TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 21 Października 2019, 12:27
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Kuba, niebo i piłka nożna

Kuba, niebo i piłka nożna

Niedawno w dzienniku związanym z Episkopatem Włoch ukazał się artykuł o Jakubie Błaszczykowskim. Ten słynny piłkarz ciągle zadziwia, w styczniu powrócił do Wisły Kraków, by wspomóc klub pogrążony w kłopotach finansowych.

Podchodzę zawsze z dystansem do osób publicznych albo ogromnie popularnych ze względu na swoje osiągnięcia sportowe czy artystyczne, które stają się, ujmijmy to w ten sposób, twarzami ewangelizacji. Mój dystans do tych sytuacji bierze się nie z zazdrości (rozbroimy od razu ten zarzut), ale generalnie z braku zaufania do kierującego nimi przekonania, a mianowicie, że skoro „taki sławny i bogaty, a mimo to wierzy w Boga i się tego nie wstydzi” to na pewno wielu pójdzie w jego ślady, bo jak rozumiem, po to eksponuje się świadectwa takich ludzi. Nie wspominając o tym, że ich ogromna ekspozycja medialna, jest bronią obosieczną, a częste problemy spowodowane popularnością i bogactwem sprawiają, że trudno im żyć stabilnie, a więc ten kto dzisiaj jest na pierwszych stronach gazet jako sportowiec wierzący i praktykujący, równie łatwo może wylądować na pierwszej stronie z powodów dokładnie przeciwstawnych, nie będę wymieniał jakich, bo historii upadłych moralnie sportowców możecie znaleźć na pęczki.
Ale oczywiście nie przeczę, że dla kogoś takie świadectwo może być bardzo budujące, a w takich sytuacjach „chwała Panu”.
Jeżeli chodzi jednak o Jakuba Błaszczykowskiego, to sytuacja wydaje mi się nieco inna, ale i tak pewnie nie pojawiłby się tutaj ten tekst, gdyby były kapitan reprezentacji Polski w piłce nożnej nie zagościł najpierw w innych mediach katolickich. Właśnie artykuł zatytułowany „Kuba, il cielo oltre la rete” (co można przetłumaczyć jako: „Kuba, niebo dalej niż bramka”) autorstwa Antonio Giuliano został opublikowany na łamach włoskiego dziennika „Avvenire” i jak się pewnie domyślacie nie jest to gazeta sportowa, ale organ Episkopatu Włoch. Pomyślałem więc, że skoro oni mają zaufanie do postaci Kuby Błaszczykowskiego, to ja chętnie sprawdzę, czym przyciągnął ich uwagę właśnie teraz. Kiedy już nosiłem się z zamiarem napisania tego tekstu, na stacji benzynowej zobaczyłem jak z okładki ostatniego „Tygodnika Powszechnego” spogląda na mnie lekko przymrużonymi oczami nasz bohater zatytułowany przy tej okazji „reprezentantem dobrej Polski”. No to trzeba napisać.

