TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 16 Czerwca 2019, 14:42
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Kamienie na szaniec w Norwegii

Kamienie na szaniec w Norwegii

Kamieniami na szaniec w Norwegii byli Polacy z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, zastygli od niemieckich kul w fiordach Narwiku.

Nie byli nimi - w sensie użytym przez Aleksandra Kamińskiego w popularnej lekturze - zmasakrowani na Utoyi młodzi ludzie. Nie znaleźli się przecież na wyspie pod Oslo z gotowością, jeśli będzie trzeba, oddania życia za Ojczyznę. Kamieniami na szaniec w Norwegii byli Podhalańczycy, zastygli od niemieckich kul w fiordach Narwiku.
W rozdziale XVIII powieści (pierwszej i jedynej) Ksawerego Pruszyńskiego (1907-1950) „Droga wiodła przez Narvik” pojawia się motyw kamieni z wiersza Juliusza Słowackiego „Testament mój”. Przedstawieni w niej Podhalańczycy, przerzuceni późną wiosną (maj) 1940 roku z Francji do Norwegii, postrzegają swój wysiłek, ofiarę krwi własną i kolegów w kategoriach powszechnie znanych za sprawą zbeletryzowanych losów Tadeusza Zawadzkiego, Jana Bytnara i Aleksego Dawidowskiego:
„– Jesteśmy (...) jak te martwe kamienie. Naprawdę kamienie. Jakże to jest (...) w Słowackim: „Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”...? (...)
– Jak te kamienie na szaniec?
– Właśnie, jak te kamienie. Nie. Nie jesteśmy pierwszymi kamieniami polskimi, jakie na ten szaniec padają rzucane naprawdę przez Boga. To kamieniami parobczaki polskie obalały gdzieś pod Krzeszowicami motocyklistów niemieckich (...). Biedne, polskie kamienie. Ci, co w kraju giną, spiskują (...) to też takie kamienie, które Bóg polskich przeznaczeń na szaniec dziejowy ciska (...). Każdy z nas (...) musi chcieć być, gdy jego czas przyjdzie, kamieniem rzuconym na szaniec.”
Podkomendni generała Zygmunta Szyszko-Bohusza w istocie mieli powody identyfikować się z elementami fortyfikacji ujętymi w „Testamencie...” - pod Narwikiem toczyły się walki zażarte i krwawe:
„Kpt. Moreń (...) został zabity serią z pistoletu maszynowego z odległości kilku kroków. W następnej jednak chwili Niemiec ów został zabity ze zwykłego pistoletu przez adiutanta batalionu. (...) Szef kompanii karabinów maszynowych II batalionu - starszy sierżant - otoczony przez Niemców, sam jeden bronił się przez kilkanaście godzin, siedząc w szczelinie skalnej, aż został odbity przez żołnierzy z IV batalionu” (ze wspomnień mjr. Arnolda Jaskowskiego).
Nie idzie tu jednak o rekonstrukcję bitwy, o szukanie historii w kreacji epickiej, tylko o wskazanie, że to Ksawery Pruszyński, a nie - jak większość uważa - Aleksander Kamiński - wprowadził do literatury wojny i okupacji słynny motyw z wiersza Słowackiego.
Podszyta reportażem powieść Pruszyńskiego, osnuta na kanwie walk Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich (a ściślej 12. drużyny 2. kompanii II batalionu tej formacji) o Narwik, po raz pierwszy została wydana w kwietniu 1941 roku (Londyn), a zatem dwa lata wcześniej niż kultowe „Kamienie na szaniec” Kamińskiego, które miały I edycję w roku 1943 (nakład Komisji Propagandy BIP AK). Jest więc oczywiste, któremu z pisarzy należy przyznać palmę pierwszeństwa. Pojawia się jednak pytanie, czy „Kamyk”, który używa cytatu w takim sensie jak Pruszyński, zapożyczył się od uczestnika walk pod Narwikiem? Czy znał jego beletryzowaną relację? Podajemy ten trop detektywom literatury.
Zasługi Kamińskiego, nawet jeśli udowodnimy mu wtórność, zależność od Pruszyńskiego, są niepodważalne. To właśnie ten pierwszy rozpropagował, wprowadził w powszechną świadomość, jako klucz do interpretowania ofiary pokolenia Kolumbów, motyw z wiersza Słowackiego: „A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei, / Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”. Pruszyński nie miał takiej siły przebicia z kilku względów. Po pierwsze, jego książka ogłoszona w Anglii w nikłym stopniu mogła przenikać do zajętego przez Niemców kraju. Po drugie: „Droga wiodła przez Narvik”, wymierzona przeciwko rzekomym sprawcom klęski wrześniowej (sanacyjny rząd), szybko zraziła do siebie opinię publiczną. Po trzecie, motyw kamieni na szaniec metaforycznie utonął w rozbudowanym świecie przedstawionym utworu (nie tak doszczętnie jednak, by nie potrafiła go wyłowić wnikliwa badaczka Maria Danilewicz-Zielińska w „Szkicach o literaturze emigracyjnej”), z woli pisarza nie stał się punktem centralnym fabuły.
Juliusz Słowacki był ulubionym poetą Piłsudskiego, co nie pozostawało bez wpływu na dobór lektur i autorów w międzywojennym szkolnictwie. Zatem ani Kamiński, ani Pruszyński nie odkryli „Testamentu...”, nie wmówili jego przesłania rodakom. Uczniowie dwudziestolecia wychowywali się (w sukurs szkole przychodziło harcerstwo) na tekstach syna Salomei, przyjmowali za swój lansowany przez niego model niełatwego, heroicznego patriotyzmu. Taka była potrzeba czasu, konieczność dziejowa obywateli „bękarta traktatu wersalskiego”, że esencję miłości do Ojczyzny czerpano z reliktów romantyzmu.
Dzisiejsza młodzież nie zna twórczości Pruszyńskiego, „Droga wiodła przez Narvik” nie ma szans wywrzeć na nią żadnego wpływu; czyta za to w gimnazjum opowieść Kamińskiego „o Alku, Rudym, Zośce i kilku innych cudownych ludziach, o niezapomnianych czasach 1939–1943 roku, o czasach bohaterstwa i grozy. (...) o ludziach, którzy w tych niesamowitych latach potrafili żyć pełnią życia”; niewielką książeczkę o młodości ocembrowanej śmiercią niezgodną z naturą, rozpętaną przez „łobuzów od historii”, jak rzecz ujął w „Panu od przyrody” Zbigniew Herbert. Czy współcześni czytelnicy Kamińskiego w sytuacji próby (zagrożenia państwowości, kolejnej okupacji) byliby zdolni złożyć ofiarę ze swojego życia w pokorze kamieni ciskanych na szaniec?

Tekst Mariusz Solecki
ziemiams@wp.pl

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!