Jurata powstała z zachwytu
foto: Prezydent Ignacy Mościcki i Wojciech Kossak (na górze z lewej) w Juracie
- Jurata powstała z zachwytu – pisze Anna Tomiak w książce „Jurata”. Prawie 100 lat temu, zauroczeni polskim nareszcie (!) morzem i pięknem jego wybrzeża, nasi dziadkowie zamarzyli o kurorcie z prawdziwego zdarzenia. Takim jak z amerykańskiego filmu – nowoczesnym i pełnym splendoru. Zbudowanym po nowatorsku, dla elit, symbolizującym otwarcie odrodzonej Polski na świat.
- Uznali, że Półwysep Helski, malowniczy skrawek lądu z szerokimi piaszczystymi plażami, z jednej strony otoczony wodami Bałtyku, a z drugiej Zatoką Pucką, to idealna lokalizacja – pisze dalej Anna Tomiak. – Wybrali jego dziewiczy fragment, obszar 150 zalesionych hektarów między miejscowością Hel a Jastarnią, które wydzierżawili od państwa. Półwysep nazywano wówczas Helską Kosą, a nawet Gęsią Szyją. Z powodu jego niezwykłego kształtu określano go także mianem Krowiego Języka lub Krowiego Ogona. U swej nasady, czyli w okolicy dzisiejszego Władysławowa (100 lat temu Wielkiej Wsi) jest najwęższy, bo liczący od 200 do 500 metrów. W pobliżu – również dzisiejszego już miasta – Hel, jego szerokość skokowo wzrasta do blisko trzech kilometrów. Kaszubi nazywali Hel Międzymorzem, bo oddziela Zatokę Pucką (tzw. Małe Morze) od otwartego Bałtyku (czyli Dużego Morza). To oni byli od wieków gospodarzami tego terenu, stworzyli na nim maleńkie osady z sieciarniami, wędzarniami i wąskimi uliczkami, koniecznymi do transportu ryb – czytamy na stronach „Juraty”.
Półwysep Helski zaraz po powrocie do granic Polski, tj. w roku 1920 stał się ważnym punktem na mapie, również z powodów strategicznych i militarnych. Już w lipcu tamtego roku zapadła decyzja o wojskowej linii kolejowej Puck-Hel, która powstała w ciągu dwóch lat. Równie szybko uruchomiono na Helu linię telegraficzną, a następnie rozpoczęto budowę fortyfikacji i portu wojennego w Helu. Dziesięć lat później Hel i Warszawę połączyły dalekobieżne pociągi, zatrzymujące się również na stacji Jurata! Dotychczasowe życie helskich Kaszubów całkowicie przewróciło się do góry nogami.
Konkurs
Perłą Helu miała być miejscowość usytuowana w najbardziej korzystnym miejscu, czyli takim, w którym panował łagodny, zdrowy mikroklimat o wysokim stężeniu jodu i gdzie był bezpośredni dostęp do smacznej wody pitnej, pochodzącej z lokalnych głębokich wierceń. (W Jastarni sprowadzono wodę pitną aż z Gdyni lub z Pucka, gdyż miejscowa nie nadawała się do spożycia.) Jak czytamy w „Juracie” ojcowie założyciele postanowili, że właśnie tam wzniosą od zera „miejscowość kurortowo-sanatoryjną”, nieszablonową, idącą z duchem czasu, śmiało konkurującą z dziewiętnastowiecznym Sopotem. Świeżą i piękną. I jak podkreśla autorka publikacji, mieli oni na szczęście nie tylko romantyczne dusze, ale i głowy biznesmenów. W 1923 roku jako spółka Lasmet podpisali umowę dzierżawy z Lasami Państwowymi, a już pięć lat później ogłosili wielkie otwarcie swojego ziszczonego, nadmorskiego snu. Nim jednak ich marzenia stały się ciałem, ogłosili ogólnopolski konkurs na nazwę dla helskiego kurortu. Z ogromu nadesłanych propozycji wybrali Juratę. Dlaczego właśnie ją?
Królowa Bałtyku
Dawno, dawno temu, w niedostępnych głębinach morza, we wspaniałym pałacu z bursztynu mieszkała Jurata, Królowa Bałtyku. Była piękna, dobra i sprawiedliwa. Rządziła z mądrością i miłością, dbając o najmniejsze nawet morskie żyjątka. Więc gdy pewnego dnia dotarła do niej wieść, że jakiś młody rybak zarzuca w morze sieci i łowi poddane jej ryby, wybuchła wielkim gniewem i osobiście postanowiła się z nim rozprawić. Jednakże gdy tych dwoje stanęło naprzeciw siebie i spojrzało sobie w oczy, ich serca natychmiast zapłonęły wielkim wzajemnym uczuciem. Rybak i Jurata spotykali się odtąd co wieczór, ale ich szczęście nie trwało długo. Kiedy władca mórz, Perkun, dowiedział się o tym, że Jurata zakochała się w człowieku postanowił ją ukarać. Pewnej nocy cisnął gromem w jej bursztynowy pałac. Runęły z hukiem złociste ściany, grzebiąc dobrą królową. Zemsta Perkuna dosięgła również rybaka: wzburzone fale morskie roztrzaskały jego łódź, a jego samego wir wciągnął na samo dno. Od tamtego czasu ilekroć na Bałtyku rozszaleje się sztorm, wicher przynosi z głębin szczątki pałacu pięknej Juraty, czyli odłamki bursztynu.
