TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 10 Sierpnia 2020, 13:40
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Miłość w zdrowiu i w chorobie

Miłość w zdrowiu i w chorobie

milosc

Podczas Mszy Świętej ślubnej kapłan zadaje panu młodemu i pannie młodej kilka ważnych pytań, a wśród nich: ,,Czy chcecie wytrwać w tym związku w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, aż do końca życia?” Nie trudno jest być razem i żyć szczęśliwie w zdrowiu. Dużo trudniej miłość pielęgnować i rozwijać, kiedy spotykają nas trudności, przede wszystkim jedne z tych najtrudniejszych - choroba kochanej osoby. Są tacy, którzy z Bogiem pokonują trudności i kochają się z dnia na dzień coraz mocniej, głębiej, dojrzalej, coraz bardziej bezwarunkowo i bezinteresownie.

Niedawno koleżanka poskarżyła mi się, że jej narzeczony zostawił ją samą, gdy rozłożyła ją grypa i wybrał się do znajomych, mało tego, bawił się u nich tak dobrze, że wrócił do domu dopiero następnego dnia. Jej choroba oczywiście nie była poważna, ale przyznała, że wolałaby, żeby ukochany otulał ją kocem i podawał herbatę z cytryną. 

Najtrudniejszy egzamin

Gdyby jednak widziała, że bardzo mu zależy na tym wyjściu myślę, że sama zaproponowałaby, żeby poszedł i cieszyła się, że wrócił po dwóch godzinach. Tak się jednak nie stało. Taka mała, niepozorna próba. Osoba bardzo mi bliska widziała wiele razy, że nie może liczyć na swojego mężczyznę, takich małych, niepozornych prób było dużo więcej. Mimo to postanowiła ona przysięgać mu miłość do śmierci przed Bogiem. Miała nadzieję, że on się zmieni, ale niestety po ślubie było tylko gorzej, a po dwóch latach ich małżeństwo stało się fikcją. 

Ciężka i przewlekła choroba ukochanej osoby - męża czy żony jest najcięższą życiową próbą. Miłość kojarzy się przecież z młodością, siłą, zdrowiem, pięknem, sprawnością, szaleństwem i marzeniami. Niestety dla wielu osób są to warunki istnienia miłości. Kiedy piękno przemija, a ciało zaczyna chorować ich uczucie przemija także. Czy miało coś wspólnego z miłością prawdziwą, pochodzącą od Boga? Karolina po ciężkim wypadku musiała mieć amputowaną rękę, nie mogła chodzić. Jej mąż najpierw umieścił ją w warszawskiej klinice tłumacząc, że tam będzie miała najlepszą opiekę. Potem dostał propozycję pracy w Szwecji i wyjechał zabierając dwójkę dzieci. Tym razem także znalazł wyjaśnienie, bo dzieci były coraz starsze, za granicą będą miały lepszy start, a on więcej zarobi, bo za klinikę trzeba dużo płacić. Nie rozwiedli się, mąż przyjeżdża raz do roku z dziećmi, ale już nie rozmawiają. Jej choroba po prostu go przerosła, nie ma między nimi zrozumienia.

Jesteś lekiem na całe zło

Historia Jerzego i Doroty została kiedyś opisana w jednym z ogólnopolskich tygodników. Oboje chorują na stwardnienie rozsiane. Poznali się w Konstancinie, bo dostali pokoje obok siebie i próbowali razem chodzić na spacery. Każdy miał za sobą ciężkie przeżycia nieudanych związków i doświadczenia ukochanych osób, które przestraszyły się ich choroby i uciekły. Kiedy zamieszkali razem, nie wierzyli, że im się uda: prosta arytmetyka, podwójne nieszczęście w szczęście się nie sumuje. Ale teraz mówią, że ludzie im zazdroszczą, kiedy Jerzy wyznaje, że nie ma już pretensji do losu za stwardnienie rozsiane, bo bez SM nie poznałby Doroty, a ona jest lekiem na wszystko. Właśnie dlatego tak bardzo bawią mnie wszyscy, którzy przy najrozmaitszych okazjach życzą sobie: ,,no, przede wszystkim zdrowia, bo to najważniejsze”, naprawdę? Dorota i Jerzy z pomocą przyjaciół planują popłynąć kajakiem po Wiśle i żeglować po mazurskich jeziorach. Razem. Ksiądz Twardowski mówi, że ,,samotność łączy ciała, a dusze cierpienie”. W przypadku dwojga chorych ludzi spełnione są oba warunki, a miłość między nimi prawdziwa. Nie z litości, nie z rozpaczy, ale z miłości do życia i człowieka. 

