowotworowych lekarz rodzinny pokieruje nas dalej. W moim przypadku to właśnie te badania pokazały, że w moim organizmie, po cichu, bezobjawowo rozwijał się rak. Ponadto ich wskaźniki decydują o metodzie leczenia, o tym, czy jest potrzebna chemioterapia, czy nie.
Powiem jeszcze, że chodząc na badania spotykam różne osoby, które także przychodzą na badania i wiele z nich jest zagubionych, nie wiedzą co dalej, gdzie pójść z tą wiedzą wynikającą z odczytu wyników i ewentualną chorobą, gdzie i jak zacząć leczenie. I chcę tutaj powiedzieć, że bardzo ważne jest to, by takich ludzi poprowadzić, wskazać im drogę w tej trudnej sytuacji. Sam pewnego razu wprost wypisałem starszemu panu wszystko po kolei, co ma robić, gdzie i do kogo się udać.
I gdybym miał dać tutaj jakieś wskazówki, coś doradzić, to przede wszystkim apeluję jeszcze raz o regularne badania. Raz w roku te podstawowe jak morfologia, mocz, a także RTG płuc, no i oczywiście wspomniane markery. I to bez względu na wiek i samopoczucie, bo tak jak u mnie, tak w wielu przypadkach decyduje czas. I dziś mogę tylko Bogu dziękować, że wtedy gorączkowałem, gdyż mój organizm dawał mi znak, że jest coś nie tak.
Jest Pan osobą wierzącą i mówi, że wszystko w życiu dzieje się po coś. Ale czy mimo to pojawiły się pretensje, dlaczego ta choroba, dlaczego ja?
W pierwszej chwili przeżyłem ogromny szok, ale nie, pretensji do Pana Boga nie miałem, jedynie pytania. Często stawiam pytanie Bogu, co miał na myśli zsyłając mi konkretną sytuację. W tym przypadku aż raka. Wiem, że wszystko dzieje się po coś, jednak w sytuacji choroby człowiek ma wiele pytań, ale też więcej rzeczy dostrzega i patrzy na wszystko z innej perspektywy.
Kiedy ma się tą świadomość, że absolutnie wszystko przemija, zarówno te dobre rzeczy, jak i złe, pogoda, deszcz, zdrowie, pieniądze to wówczas łatwiej zrozumieć pewne sytuacje. Nic nie jest dane raz na zawsze, zwłaszcza zdrowie. Czułem bardzo mocne wsparcie ludzi, którzy modlili się za mnie.
W Boga wierzę od dziecka i ta wiara w moim całym życiu bardzo mi pomaga. Ponadto jestem tez czcicielem św. Rity, której pomocy wzywam w ciężkich sytuacjach. Szczególnie tutaj, w kaliskim Domu Pomocy Społecznej nauczyłem się, że kiedy już nic nie pomoże, to w odwecie jest właśnie ona, św. Rita.
rozmawiała Arleta Wencwel-Plata
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!