TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 23 Września 2019, 11:03
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Leczył rany zbolałych serc cz. III

20.08.10

Leczył rany zbolałych serc cz. III

Czy dzisiaj w Polsce w ogóle istnieje problem wchodzenia Kościoła w sferę polityki, nawet rozumianej tak jak przypomniał Jan Paweł II? Po 1989, kiedy Ojciec Święty na fundamencie Dekalogu przypomniał Polakom, że jego zasady dotyczą także życia społecznego, politycznego (dramatyczne wołanie o rachunek sumienia z wykorzystania wolności - w Kielcach, jednoznaczne: czy parlament ma prawo legalizować zabijanie - w Radomiu, że Polska nie jest poza Europą - we Włocławku) po raz pierwszy w skali społecznej, a zwłaszcza medialnej spotkało się z chłodnym przyjęciem.

Nawet przedstawiciele Kościoła w Polsce łagodzili to wystąpienie tłumacząc, że to były dopowiedzi poza oficjalnym tekstem papieskim. Czy nie zadziałała tu i tym bardziej w późniejszych latach i na niższych poziomach, że tzw. swoim nie wypada przedstawiać radykalizmu Ewangelii? Ilu dzisiaj jest odważnych, aby kwestionować „kompromis” ustawy o ochronie życia? Jak skrytykować za niekatolicką postawę parlamentarzystów, władze wojewódzkie, a tym bardziej lokalne władze samorządowe, skoro od nich zależą podatki, dotacje, droga na cmentarz, kostka na wyłożenie obejścia kościoła? Jak zabierać głos w sprawach społecznych skoro tyle grzechów naszych wywleczono, chociaż stokroć więcej nam się przypisuje? Błogosławiony męczennik. Imię odmieniane we wszystkich przypadkach. Szukanie najdrobniejszych okruchów wspomnień o nim, kto go znał, kto co o nim pamięta... Żadnego słowa negatywnego, żadnych zastrzeżeń. Jakby wszyscy byli od początku za i u jego boku. Powiedzieć o wielu, że odnosili się wtedy od niego z rezerwą to zbyt enigmatyczne. Przyjeżdżali ludzie z terenu całej Polski, kapłani z różnych diecezji; prawda, że to byli z tego specyficznego przedziału ideowców, dla których nie było zmęczenia, trudu. Nic sobie nie robili z miana „nawiedzonych”. Ale i oni nie zawsze mogli.

Osamotnienie
Ks. Popiełuszko odczuwał i doświadczał co jakiś czas, niekiedy dogłębnie, osamotnienia. Może i wątpliwości: czy warto skoro tylu żyje bez dylematów co z Ojczyzną, co z prześladowanymi, co z ludźmi, którzy z ufnością patrzą w stronę ołtarza, ambony? Przetrwał i przetrawił to, że władze kościelne na żądanie władz państwowych usunęły go z funkcji koordynatora opieki medycznej dla drugiej pielgrzymki papieskiej w 1983 roku. Pewnie nawet nie domyślali się, że w jakimś stopniu tę pielgrzymkę uratował... Przetrwał i to, że nie było szans na obronę medialną po szkalującym artykule „Garsoniera”. O tyle spokojnie mógł to znieść, że wiedział iż to czysta prowokacja. Zniósł gorzkie uwagi o tym, że jego Msze św. za Ojczyznę naruszają proporcje w zaangażowaniu w inne dziedziny. Gorąca wypowiedź jednego z hierarchów po jego śmierci, nie kwestionowała jego gorliwości i innych cnót, ale stwierdzała, że brak mu było roztropności. Jak wiemy Kościół ostatecznie tego się w nim nie dopatrzył.
Poczucie osamotnienia - istnieje przekonanie, że giganci ducha nie potrzebują zwyczajnego wsparcia, ludzkiej życzliwości, że to raczej oni mają wspierać innych. Powraca to na różnych szczeblach w dziejach Kościoła w Polsce. Nostalgiczne wspomnienie kardynała Wyszyńskiego, że w momencie aresztowania ujął się za nim tylko Niemiec i pies. Jego pies, Baca, który skoczył na jednego z ubowców i ugryzł go, a Prymas zadbał, żeby ugryzionego opatrzyć. A Niemiec - to infułat Zink, autochton mazurski, zarządzający w tym czasie administratura apostolską w Olsztynie, który odmówił podpisania oświadczenia, a w jakimś sensie aprobującego fakt internowania Prymasa. Oczywiście, ten gest nic nie zmienił w losie Prymasa, ale jak dużo znaczył w wymiarze moralnym. I drugie wydarzenie - nazwanie, w latach 90. przez ówczesną jeszcze „Trybunę Ludu”, papieża prymitywnym wikarym z Niegowici. Kościół, w swoim oficjalnym trzonie był ponad takie insynuacje, z poczuciem godności nie zniżył się do jakiejkolwiek reakcji. Nie wytrzymali tylko dwaj księża i około 800 słuchaczy Radia Maryja. Ostatecznie jeden z nich po latach, ks. Peszkowski, jakąś tam drobną satysfakcję po przewlekających się procesach wydusił. Tyle tylko, że przez to milczenie pękła jakaś tama i odtąd już nic nie chroni dobrego imienia ani wielkich, ani małych w Kościele. Tak jak po zabiciu ks. Jerzego, przygotowanym niejako przez szczucie słowem, następne zabójstwa księży - już w teoretycznie wolnej Polsce, nie robiły większego wrażenia.