Nazwisko, które kryje tragedię
Włoski dziennikarz wprowadza nas w swoją opowieść mówiąc, że jest pewien polski piłkarz, który ciągle zadziwia, ale natychmiast zastrzega, że nie chodzi wcale o Krzysztofa Piątka (i chyba się nie dziwimy, bo pochodzący z Niemczy piłkarz, który przetransferował się w zimowym okienku z Genui do Milanu, zdaje się w ostatnich dniach na półwyspie Apenińskim przyćmiewać samego Cristiano Ronaldo), ale o Kubę Błaszczykowskiego, którego „niemożliwe do wypowiedzenia nazwisko” kryje w sobie wielką tragedię rodzinną. Rzeczywiście dla Włochów nazwisko Kuby było zmorą przez jeden sezon, kiedy grał on w barwach Fiorentiny, czyli klubu z Florencji. Proszę sobie wyobrazić, że o obecnym bramkarzu Juventusu Wojciechu Szczęsnym, nawet kibice tego klubu mówią „il portiere con il codice fiscale per cognome”, czyli bramkarz z NIP-em zamiast nazwiska – tak wielka ilość spółgłosek w kupie dla Włochów jest niewyobrażalna. Wracając do Kuby, włoski dziennikarz opisuje tragedię rodzinną, której świadkiem był Kuba, kiedy miał zaledwie 11 lat: widział jak jego ojciec Zygmunt zabija swoją żonę, a mamę Kuby Annę. Tak opisuje ten dramat Michał Okoński w swoim artykule „Mąż zaufania” w Tygodniku Powszechnym. „Nie wiedzieliśmy, nie byliśmy i nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, z jaką ceną wiąże się bycie świadkiem takiej sceny. Nie mieliśmy świadomości, że obciążony nią chłopiec na dwa lata przestał rosnąć. Że po śmierci matki zamknął się w sobie, rzucił treningi, zaczął wdawać się w bójki. Że zmagał się z poczuciem winy i bycia napiętnowanym („Ludzie oceniali nas z bratem na zasadzie: jak ojciec morderca, to i synowie są tacy sami”), ale także z własną nienawiścią. Że biorąc do ręki kuchenny nóż potrafił mówić, że to na niego, jak już wyjdzie z więzienia. „Są dwa etapy mojego dzieciństwa, a potem życia. Przed i po tragedii, która wywróciła je całkowicie” – powiedział Małgorzacie Domagalik. Dodał, że zgodził się na książkę biograficzną w przekonaniu, że jego historia może komuś pomóc: może pokazać, że jest światełko w tunelu. Ojcu w końcu przebaczył, nawet jeśli ten podczas rozmowy po latach relatywizował swoją winę.”

Dobroczynność nie na pokaz
No właśnie. Kiedy wyżej napisałem, że historia Kuby wydaje mi się nieco inna niż historie różnych celebrytów mówiących o swojej wierze, nawróceniu, dobroczynności, to miałem na myśli właśnie to, że Kuba Błaszczykowski generalnie... nie mówi o tych sprawach. On naprawdę bardzo rzadko zgadza się na wypowiedzi dla prasy. Większość informacji, jakie Michał Okoński podaje w swoim artykule, nie pochodzą z bezpośredniej rozmowy z piłkarzem, ale właśnie z cytowanej książki biograficznej Małgorzaty Domagalik, która miała naprawdę bardzo długo starać się o zaufanie Błaszczykowskiego, zanim ten zgodził się na wspomnianą publikację. To naprawdę nie zdarza się często, że jak wyznał Michał Okoński, nie udało mu się namówić piłkarza na rozmowę, mimo że jego podobizna znalazła się na okładce, a wewnątrz numeru całkiem spory materiał, muszę dodać, że znacznie ciekawszy i pogłębiony niż publikacja włoska. Również z artykułu Antonio Giuliano nie wynika, aby osobiście rozmawiał on z Błaszczykowskim. Czego jeszcze, oprócz rodzinnej tragedii, którą będzie naznaczony do końca życia, mogą dowiedzieć się czytelnicy „Avvenire” o Kubie? „Teraz nie boję się już niczego, wiem, że cokolwiek mi się przydarzy, to ja i tak przeżyłem już coś gorszego”, to również cytat z autobiografii. A oprócz tego dowiadujemy się, że Kuba wiele zawdzięcza swojej babci Felicji i wujkowi Jerzemu Brzęczkowi, obecnemu trenerowi reprezantacji, bo to oni zajęli się nim i jego bratem po śmierci mamy. Czytamy również, że Kuba nigdy nie zapomniał o swojej zmarłej mamie i wszystkie strzelone bramki są dedykowane właśnie jej, o czym mają świadczyć jego gesty po każdej z nich: ręce i oczy wzniesione ku niebu. Dobrze że włoska gazeta o tym pisze, bo wspomniany gest jest często widziany u licznych piłkarzy związanych z protestancką wspólnotą „Atleci Chrystusa” i patrząc na Błaszczykowskiego można by pomyśleć, że jest jednym z nich. Tymczasem ten gest to pamięć tragicznie zmarłej mamy. Włoski dziennik pisze również, że swoją wiarę zawdzięcza Kuba babci, że wziął udział w akcji „Nie wstydzę się Jezusa”, że podobne poglądy i wartości wyznaje jego żona Agata, którą poznał w Częstochowie, gdzie sam się wychował „w mieście maryjnym, tak bardzo drogim dla Jana Pawła II”. Wspomina również jego zaangażowanie społeczne i charytatywne, o czym jeszcze więcej możemy przeczytać w artykule Michała Okońskiego w Tygodniku Powszechnym. „Jest także założycielem fundacji Ludzki Gest, wspierającej chore i zdolne dzieci. Co ważne: w jego działalności charytatywnej nie chodzi tylko o świadomość, że ma się czym podzielić, i hojne przelewy, ale o bardziej osobiste zaangażowanie. (…) Nieżyjącą już, cierpiącą na glejaka mózgu Dominikę długo odwiedzał w trakcie choroby, grając z nią w chińczyka, nawet jeśli podczas ostatniej wizyty musiał już przesuwać jej rękę z pionkami po planszy. Nigdy takich historii nie nagłaśniał (to Małgorzata Domagalik dotarła do rodziców dziewczynki, dyrektorka Katedry Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej we Wrocławiu opowiedziała z kolei o jego licznych wizytach i o tym, jaki kontakt łapie z jej podopiecznymi). Pytany o nie przez dziennikarzy odburkiwał raczej i prosił, by nie robili z tego sensacji. Nie chce, by ktoś pomyślał, że może robić coś pod publiczkę albo że buduje swój wizerunek na krzywdzie innego człowieka”.

