TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 06 Grudnia 2019, 01:36
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Mówią o miłości

Mówią o miłości

Miłość do rodziców, rodzeństwa, do dzieci, wnuków, do chłopaka, narzeczonego, męża, do żony, do bliźniego, do Boga. A to wszystko jedna i ta sama miłość, chociaż nie taka sama i tak różnie się objawia. Jednak jeśli nie pochodzi od Boga i do Niego nie prowadzi, nie jest prawdziwa. O tej najprawdziwszej piszą młodzi i wcześniej urodzeni, żyjący w pojedynkę, w narzeczeństwie, małżeństwie, kapłaństwie czy w rodzinie zakonnej.

Poprosiliśmy kilka różnych osób, aby krótko napisały, co dla nich oznacza miłość i w jaki sposób na co dzień jej doświadczają. Oto, co napisali.

Niespodzianki i cierpliwość

W dzieciństwie miłość istniała dla mnie głównie w postaci uścisków, buziaków i różowych serduszek. Z biegiem lat moje pojmowanie tego uczucia wzbogaciło się o takie aspekty jak cierpliwość, poświęcenie, wyrzeczenie, pomoc, czy spotkanie. Moim zdaniem miłość zaczyna się tam, gdzie kończy egoizm. Kiedy rezygnuję ze swoich spraw, bo ktoś poprosił o rozmowę, kiedy poświęcam wolny czas, by pójść do kogoś i porozmawiać, choć na dworze -20 stopni. Miłość jest wtedy, gdy po burzliwej kłótni nie mogę długo usiedzieć, wracam i przepraszam. Miłość to niespodzianka bez okazji, nawet oddanie ostatniego cukierka. Ale miłość jest również wtedy, kiedy przemawiam do rozumu komuś, kto pakuje się w kłopoty, bo nie chce, by stała mu się krzywda, mimo że wtedy używam nieprzyjemnych słów. Prawdziwa miłość jest bezinteresowna, jest cicha, jest radością, jest poświęceniem, jest cierpliwością, jest oczekiwaniem, jest szczerością, ale przede wszystkim żyje w człowieku cały czas, nie tylko wtedy, gdy jest zakochany i świecą mu się oczy, ale każdego dnia, w drobiazgach i w uśmiechu.

Natalia, studentka

Imię Boga i tajemnica

Kiedyś darzyłam A. wielkim, wzajemnym uczuciem. Niósł mnie podziw i pragnienie bliskości. Los sprawił, że mam teraz A. w zasięgu codziennym. Pamiętam siebie dawną i siebie nie poznaję. Miast żaru fascynacji osmalone resztki przywiązań. Zapodziały się emocje.  Została tylko MIŁOŚĆ. Kim, czym ona dla mnie? Wszystkim. Oczami, które widzą dalej niż widać. Przestrzenią, w ktόrej żyję i umieram. Przekazem jasnym Tego, Któremu wierzę. Bogiem wreszcie. Moim Bogiem. Imieniem Boga i Jego istnością. 

Nie ma w moim wewnętrznym słowniku oddzielnych haseł i podziałów na miłość do Stwórcy, rodziny i innych ludzi. Tajemnica Wcielenia Syna Bożego, Który stał się jednym z nas, jest przecież Dobrą Nowiną o tym, że i my dla Boga staliśmy się jak Jego Syn, wszyscy jednakowo cenni, jednaką więc objęci relacją i do takiej ostatecznie zaproszeni. Podziały uwzględniające różnorodność powiązań, zachowań i obowiązków dotyczą realiów zewnętrznych. I tak, dla mnie jako nazaretanki, szczegόlne więzy z rodziną naturalną i zakonną są nie tylko ujmującym przywilejem, ale i drogą wypełniania się nazaretańskiej misji. Muszę najpierw umieć dać życie za domownikόw, związanych ze mną krwią i ślubami, by świadectwo poza domem było wiarygodne. A dom jest wyborną szkołą.  Choćby najcieplejszy, demaskuje iluzje, mniej czy bardziej boleśnie. Poradzi mu tylko MIŁOŚĆ.

s. Bożena Anna, nazaretanka

 

