Matki świętych
Wychować świętego to największy sukces wychowawczy. Jakie były matki świętych? Nie były idealne, wolne od wad i słabości, ale najważniejsze były dla nich wartości: miłość, wiara i świętość. I w takim duchu wychowywały swoje dzieci.
Matka, matuchna, mateńka, mama, matusia, mateczka, matula – tak swoje matki określali święci i błogosławieni. Ostatnio wpadła mi w ręce książka Mileny Kindziuk „Matki świętych”, w której przedstawia osiem kobiet żyjących w różnych epokach i miejscach, ale łączy je jedno – ich dzieci zostały wyniesione na ołtarze. Sylwetki matek zostały opisane w bardzo ciekawy sposób. Książkę pochłonęłam w dwa wieczory. W tym artykule chcę podzielić się wątkami opisującymi niektóre z matek przedstawionych w tej publikacji.
Mama biednych chłopców
Nie umiała czytać ani pisać, nie chodziła do żadnej szkoły. Mimo to zadziwiała życiową mądrością i wiarą. „Pierwszą rzeczą jest zbawienie twojej duszy” – mówiła do syna. A kiedy został już księdzem podkreślała: „Zapamiętaj, że początek odprawiania Mszy św. oznacza początek cierpień”. Małgorzatę Bosco wiernie namalował Giuseppe Rollini. Nosiła długą czarną suknię, typową dla wiejskich kobiet żyjących na przełomie XVIII i XIX w. Jej ramiona okrywał kolorowy szal, a na głowie miała odświętną chustę, jak przystało na mężatkę. Był to znak skromności, a jednocześnie elegancji.
Małgorzata Occhiena urodziła się 1 kwietnia 1788 r. w Capriglio na północy Włoch. Jako 24-latka wyszła za mąż za wdowca Franciszka Bosko, któremu urodziła syna Józefa. W 1815 r. na świat przyszedł Jan. Niedługo potem mąż Małgorzaty zmarł na zapalenie płuc.
Niespełna 30-letnia wdowa sama zaopiekowała się chorą teściową, pasierbem Antosiem i dwójką synów. Małgorzata przygotowywała synów do pierwszej spowiedzi i I Komunii św. Była osobą głębokiej wiary. Kiedy w 1846 r. ks. Bosko ciężko zachorował, przyjeżdżała do Turynu. Pozostała tam przy synu i do końca życia wspierała go w jego dziele pomocy zagubionej młodzieży. Chłopcy z oratorium nazywali ją mamą. „Miejscem jej codziennej służby dzieciom była kuchnia. To tam gotowała, szyła, robiła na drutach i się modliła. Zazwyczaj przy pracy odmawiała Różaniec. A gdy któryś z chłopców przychodził do niej się zwierzyć, podtrzymywała na duchu, nakłaniała do przemiany życia, tłumaczyła, że ostatecznie najważniejsza jest wiara i zachęcała do spowiedzi. Chłopcy jej ufali, bo ich kochała”. Proces beatyfikacyjny Małgorzaty Bosco rozpoczął się w 1995 r. W 2006 r. papież Benedykt XVI ogłosił dekret o heroiczności jej cnót.
Matka boleściwa
Sama o sobie mówiła, że „zawsze czuła się niezdolna być dobrą żoną i matką”. Od męża odeszła do klasztoru i została tercjanką. Dla dzieci była surowa, miała własny plan na ich życie. Trudno uznać ją za wzorcową matkę. Ale jednocześnie była najlepszą matką, jaką być umiała. Straciła pięciu synów. Jeden z nich – św. Maksymilian Maria Kolbe – w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu w czasie II wojny światowej oddał dobrowolnie życie za współwięźnia Franciszka Gajowniczka.
