TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Sierpnia 2019, 17:02
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Konkwistador Rocky zdobywa Olimp

Konkwistador Rocky zdobywa Olimp


Akcja filmu „Rocky” z 1976 roku jest precyzyjnie umieszczona w czasie, miejscu i ostentacyjnie osadzona w kontekście historycznym, ale mimo tego „Rocky” beztrosko został zaszufladkowany w kategorii „sport” plus wątek miłosny.

A że większość filmów ma wątek miłosny, to mówi się i pisze o nim prawie wyłącznie, jak o filmie sportowym. Jakby nie miało żadnego znaczenia, że napędzający intrygę pojedynek bokserski organizowany był z okazji zbliżającej się 200. rocznicy ogłoszenia Deklaracji Niepodległości w Filadelfii. Poza wątkiem hiszpańskim, który jakoś uchodzi uwadze recenzentów, może nas zainteresować, jak robi się filmy na specjalną okazję, bo obchodziliśmy 100-lecie odzyskania niepodległości. Aby usprawiedliwić krytyków i rozbroić krytykantów, uznajmy, że prosta historyjka zakochanego boksera sama w sobie ma tak nokautującą siłę oddziaływania, że uczuciowa mgła odebrała recenzentom ostrość widzenia razem z erudycją i elokwencją tak skutecznie, że w pierwszej chwili nie potrafili powiedzieć nic więcej niż to, że wraz z premierą narodziła się nowa gwiazda - Sylwester Stallone i że „Rocky” był murowanym kandydatem do Oscara. To samo mógł napisać każdy przeciętny widz, a nie napisał, bo zachwyt wyraził w bardziej stosowny dla swojej kondycji sposób. Nie zdarza się, żeby zwykłe seanse w zwykłych kinach dla zwykłej publiczności kończyły się owacjami na stojąco. Fenomen doceniony nie tylko przez publiczność, ale również przez Akademię Filmową - trzy Oscary i siedem nominacji.

Walka i miłość

Od premiery minęło kilkadziesiąt lat, film zalicza się do wzorcowych dzieł kinematografii amerykańskiej. Dał początek serii przygód boksera Rockyego. Powstał nawet francuski dokument „Rocky - tajna broń Reagana” o kontekstach politycznych, w jakich weszła na ekrany czwarta część, o wiele słabsza od pierwszej. To tylko przykłady ukazujące, jaką pozycję Rocky zajmuje w popkulturze i jaki wpływ wywierał na publiczność całego świata. Brak głębszego wytłumaczenia tej wyjątkowości wywołuje niedosyt. Cóż to za informacja, że wytwórnia Metro Goldwyn Mayer zdecydowała się na realizację, bo miała akurat wolny milion dolarów. W warunkach hollywoodzkich była to produkcja niskobudżetowa, a przyniosła ćwierć miliarda zysku. 1:250 - niezła przebitka. Taka informacja mogłyby wzbudzić zainteresowanie jednego z dwóch protagonistów. Mistrz świata Apollo Creed miał dar biznesowy, talent showmana i imponujący zmysł marketingowy - jakże zwodnicze okazały się to przymioty, widoczne się stało w trakcie walki. Nie będziemy jednak zajmować się tutaj marketingiem, sprawdźmy raczej, co mówią fachowcy dbający o to, aby fabryki snów wypuszczały coś lepszego niż schematyczne opowiastki. Kto jak kto, ale artyści powinni być zainteresowani detalami, z jakich zbudowane są dzieła, które podrywają drzemiącą publiczność z foteli do entuzjastycznego wiwatowania. „Rocky” jest szczegółowo omawiany na zajęciach ze scenariopisarstwa. Obiecująco dla nas zaczyna się artykuł pod tytułem „Business of Screenwriting: ‘Rocky’ The Perfect Movie”. Pani Michelle Wallerstein mówi: „Jeśli chcesz zostać scenarzystą, musisz studiować historię”. Nieźle, ale niestety zaraz precyzuje, o jaką historię jej chodzi: „Mam na myśli historię filmu”. Jednak nie posłuchamy tej specjalistki o biznesu scenariuszowego i opowiemy, co nieco o historii, a przy okazji o drobiazgach, które sprawiają, że prosta powiastka o zalotach i mordobiciu jest arcydziełem. Być może zrobimy to trochę na wyrost i popełnimy grzech nadinterpretacji, ale nawet jeśli tak się stanie, to parę ciekawy wydarzeń i postaci zostanie przypomnianych. A to jest zysk sam w sobie.
Najpierw, gdyby ktoś zapomniał, przypomnijmy z grubsza, co tam się działo. Przeciętny bokser Rocky (...) sam czuje, że wielkiej kariery już nie zrobi. Nie ma szans niczego zwojować na zawodowym ringu, wie to on i co gorsza wie to trener, który odbiera mu szafkę w klubie i oddaje ją lepiej rokującemu zawodnikowi. Wszystko się zmienia, gdy Rocky nieprawdopodobnym wprost zrządzeniem losu dostaje szansę walki o… mistrzostwo świata. Przegra, ale dzięki heroicznemu męstwu zyskuje sympatię widowni i miłość wybranki serca. 
(...) Historia miłosna jest (...) prostolinijna. Rocky stara się zwrócić uwagę zahukanej siostry swojego kumpla. Próbuje rozbawić ją drętwymi dowcipami, co wygląda na autoironiczny wtręt scenarzysty. W końcu uda mu się wyciągnąć ją na randkę, a nawet zbałamucić w obskurnej kawalerce. Dziewczyna towarzysko nie ma zbyt wielkiego wyboru, źli ludzie uważają ją za przygłupią. Jest to oczywiście nieprawda. Miłość będzie prawdziwa i wielka. Panna Adrian wyzna swe uczucie na ringu, gdzie oboje świata poza sobą nie będą widzieli. Rocky chyba w ogóle mało mógł zobaczyć przez opuchliznę, bo Apollo w ringu nie próżnował. To miłosne wyznanie na koniec filmu jest naprawdę wzruszające. Niejednemu panu łza w oku może się zakręcić. I niejeden scenarzysta umiera z zazdrości przez tak lakoniczny, mocny i bezpretensjonalny finał. Równie prawdopodobne życiowo, co cała historyjka, a jednak jedynie słuszne i najprawdziwszy z możliwych.
Wspomnieliśmy o plakatowym portrecie Marciano - to nic nie znaczący szczegół, gdy weźmie się pod uwagę inne i dużo istotniejsze wskazówki interpretacyjne. Gdyby scenografię układał Apollo Creed - utalentowany bokser i specjalista od tanich efektów pod publiczkę, to pewnie na takim rekwizycie by poprzestał. Ale jest kilka innych, które nie przyszłyby mu do głowy i których zdają się nie dostrzegać krytycy i nauczyciele sztuki filmowej.