Codzienność i dojrzałość

Narzeczeństwo jest dla nas czasem nazywania i konkretyzowania tego, co dostajemy od Boga od chwili poznania się, aż do sakramentu małżeństwa. Czas ten, tak dla nas szczególny, zaczęliśmy rekolekcjami dla narzeczonych w Domu Rekolekcyjnym Ojców Jezuitów w Kaliszu. Tam, dzięki zajęciom prowadzonym przez doświadczone małżeństwa dowiedzieliśmy się, jakie trudy życia codziennego mogą nas w przyszłości czekać. Tam również zrozumieliśmy, że małżeństwo to piękny dar, wezwanie i charyzmat, który jest nam właśnie dany. Przygotowania nasze do ślubu staramy się więc wypełniać modlitwą za siebie samych i za rodzinę, którą wkrótce stworzymy. Dużo też rozmawiamy i mimo, że znamy się już 4 lata, to dopiero teraz spostrzegamy, jak bardzo zmieniły i zmieniają się nasze wzajemne relacje. Zmieniają się również uczucia i emocje między nami… Więcej w nas codzienności, więcej dojrzałości, dużo przemyśleń i przypatrywania się sobie… Mamy nadzieję, że czas, który jest nam obecnie dany jest budujący i że w przyszłości umocni nas w naszym małżeństwie. Chcielibyśmy, aby powołanie, na które właśnie wkraczamy było naszą drogą do Boga, naszym zbawieniem. Chcemy nawzajem umacniać się w wierze i dzięki miłości, jaką się obdarowujemy miłować wciąż bardziej Tego, który uczy kochać prawdziwie. Ufamy, że zrealizujemy plan, jaki ma dla nas Bóg, jeśli będzie On na pierwszym miejscu!

Helena i Maciej

 

Trwała i nieustająca

Pamiętam, jak na rekolekcjach oazowych jeden z księży zaproponował, aby każdy z nas zamiast słowa Miłość w tekście św. Pawła podstawił swoje imię. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że do dzisiaj traktuję to jako modlitwę i pytam siebie, czy Małgosia cierpliwa jest? itd. To pozwoliło mi przyjąć cudowną Miłość mojego męża, jednocześnie ofiarować mu moją Miłość, czyli ofiarowaliśmy sobie troskę o siebie i bezgraniczne oddanie i zaufanie. Do naszego wspólnego życia zaprosiliśmy Pana Boga, aby uczył nas pięknie kochać i pielęgnować naszą Miłość żeby trwała i nigdy nie ustawała. To Panu Bogu dziękujemy za nasze dzieci i wnuki, ale mamy świadomość, że miłość do nich to zupełnie inna miłość, jest naturalna, dzieci się kocha i już. Nie ma dla rodzica większej radości od tej, aby mądrze kochać swoje dzieci, dobrze je wychować i potem cieszyć się ich szczęściem, gdy zakładają rodziny, czy realizują inne powołania. To właśnie mąż przez nasze ponad trzydzieści lat uczył mnie, że dzieci wychowujemy dla świata. Pamiętam, jak wróciłam z pierwszym dzieckiem z kliniki powiedział: „Dzieci w domu są przejściowo, masz mnie kochać, bo ja z tobą będę do ostatnich moich dni”, trzydzieści lat temu byłam oburzona, ale teraz wiem, że mój mąż miał rację. Jesteśmy przekonani, że nasza Miłość małżonków – m.in. szczerość, wierność i wyrozumiałość do siebie, jest największą wartością, jaką możemy ofiarować naszym dzieciom. 

Małgorzata, mama i babcia

 

W tym samym kierunku

Kiedyś siedzieliśmy, jako narzeczeni, mocno zapatrzeni w siebie i kontemplowaliśmy plakat, na którym widniało hasło: „Kochać to znaczy patrzeć w tym samym kierunku”. Myśleliśmy, że bardzo dobrze je rozumiemy... Kiedy powiedzieliśmy sobie sakramentalne „TAK”. Przez pierwsze lata, zachwyceni sobą, otrzymujący od siebie, patrzący na siebie, tworzyliśmy nasze wspólne gniazdko witając na tym świecie kolejne dzieci. Pan zabrał do siebie dwoje z pięciorga naszych dzieci. Rozpaczaliśmy, błąkaliśmy się, szukaliśmy oparcia przede wszystkim w sobie nawzajem i nie zaznawaliśmy ukojenia. Teraz widzimy, że wówczas, postawiliśmy siebie na pierwszym miejscu, a Bóg musiał zająć kolejne. W tak niezauważalny sposób zboczyliśmy z drogi, która nazywa się MIŁOŚĆ! W tym trudnym dla nas czasie, gdy czuliśmy, że zamiast dawać sobie miłość ciągle się ranimy i obwiniamy, kochany Zbawiciel delikatnie, ale stanowczo upomniał się o nas i nasze małżeństwo. Pojechaliśmy na rekolekcje prowadzone przez Wspólnotę Emmanuel -„Miłość i Prawda” i tam ujrzeliśmy ponownie naszego Pana, który przypomniał nam o sakramencie małżeństwa i że dał nam Ducha Swego. Uświadomił, że mamy z Jego darów korzystać, bo to On daje nam siłę, aby prawdziwie KOCHAĆ. Zrozumieliśmy, że jedynym źródłem Miłości jest On! Przylgnęliśmy do Pana i widzimy, że mimo ogromnych różnic, trwamy w JEDNOŚCI, MIŁOŚCI i WIERNOŚCI i że nasza małżeńska miłość to ciągłe dążenie do wspólnego obdarowywania siebie nawzajem. Uczymy się czerpać z Niego, aby kochać nasze dzieci i miłować przyjaciół, sąsiadów i każdego napotkanego człowieka… Zrozumieliśmy, że to nie współmałżonek, nie dzieci, nie ktoś inny choćby bardzo bliski ma być skałą, na której mamy się oprzeć, ale sam BÓG!  