Co byś zrobił ze swoim milionem?
Na koniec warto jednak powiedzieć prawdę, dlaczego akurat w tych dniach znowu stało się głośno o Kubie Błaszczykowskim, dlaczego pojawiły się wspomniane artykuły, choć kariera Błaszczykowskiego miała znacznie lepsze momenty. Oczywiście odpowiedź jest znana tym, którzy śledzą choć trochę naszą polską piłkę kopaną i wiedzą o olbrzymich problemach finansowych Wisły Kraków, które groziły zniknięciem tego zasłużonego klubu z mapy polskiej ekstraklasy. I tutaj po raz kolejny pokazało się wielkie człowieczeństwo Kuby Błaszczykowskiego, który z tym klubem zdobywał swoje pierwsze tytuły i to jest powodem medialnego powrotu byłego kapitana reprezentacji. Oddajmy raz jeszcze głos Michałowi Okońskiemu: „Dzień zapowiadany jako historyczny, jak to często bywa, historyczny się nie okazał. Na stadionie Górnika Zabrze panował przejmujący ziąb, wychodzących na rozgrzewkę piłkarzy Wisły Kraków witały gwizdy, później zaś drużyna gospodarzy grała szybciej i bardziej pomysłowo, a gdy zdobyła drugą bramkę, było jasne, że rywale już się w tym meczu nie podniosą. Ten, na którego przybysze z Krakowa liczyli najbardziej, oczywiście nie zawiódł, bo nie zawodził chyba nigdy. Zagrał pełne 90 minut, co po raz ostatni w meczu ligowym przydarzyło mu się półtora roku temu, ale w pojedynkę odmienić losów spotkania nie był w stanie. Cudu w Zabrzu nie doczekaliśmy, cuda zresztą w futbolu zdarzają się rzadko”.
Rzeczywiście cudu podczas meczu nie było, ale w kategoriach cudu można rozważać to, że Błaszczykowski nie tylko wrócił do swojego dawnego klubu za darmo, ale zgodził się grać za symboliczne stypendium, które i tak przekaże na zakup biletów dla dzieci z Domów Dziecka, a oprócz tego pożyczy klubowi ponad milion euro (jak pisze włoska gazeta) po tym, jak już wyłożył ponad 300 tysięcy... Rzadko spotykany gest wdzięczności i miłości do klubu, który dał mu szansę wybić się na europejskie piłkarskie salony. I to jest właśnie cały Kuba, a takie jego słowa przytacza na koniec włoski dziennikarz: „Zawsze mówię młodym: najważniejsze jest, aby się nigdy nie poddawać, nie popadać w zwątpienie. Jeśli masz talent, pasje, marzenia musisz je kultywować aż do końca. Matka mi to zawsze powtarzała. Moim córkom będę zawsze mówił ile moja mama zrobiła dla naszej rodziny. Nie byliśmy bogaci, ale ona zawsze wierzyła we mnie, była pewna, że mi się uda. I jestem pewien, że tam z Nieba, ona cały czas na mnie patrzy i prowadzi mnie w najtrudniejszych momentach”.

ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!