Gotowy na wszystko
Nie wiem, jak daleko sięgała jego realna wyobraźnia kiedy (ks. Jerzy – przyp.red.) mówił w jednym z wywiadów: „Od prześladowań są sprawy większe i jestem przekonany, że to co robię jest słuszne. Jestem gotowy na wszystko”. Poczucie zagrożenia miał, obawiał się sfingowanego wypadku, doświadczał uciążliwości przesłuchań, kontroli drogowych. Jeśli nawet brał pod uwagę swoją śmierć, śmierć zadaną, to ta perspektywa go nie paraliżowała. Gotowy na wszystko - nie tylko teoretycznie - skoro zadbał, aby w wieczór przed śmiercią przystąpić do sakramentu pokuty...
Był też spokojny, choć boleśnie przeżywał zakusy sbowskie, aby poprzez podłączenie innych osób, niewiast z jego otoczenia, próbować go złamać. W swoich notatkach pisze, że są takie próby. Zapisał: „Wszystko tylko nie to”. Trzeba mieć czyste sumienie, aby tak reagować. Gdyby mieli coś na niego w tym względzie, nie odpuściliby - to najprostszy sposób na złamanie księdza. Jeszcze raz próbowali tego samego - już na rozprawie, kiedy to puścili taką wersję: „mieliśmy go po porwaniu, podczas przesłuchań nastraszyć metodą na „zazdrosnego męża”, pokazać jakieś kwity z restauracji, ale ze względu na nasze principia socjalistyczne, nienaruszanie trwałości rodziny, nigdy tego nie podjęliśmy. Także dzisiaj” (Piesiewicz).
Ale co ciekawe - tego wątku nikt nie podjął w relacjach medialnych - czuli, że to zagrywka. Niemniej minister Łopatka już po procesie, w 1985 roku w rozmowach na szczeblu watykańskim - odgrażał się próbując niejako zablokować kult ks. Jerzego: „Jeśli obecna koncepcja i akcja wykorzystania tego tragicznego wydarzenia przeciw władzom i spokojowi społecznemu miałaby być kontynuowana, to władze mogą opublikować dane „kim naprawdę był ks. J. Popiełuszko”, bowiem zgromadzone informacje o nim i jego działalności bardzo mocno odbiegają od obrazu, który chce mu się nadać w koncepcji kościelnej. Zależy nam na tym, aby do tego nie doszło” (Cenckiewicz: Wywiad PRL na tropie ks. Jerzego, Rz. 27.02.2009). Otóż gdyby mogli zrobić to z tryumfem, to by to zrobili. Ale trzeba liczyć się ze wszystkim, łącznie z tym, że czasopismo, którego nazwy w przyzwoitym towarzystwie nawet się nie wymienia może nagle ogłosić, że ma kwity, tak jak próbowało zainteresować niektórych, że Karol Wojtyła w młodości został ojcem.