Agata i Roman

 

Dar z siebie

Niektórym się wydaje, że pytać księdza o miłość, jest czymś niestosownym. Jednak miłość nie ma granic. Nie jest zarezerwowana dla wybranych grup społecznych czy zawodowych. Miłość w kapłaństwie jest realizowana przede wszystkim w relacji ,,do”. Najpierw do Boga. On jest Trójcą Osób – chce wejść w relację ze mną. Zatem każdy kapłan otwierający się na Niego, wchodzi w przestrzeń miłości. Uczy się jej. Ta miłość ma swoje wzloty i upadki. Ma swoje etapy: zakochania się w Bogu, potem często przychodzi rozczarowanie, kryzys…, by okrzepnąć i dojrzeć do pełni. Do tego by BYĆ – na dobre i na złe. Myślę, że kapłańska miłość realizuje się także w relacji do tych, do których jestem posłany. W moim przypadku do parafian i braci w kapłaństwie, z którymi pracuję. Ta miłość powinna polegać przede wszystkim na traceniu swojego życia, czasu, energii dla nich. W tej relacji do ludzi, kapłan także ma swoje wzloty, upadki, pomyłki. Być może wszystko to po to, by odkryć, że miłość to nie tylko wspaniałe uczucia. To dar z siebie w całej pełni, na jaką mnie, jako kapłana stać. Taka miłość rodzi dobre owoce. Bez miłości życie, także kapłana staje się puste. Staje się zawodem, rzemieślnictwem. Obyśmy nie byli rzemieślnikami!

ks. Roland (7 lat kapłaństwa)

 

Pokora i wychowanie

Rodzice nauczyli mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim kochać. Dzięki zasobom miłości, które we mnie skumulowali jestem teraz w stanie obdarzać nią innych. Moim zdaniem dom rodzinny jest swego rodzaju szkołą miłości. Pochodzę z wielopokoleniowej familii i zauważam, że miłość do siostry ma inne oblicze niż miłość do babci. Miłość dziadków jest wylewna, lubią rozpieszczać i z uwagą słuchają, nawet najnudniejszych historii. Przymykają oko na niektóre sprawy. Miłość rodziców ma na celu wychowanie mnie na prawego człowieka. Miłość do siostry ma w sobie wiele z rówieśniczej przyjaźni. Jestem starsza od siostry o zaledwie 2 lata. Dzielimy razem pokój, słuchamy podobnej muzyki, rozmawiamy na wszystkie tematy. Spędzamy ze sobą masę czasu, co owocuje siostrzaną przyjaźnią. Mamy swoje tajemnice, swój świat. Najwięcej pokory nauczyła mnie miłość do młodszego o 16 lat brata. Na własnej skórze doświadczyłam rozwoju człowieka od niemowlęcia. Zrozumiałam, jak trudno jest kochać, jednocześnie nie wyrządzając krzywdy poprzez np. rozpieszczanie. Bez względu na to, kogo obdarzamy miłością i od kogo ją otrzymujemy, niezmienna jest moc twórcza miłości.