Nazwisko Balboa

Gdy tylko lew MGM zakończył swój głośny ryk, gdy zniknęło połyskujące logo United Artists i przedefilowały ogromne litery tytułu ROCKY, na czarnym ekranie bez żadnych ceregieli pojawił się napis: 25 listopada 1975, Filadelfia. Dla ówczesnej widowni data mogła być sygnałem, że w filmie już niedługo będzie Święto Dziękczynienia. Nim widz policzy na palcach, czy rzeczywiście dobrze kojarzy, otrzyma potwierdzenie: oto na ekranie ukazuje się ogromny portret Jezusa Chrystusa z Eucharystią. A wiemy, że greckie słowo „Eucharystia” oznacza dziękczynienie. Ale nie mamy czasu rozważać, czyśmy na pewno weszli na właściwy seans, ani nawet porozmyślać spokojnie, za co winniśmy wdzięczność Panu Bogu, bo okazuje się, że podobizna Chrystusa wisi w sali, w której okłada się po pysku dwóch osiłków, a niezbyt sympatyczna publiczność szczuje ich na siebie pokrzykiwaniami jakże odległymi od kulturalnego dopingu. Dość konfundujący początek. Zdziwienie pogłębia skromnie wiszący za ringiem baner, na którym ktoś nasmarował „Resurrection AC”, co chyba można przetłumaczyć tak: „Klub Sportowy Zmartwychwstanie”. Jak na sportowy melodramat dość nieoczekiwane początek i niepokojąca rozpiętość tematyczna.
Jesteśmy w Ameryce połowy lat 70. XX wieku. To nie był szczęśliwy kraj. Amerykanie właśnie przegrali wojnę w Wietnamie, afera Watergate podważyła zaufanie do systemu politycznego. Związek Radziecki jest u szczytu potęgi. Ugodowa polityka Forda nie przynosi rezultatów. Szaleje kryzys wywołany przez embargo, jakie na USA nałożyły arabskie kraje zrzeszone w OPEC. Dziś trudno wyobrazić sobie takie upokorzenie Ameryki. Ceny skoczyły, produkcja spadła, wzrosło bezrobocie i przestępczość. Indyk pieczony na Święto Dziękczynienia nie mógł smakować tak, jak dekadę wcześniej. Ten rekwizyt występuje w filmie, ale zamiast być detalem w budowaniu miłej rodzinnej scenki jest narzędziem w okropnej kłótni. Nie jest nudno, a jednak jest beznadziejnie.
Nawet mistrz świata Apollo Creed ma powody do zmartwienia. Oto przeciwnik zakontraktowany na bokserski szlagier - walkę z okazji 200-lecia niepodległości - nagle się wycofuje, być może ze strachu i tylko pod pretekstem kontuzji. Apollo Creed, jak już wspomnieliśmy, ma niezwykłą smykałkę do tworzenia dochodowych widowisk. Wpada na genialny pomysł. W takich czasach ludzie potrzebują nadziei, wiary w to, że Ameryka jest naprawdę krajem, w którym każdy ma szansę, dlatego on, wielki Apollo Creed, da szansę nikomu nieznanemu bokserowi i zaprosi go do walki o mistrzostwo świata. Bajka. Na takie widowisko ludzie kupią bilety, a Apollo będzie chodził w glorii i chwale jak bóg i dobroczyńcy ludzkości w jednym. Przeciwnika dobiera po pseudonimie, jakby szukał kogoś do obsadzenia w roli komiksowej postaci. Wybór pada na Włoskiego Ogiera. Jak już wiemy, tym Włoskim Ogierem jest nasz Rocky Balboa. Po raz kolejny ujawnia się ironiczny dystans scenarzysty, bo przecież widzimy, że w podrywaniu to Rocky ma sukcesów nie więcej niż na ringu. Jednak znów pojawia się historyczne uzasadnienie, tyle że właśnie takie powierzchowne. Włoska narodowość pasuje, bo Amerykę odkrył Krzysztof Kolumb (ależ ten Creed jest wykształcony), który Włochem był i basta. Plan jest super, lepszego nawet najlepsza agencja organizująca walki by nie wymyśliła. Czujemy w tym fałsz, merkantylną fikcję, a można nawet złość i to jest jeden z powodów, dla których widzowie pragną, aby Rockyemu się udało. Zaraz, zaraz, ale dlaczego Włoch? Rocky ma przecież hiszpańskie nazwisko Balboa.

 Juliusz Wnorowski

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!