Gorzkie doświadczenia
Za mało znałem ks. Popiełuszkę, aby orzekać z pewnością, ale wydaje mi się, że nawet doświadczając rezerwy współbraci co do swojej działalności, nigdy nie podejrzewał, iż w swoim otoczeniu, zwłaszcza duchownych, mógłby być ktoś działający świadomie czy przynajmniej aprobujący wymierzone w niego działania SB. Że koledzy będą - w najłagodniejszej wersji - rozmawiać o nim z oficerami służb. Że kapłan z akademickimi cenzusami, zapraszany przez niego na spotkania duszpasterskie, będzie nie tylko raportował o nim swemu prowadzącemu oficerowi płk. Pietruszce co o nim myśli (mitoman), ale będzie przychodził do niego inspirowany przez tegoż pułkownika dla wybadania jego poglądów, że będzie mówił co o nim myśli Prymas Glemp, a dla zakrycia swoich intencji będzie prosił ks. Jerzego o załatwienie lekarstw, bucików dla dzieci. I że jeszcze potem po latach będzie się tłumaczył, iż to było działanie zupełnie nieświadome. Co zakwestionował - a raczej czynią to rzadko - ów pułkownik skazany za współudział w jego zabiciu.
Pewnie nie podejrzewał, że podsłuch w jego mieszkaniu, z którego przeniósł się po próbie wrzucenia tam materiału wybuchowego, został założony dzięki temu, że kolega wikariusz udostępnił swoje mieszkanie oficerom Stołecznego Wydziału IV. Jakby potwierdzenie, że święci są wyczuleni na grzech, ale nie na grzesznika. Czy chciałby wiedzieć, kto to był? Nie wiem. Wiem natomiast, że ze strony tych, którzy - nawet nie całkiem świadomie co do skutków, ale świadomych tego z kim się zadawali - należy się nadal ekspiacja, bez czekania, aż wyciągnie to Komisja Diecezjalna czy media.
Śmierć uwolniła ks. Jerzego od pokusy wykorzystywania, w najbardziej nawet szlachetnych celach, zawartych znajomości, kiedy to 1989 roku znajomi spod ambony weszli do sfer biznesowych, rządowych. Niektórzy z nas w imię - skądinąd rzeczywistych zasług dla Ojczyzny, we frakach albo i sutannach zaczęli brylować na salonach politycznych i towarzyskich, jeździć jak ministrowie z VIP-owskim kogutem na dachu, wchodzić z byłymi prominentami, a nawet funkcjonariuszami czwórki w układy biznesowe albo i skarżyć się, że mimo cierpień dla Ojczyzny i Kościoła nadal nie postąpili w godnościach... Tym dedykacja z Łk 17,10: „Gdy wykonacie wszystko, co wam polecono, mówcie: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy byli wykonać...” A gdyby nie zginął. Oczywiście czysto teoretycznie należy wtedy założyć, iż dalsze losy Kościoła, Ojczyzny biegłyby tak samo, mimo wstrząsającego świadectwa tej śmierci.
Gdyby żył, usłyszałby - i to z ust ludzi, których znał i cenił, za których się modlił i dla których się narażał - że tkwi w szeregach „Ciemnogrodu” próbującego narzucić wolnemu społeczeństwu prawa religijne. Usłyszałby, że broniąc - jak przed laty młodzież z Miętnego - prawa do obecności krzyża w szkole - dyskryminuje niewierzących; że broniąc prawa do życia nienarodzonych, odbiera wolność wyboru kobietom; od niektórych z recytatorów z żoliborskiego kościoła usłyszałby o zagrożeniu cenzurą „czarnych”; dowiedziałby się, że chce rządzić - on, którego służba innym zawiodła na dno rzeki. Nie chcę powiedzieć, że dobrze, iż te gorzkie doświadczenia go ominęły. Bo gdyby żył nadal, jestem przekonany, że głosiłby to samo, co w tamtych latach, przechodząc wraz z Kościołem i tę próbę czasu. Wierzę, że wyszedłby z niej zwycięsko. Chcę tylko powiedzieć na jego przykładzie, że święci nie załatwiają spraw Kościoła na zawsze. Są potrzebni stale i na nowo.

Trzecia część konferencji wygłoszonej przez ks. Antoniego Ponińskiego
podczas Dnia Świętości Kapłańskiej

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!