Piękna legenda, prawda? I choć swe korzenie ma na Litwie i powstała prawdopodobnie dopiero w XIX wieku, Polakom zawsze będzie kojarzyła się bardzo polsko. Tak samo polsko jak Gniezno albo Gdynia. Legendarna Jurata była ponoć rzeczywiście postacią z prastarych słowiańskich podań, dodajmy jeszcze, że z tej ich grupy, które tworzyli Słowianie mieszkający nad Bałtykiem. Oczywiście Litwini, którzy stworzyli ww. legendę o Juracie, do Słowian się nie zaliczają, ale jako tzw. Bałtowie, są ze Słowianami blisko spokrewnieni. Inne wersje legendy mówią, że Jurata była syreną, są i takie według których była także boginią.
Sławni w juracie
A któż to nie wypoczywał w Juracie! Prezydent Ignacy Mościcki, minister spraw zagranicznych Józef Beck, generałowie Władysław Sikorski i Kazimierz Sosnkowski, marszałek Edward Rydz-Śmigły, gwiazdy przedwojennego kina jak choćby Jadwiga Smosarska czy Eugeniusz Bodo czy lekkoatletka Halina Konopacka – Matuszewska, mistrzyni świata w rzucie dyskiem.
Na kupno letniskowego domu w Juracie stać było nielicznych, bo ceny zaczynały się od 18 tysięcy złotych. Warto wspomnieć w tym miejscu, że ówcześni deweloperzy obmyślili sprytny sposób pozyskiwania klientów-vipów. Przedstawicielom rozmaitych grup elit – jednak niekoniecznie na tyle zamożnym, by byli w stanie kupić dom w Juracie za gotówkę i jednorazowej transzy - oferowali korzystne kredyty. W ten sposób domek na Helu zakupił Wojciech Kossak, który już od pewnego czasu borykał się z problemami finansowymi. Był on jednak postacią tak ikoniczną, że deweloperzy dwoili się i troili, by pozyskać go jako swojego kontrahenta i oczywiście jeszcze na nim zarobić. Słynne postacie życia kulturalnego i artystycznego zapełniały więc Juratę, przyciągając za sobą nowobogackich, którzy uwielbiali snobować się na wakacje w kurorcie gwiazd i elit. Wojciech Kossak zakochany był w swoim jurackim domu, tak samo jak i jego żona oraz wybitnie uzdolnione córki: Magdalena Samozwaniec i Maria Pawlikowska – Jasnorzewska. Dom był oczkiem w głowie całej rodziny – zapisała Magdalena w „Marii i Magdalenie” – i każdy starał się go czymś udekorować. Mamidło ozdabiało go pnącymi różami, Tatko sobą. Lilka, urodzony dekorator wnętrz, wieszała u okien kretonowe firanki w kwiaty i z tego samego kretonu kazała szyć pokrowce na trzcinowe meble i tapczany. Stawiała gliniane garnki z kwiatami. Kossak, choć miał w Juracie piękną pracownię z przeszklonym dachem, praktycznie nie widywał morza, bo ciągle pracował. I w dodatku malował stale to, czego malować w ogóle nie chciał, czyli głównie portrety, które zamawiali u niego bywalcy Juraty. Artysta pogrążony był w kryzysie finansowym, więc zmuszony był do takiego wysiłku. Miał długi, weksle do wykupienia, no i koszty codziennego życia. Jednak prócz „niechcianych” przez Kossaka obrazów, w Juracie powstało co najmniej kilka obrazów marynistycznych w tym „Zaślubiny Polski z morzem” i „Na straży polskiego morza”. Dworzec w Juracie stał się scenerią ostatniego spotkania Magdaleny Samozwaniec z Marią Pawlikowską – Jasnorzewską. Kończył się sierpień 1939 roku. Magdalena spakowała się i postanowiła wracać do domu twierdząc, że za chwilę wybuchnie wojna i należy bezzwłocznie przerwać wakacje. Maria ironizowała z jej obaw, ale odprowadziła ją na pociąg.
Aleksandra Polewska-Wianecka
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!