„Marianna od małego lubiła się modlić. Razem z rodzicami klękała przy domowym ołtarzu z obrazem Matki Bożej Częstochowskiej, usytuowanym w rogu izby, jak wtedy określano pomieszczenia domowe… Chętnie też chodziła do kościoła, klęcząc odmawiała wszystkie tajemnice Różańca. Wyraźnie już wtedy pragnęła zostać siostrą zakonną. To było jej największe marzenie”. Jej życie potoczyło się inaczej. Rodzice nie mogli wysłać jej do klasztoru, bo nie mieli pieniędzy na wymagany wtedy posag. Ostatecznie Marianna zdecydowała się wyjść za mąż, ale miała wyraźne preferencje, żeby mąż „nigdy nie zaklął, nie pił wódki i nie chodził do szynku na zabawy”. Takie warunki spełniał Juliusz Kolbe, z którym zawarła związek małżeński 5 października 1891 r. w Kościele Wniebowzięcia NMP w Zduńskiej Woli.
Z jej biografii wyłania się obraz kobiety silnej, zdecydowanie nadającej ton w rodzinie. „Trzymała synów mocną ręką, pod kloszem, w izolacji od złych wpływów świata”, zależało jej przede wszystkim na tym, aby „chłopcy się nie zepsuli” – jak pisze Natalia Budzyńska w książce pt. „Matka męczennika. Poruszająca opowieść o Mariannie Kolbe”.
Jej myśli wciąż krążyły wokół synów. To o nich się martwiła, za nich się modliła, ich kochała matczyną, niekiedy zaborczą miłością. Wielkim ciosem była dla niej śmierć synów. Po śmierci Maksymiliana wszystkie swe listy podpisywała „Matka Bolesna Marya Kolbowa” lub „Matka Boleściwa”.
Zmarła nagle 17 marca 1946 r., kiedy razem z tłumami Krakowian szła powitać kard. Adama Sapiehę, który wrócił z Rzymu. „Kiedy po jej śmierci siostry felicjanki szukały w jej pokoju habitu tercjarki, w którym chciała być pochowana, ze zdziwieniem odkryły, że spała na twardych deskach – w ten sposób się umartwiała”. Jedna z sióstr felicjanek po jej śmierci powiedziała, że Marianna Kolbe to była święta kobieta”.
Wybrała życie syna
Marzyła, aby jeden jej syn został lekarzem, a drugi księdzem. Tak też się stało. Karol jest dziś znany jako św. Jan Paweł II, a Edmund jako lekarz, który heroicznie oddał życie dla swojej pacjentki. Emilia Wojtyła też podjęła heroiczną decyzję: nie zgodziła się na aborcję, mimo że lekarz ostrzegał ją, że przy porodzie najpewniej umrze ona i dziecko, czyli przyszły papież. Jan Paweł II rzadko wspominał matkę, najczęściej robił to przy okazji swoich pielgrzymek do Polski. W 1991 r. w Wadowicach powiedział, że matka wprowadziła go w tajniki wiary. „Tajemnicy owej uczyły mnie ręce matki, która składając małe dziecięce dłonie do pacierza pokazywała, jak kreśli się krzyż… Dzisiaj po tylu latach, jakże wdzięczny jestem, moja matko”. W 1999 r.
mówił: „Z synowskim oddaniem całuję próg domu rodzinnego, wyrażając wdzięczność Opatrzności Bożej za dar życia przekazany mi przez drogich rodziców, za ciepło rodzinnego gniazda, za miłość moich najbliższych, która dawała poczucie bezpieczeństwa i mocy”.
Jak pisze Milena Kindziuk na fotografii z synem Edmundem zwraca uwagę wizytowy strój Wojtyłowej. Ubrana jest w ciemną długą, prawdopodobnie podróżną suknię. „…Całość dopełnia elegancka biżuteria: broszka, dwa pierścionki, kolczyki. Emilia w ręku trzyma srebrną torebkę… Takich torebek kobiety nie nosiły na co dzień. W uboższych rodzinach same dziergały je sobie szydełkiem z wełny. Zapewne i Emilia używała jej na wyjątkowe okazje. Zarówno torebka, jak i ubiór Emilii Wojtyłowej, świadczą o jej pozycji społecznej. Pochodziła z mieszczańskiej, rzemieślniczej rodziny, wychowywana w Krakowie jako panna z dobrego domu, ukończyła tam żeńską szkołę, w której odebrała dobre wykształcenie i pozyskała nienaganne maniery”.