Po chemii do Paryża

Małżeństwo moich przyjaciół, Teresy i Jacka mam zaszczyt i przyjemność obserwować od ponad dziesięciu lat. Poznali się prawie trzydzieści lat temu, a ponad ćwierć wieku temu pobrali. Razem chodzili po górach, razem chodzili na pielgrzymki, razem marzyli, by starzeć się w otoczeniu gromadki dzieci. Jacek jest facetem do tańca i do różańca, a do tego kocha swoją żonę jak nikt. Stając się małżeństwem z czwórką dzieci nie zrezygnowali z tego, co dla nich było najważniejsze. Razem z dziećmi jeździli na wakacje (np. nad morze, w sześć osób maluchem), razem z dziećmi chodzili na pielgrzymki. 

Choroba zaatakowała Terenię kilka lat przed czterdziestką, niestety nowotwór okazał się złośliwy. Dla wszystkich to był szok, szczególnie dla czwórki ich dzieci. Jednak właśnie dzięki nim, dzięki miłości i wsparciu męża, który ani na chwilę nie dopuszczał do siebie myśli, że to choroba śmiertelna, moja przyjaciółka po serii chemii zaczęła wracać do sił. Kiedy zaczęły odrastać jej włosy poszła z mężem i dziećmi na pielgrzymkę. Z zawodu jest pielęgniarką, więc zamiast zamartwiać się sobą, pomagała innym, a Jacek był zawsze o krok za nią, gotowy wspierać czułym słowem albo męskim ramieniem. Niestety po kilku latach choroba wróciła. Nie wiem, co czuł Jacek, bo bałabym się zapytać, ale wiem, że nie dał po sobie poznać strachu przed chorobą. Woził Terenię do lekarzy i na kolejne chemie. Po zakończonej serii Jacek wymyślił, że zabierze Tereskę do Paryża na wycieczkę. Broniła się, tłumaczyła, że jest za słaba i zbyt niezdarna, ale w końcu zgodziła się dla niego. Odchorowała, ale dała radę i nie żałuje. Tak samo było z weselem, na które Jacek nie wyobrażał sobie pójść bez Tereni i nie zatańczyć z nią. Mimo, że chemia poraziła nerwy jej dłoni i stop poszła, żeby zatańczyć z mężem. 

Gdyby ktoś, kto ich nie zna popatrzył na nich z boku pomyślał by, że ciągle się o coś sprzeczają albo w ogóle z sobą nie rozmawiają. Może już nie muszą, ale ktokolwiek tak by pomyślał, bardzo by się pomylił. Bo oni patrzą na siebie z taką czułością i troską, że niejedna młoda para mogłaby się zawstydzić. Oczywiście ona martwi się, że jest dla niego ciężarem, on, że tak niewiele może jej pomóc. Są wspaniałym przykładem małżeństwa budowanego z Bogiem. Chyba nikt tak dobrze, jak oni nie wypełniają przysięgi małżeńskiej, by żyć razem i kochać się w zdrowiu i w chorobie.  

Czy ktoś jeszcze chce mnie przekonać, że zdrowie jest w życiu najważniejsze? Nawet gdyby, to będę się upierać, że najważniejsza jest miłość, szczególnie ta budowana z Bogiem, który jest Miłością. 

Anika Djoniziak

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!