Anna, studentka

 

Bezgraniczna i bezkrytyczna

Jedna miłość odchodzi, inna przychodzi. Odszedł mąż, urodził się wnuk. I  nagle życie znów nabrało barw, mimo iż maluszek przyszedł na świat na drugim końcu Polski. Od tego pierwszego wejrzenia zaczyna się miłość do wnuka, bezgraniczna i bezkrytyczna. Bierzesz na ręce, chciałabyś podpowiedzieć córce, że trzeba w beciku, bo przecież to tygodniowa kruszyna, nie można jej brać na ręce bez niczego, ale nie mówisz. Powtarzasz sobie: pamiętaj, twój czas już minął, miałaś swoje dzieci, którym zakładałaś czapeczkę w domu, żeby uszu nie przewiało. A teraz córka jest matką i ona wie najlepiej, nawet jeśli nie wie. To przecież jej dziecko, jej macierzyństwo, a ty możesz tylko wesprzeć, podpowiedzieć, kiedy zapyta. I kochać, przytulać, całować małe łapki i nóżki i dziękować Bogu za to, że masz wnuczka. A potem wracasz do domu i czekasz na przyjazd maleńkiego człowieczka, albo jedziesz znowu 300 km, aby go zobaczyć, pobyć z nim, poparadować z wózkiem, a kiedy podrośnie, cieszyć się z każdego nowego słowa, które powie, opowiadać mu bajki, śpiewać to, co śpiewałaś swoim dzieciom, a tobie twoja babcia śpiewała. I smutno ci, że na Dzień Babci do przedszkola, a potem do szkoły nie możesz iść patrzeć, jak występuje. I zazdrościsz koleżankom, które mają wnuki blisko. Ale wiesz, że takie są koleje życia. Dopiero teraz, kiedy i mój dzień powoli się chyli ku zachodowi, rozumiem, co czuła moja mama, kiedy kolejne dzieci odfruwały jej z domu w świat. Ale nas nie zatrzymywała. Była z dziećmi sercem, modlitwą. I jest nadal. Wybacza, rozgrzesza, przytula, nie potępia. Moje dzieci też wyfrunęły w świat. Szukają swojego losu daleko ode mnie. A kiedy słyszę z drugiego końca Polski czy z południa Europy: „kocham cię mamuśku”, wtedy jestem szczęśliwa, że sobie radzą, pracują, dobrze żyją, kochają i wychowują swoje dzieci, a moje wnuczęta, tak jak potrafią najlepiej. Czuję też, że po latach, kiedy będę staruszką, a oni  będą dziadkami, wrócą do mnie tak, jak ja po burzliwym życiu wróciłam do mojej mamy. Wiem, że kiedy odejdzie, stracę wielką miłość i kogoś, kto mnie bezwarunkowo kocha i podziwia. Tak samo jak ja podziwiam i kocham moje dzieci i wnuki.

Irena Maria, mama i babcia

 

Powołanie i służba

Słyszałem wiele razy słowo: „Kocham”, sam również używałem tego słowa, ale nigdy nie wiązałem tego z wykorzystywaniem drugiego człowieka, lecz odwrotnie zawsze uważałem, że to słowo oznacza otwarcie na drugiego (bliskość) i współdziałanie z nim oraz przynoszenie dobra. Podejmując refleksję natrafiłem najpierw na Hymn o miłości
św. Pawła (1 Kor 13,4-13); zwłaszcza słowa: „Miłość… nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego” utwierdziły mnie w przekonaniu, że to co ludzie nazywają miłością, może nie mieć nic z nią wspólnego. Później zarówno św. Tomasz z Akwinu i psycholog Erich Froom pomogli mi odkryć, że w miłości może być także pożądanie, ale przede wszystkim jest ona wtedy, gdy cechuje się życzliwością a zwłaszcza przyjaźnią, aż do oddania życia za osobę kochaną. Ta refleksja pomogła mi w utrwaleniu przekonania o moim powołaniu do kapłaństwa. Jestem, po wielu latach, przekonany, że nie można być kapłanem bez miłości. Ale, aby kochać wszystkich ludzi, trzeba przede wszystkim kochać Boga i nie szukając swego, naśladować Chrystusa w pełnym oddaniu Ojcu. Ludzie są różni, jedni bardzo mi bliscy inni dalecy, ale kapłan jest powołany, aby służyć wszystkim. Może to wykonać kochając Boga nade wszystko. Nie wyobrażam sobie kapłana bez miłości, ale znam swoje słabości, dlatego w długim żuciu kapłańskim doświadczam pawłowego stwierdzenia: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13) i tylko w Nim, bo ON jest Miłością.

ks. Jerzy (49 lat kapłaństwa)

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!