Nieodłączną część życia Emilii i jej męża Karola stanowiła wiara. Niedzielna Msza św. im nie wystarczała: „Lolek wychowywany był w bardzo religijnej atmosferze – w jego rodzinnym domu czytano Pismo Święte, wspólnie się modlono i przestrzegano postów” – opowiadali mieszkańcy Wadowic. Wojtyłowie jeździli też z dziećmi na pielgrzymki do Kalwarii Zebrzydowskiej. Warto w tym miejscu wspomnieć, że przyszły papież przyszedł na świat przy śpiewie Litanii loretańskiej. Położna Jadwiga Pawłęgowa mówiła później, że zapamiętała ten poród na całe życie. Twierdziła, że drugiego tak niezwykłego przy śpiewie litanii w kościele, nigdy w życiu już nie odbierała.
Emilia zmarła przedwcześnie, miała zaledwie 45 lat. Mimo to odcisnęła wyraźne piętno na obydwu swoich synach. W 2020 r. rozpoczął się proces beatyfikacyjny Emilii i jej męża Karola.
Matka na beatyfikacji syna
Drogę mierzyła „na Różańce”, jednak po męczeńskiej śmierci ks. Jerzego potrafiła odmawiać już tylko tajemnice bolesne. Marianna Popiełuszko może być przykładem dla wielu osób: jak mądrze kochać i wychowywać dzieci, jak przebaczać innym i jak zawierzać swoje życie Bogu. We wspomnieniach osób, które ją znały powtarzają się słowa: silna, głęboko wierząca, pobożna, życiowo mądra. „Marianna Popiełuszko, drobna, pochylona kobieta, zawsze w chustce na głowie, o pooranej zmarszczkami twarzy, na której wyraźnie malowało się cierpienie, z mocno spracowanymi dłońmi – taką ją zapamiętałam” – napisała Milena Kindziuk w swojej książce.
W domu Popiełuszków na pierwszym miejscu zawsze był Bóg. Modlitwa, która wyznaczała rytm dnia, tak jak pory roku i kalendarz liturgiczny rytm całego roku. Rodzina codziennie odmawiała Różaniec, zawsze prowadzony przez matkę. W środę odmawiano Litanię do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, w piątek Litanię do Serca Jezusowego, w sobotę Litanię do Matki Boskiej Częstochowskiej. W maju odprawiano w domu nabożeństwo maryjne, w czerwcu – do Serca Jezusowego, w październiku – różańcowe. Matka śpiewała Godzinki i „Anioł Pański”. Cieszyła się, widząc, że w Alku rośnie powołanie kapłańskie. Choć gdy po szkole podstawowej chciał wstąpić do franciszkanów w Niepokalanowie, powstrzymała go, mówiąc, że jeszcze za wcześnie na tak poważną decyzję. Martwiła się z powodu jego wątłego zdrowia, ale nie zabraniała, gdy dzień w dzień przed rozpoczęciem lekcji szedł cztery i pół kilometra przez pola i las, by służyć do Mszy św. Kiedy nauczycielka języka rosyjskiego ostrzegała, że Alek może mieć obniżoną ocenę ze sprawowania, gdyż zbyt często przesiaduje w kościele na Różańcu, odpowiedziała jej stanowczo: „Jest wolność wyznania. Każdy jak chce, tak żyje”. Na uwagę zasługuje fakt, że doczekała beatyfikacji syna. 10 czerwca 2010 r. to był najważniejszy dzień w jej życiu. Pani Marianna zmarła 19 listopada 2013 r. w wieku 93 lat.
O tych matkach można by pisać bardzo wiele, ale wyczerpały się łamy w gazecie, więc mocno zachęcam do sięgnięcia po książkę Mileny Kindziuk „Matki świętych”. W publikacji zostały jeszcze opisane inne kobiety, a mianowicie bł. Wiktoria Ulma, św. Zelia Martin, św. Sylwia i św. Monika.
Ewa Kotowska-Rasiak
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!