TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 19 Lipca 2019, 18:56
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Laleczka

Laleczka

Podobno naród, który traci pamięć, przestaje być narodem. To bardzo stronnicze zdanie. Czy jednak w zupełności pozbawione racji?

Typowe popołudnie w domu, a siostra niecierpliwie czeka posłańca. Nagle słyszę ogłuszający ryk czteroletniego dziecka. Mogłam się spodziewać. „Laleczka!“ – to znaczy, że posłaniec przyszedł. Trzyma pudełko wielkości nie laleczki, ale pokaźnej rezydencji dla całego stada laleczek.
Mam ochotę wygłosić umoralniającą przemowę o kosztach z cyklu: „Nie trzeba było“. Ale jest już za późno. Pstrokata postać w ludowych fatałaszkach sadowi się na kolanach wniebowziętej siostry i śmiało patrzy prosto na mnie spod plastikowych doklejanych rzęs. Wygląda jak wiekowy, porcelanowy, kolekcjonerski model. Czuję się bezsilna. Co więcej, zaczyna śpiewać. Jedno muszę przyznać. Choć wykonanie pozostawia nieco do życzenia, tematyka zwraca uwagę od razu, już od pierwszego zdania. Nikt nie ma złudzeń co do kraju produkcji... to znaczy pochodzenia naszej laleczki. Trudno się dziwić, w końcu mamy do czynienia z Kateriną; „prawdziwą Ukrainką“.
Obserwuję u nas wzrost popytu na coś, co można nazwać powrotem do korzeni. Iście łowickie wzory na pościeli, biżuterii, torbach i ubraniach póki co nie zalewają rynku, ale są już dość powszechne. Zastanawia mnie, na ile jest to szczere zainteresowanie sielskim klimatem wsi, a na ile po prostu podążanie za modą. Nawet będąc na zakupach w supermarkecie, znalazłam literacką pozycję udekorowaną po obu stronach wzorami stylizowanymi na ludowe wycinanki. Swoją drogą, to zupełnie naturalne, skoro mówimy o zbiorze przepisów kulinarnych z kuchni podlaskiej. Książkę opatrzono krótkim wstępem Romana Marcinka o turystycznych atrakcjach regionu i wyposażono w przepisy Doroty Próchniewicz; większość z nich bazuje na łatwo dostępnych składnikach. Tym samym udowadnia, iż egzotyczne produkty nie są niezbędne do stworzenia potraw o wykwintnym zabarwieniu. Swego nie znacie, czy coś. Ale do rzeczy: ostatni „głośny“ projekt wplatania nieprecyzyjnej i pojemnej znaczeniowo słowiańskości kojarzy mi się nierozerwalnie z Donatanem i Cleo. Wiadomo, utwory luźno opierały się na całokształcie ludowej kultury, jej ogólnej postaci, a nie na konkretnych cechach. Żałuję, że zabrakło im garści merytoryki, bo działaniom udało się zyskać swoje pięć minut.
Dobra wiadomość jest taka: przy odrobinie zaangażowania da się usłyszeć wykonawców, którzy nawiązują do skocznych, żywych melodii, wykonywanych przy pomocy tradycyjnych instrumentów. Kto nie zna Eneja? Pytanie; a kto słyszał chociaż raz o zespole pod taką nazwą, jak Joryj Kłoc? Czteroosbowa, folkowa formacja oferuje słuchaczom autorskie aranżacje oryginalnych pieśni obrzędowych. Całe przedsięwzięcie przy pomocy jedynie instrumentów akustycznych. Nie każdy przepada za podrygiwaniem w takt muzyki, ja wiem. Dlatego też na pierwszy plan wybija się nieprzeciętna grupa Tulia. Lira korbowa? Piszczałka wielkanocna? A może suka biłgorajska? Nie, nie żartuję. I jakby tego było mało, wykorzystują klasyczny biały śpiew. Trzeba się naprawdę postarać, żeby pozostać obojętnym. Kto jeszcze wie, jak przykuć uwagę i umie to wykorzystać? Panie z Laboratorium Pieśni. W swoich aranżacjach prezentują światu utwory z repertuaru pieśni polskich, ukraińskich, białoruskich, bułgarskich, gruzińskich, bałkańskich... jest w czym przebierać. Nie brakuje utworów przepełnionych melancholią. Czyli wzruszyć się też można. A kto jest gotowy w ogóle zrezygnować z podkładu muzycznego na rzecz śpiewu... powinien zrobić ukłon w stronę Julii Dosznej. Podobno wprawne ucho zdoła wychwycić specyficzne rytmy czardasza, mniej doświadczone od razu zauważy charakterystyczne przeciągania i zawodzenia. Tak czy inaczej, warto poznać efekt, jaki potrafi dać jeden z najpiękniejszych instrumentów wykorzystywany przez człowieka.
Wszystko brzmi kusząco, dopóki będziemy udawać. Nie można bowiem nie zauważyć, że niektórzy twórcy ograniczają się tylko do kolorowej oprawy bez podparcia się najmniejszą teorią. Co się dzieje? – dostajemy coś na kształt balu przebierańców. Wielobarwnego, głośnego, ślicznego, uroczego, pełnego westchnień zachwytu i... mocno spłyconego. Takie widowisko raczej nie poradzi sobie z wyzwaniem inspiracji do samodzielnych poszukiwań w odmętach niejednoznacznej słowiańskiej historii. Co prawda są zespoły, które odwołują się np. do wierzeń naszych praprzodków. Żal tylko jednego; nadają swojej twórczości formę folk-metalu. Może i jest to porcja energetyzującej muzyki, jednak jej przebojowość nie usprawiedliwia subtelnego zmierzania w stronę sekty Rodzimowierców. I powiedz, co z tym teraz zrobić? Trzeba by zbudować godną kontrę dla powyższego zjawiska, bo zaczyna wciągać coraz więcej ludzi. Trudno w to uwierzyć, ale w XXI wieku są jeszcze (albo znowu) osoby gotowe do rzeźbienia w drewnie domniemanego wizerunku Peruna czy innego Radogosta.
Można go czcić, szanować lub z nim polemizować, ale Józef Piłsudski twierdził, że naród, który traci pamięć, przestaje być narodem. To bardzo stronnicze zdanie. Czy jednak w zupełności pozbawione racji? Oklepany termin „globalnej wioski“ jasno obrazuje, że nieważne kim i skąd jesteś – nas wszystkich można upchnąć do jednego worka. A ja się z tym nie zgadzam. Z kolei zainteresowanie rodzimą kulturą jest pięknym przykładem współczesnego patriotyzmu. Wprawdzie my nie musimy latać z szabelką i krzyczeć, że to za wolną Polskę. I dobrze! Jeszcze gdyby tylko umieć tę zdrową narodową świadomość krzewić, żebyśmy nie musieli się wstydzić tego, kim jesteśmy. Jakoś nigdy nie przepadałam za lalkami. Jednak tej konkretnej pozwoliłam się w pewnym sensie oczarować. Tak, jakby w haftowanym fartuszku, warkoczach ze wstążkami albo w sznurowanych czerwonych kozakach tkwiła prawdziwie niewytłumaczalna, a magnetyczna siła. Żebyśmy tak jeszcze umieli śmiało patrzeć na świat spod własnych, już nie plastikowych rzęs.

Oliwia Wachna

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!