TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 11 Lipca 2026, 15:51
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Ja pójdę górą a ty doliną | dzień 6

Ja pójdę górą a ty doliną | dzień 6

To już szósty dzień, w sumie 154 kilometry, czyli już z góry, choć jest i pod górę. A w tle natura, kultura i architektura.

Muszę wam wyznać, że ciężko mi się pomieścić na tych łamach z refleksjami, które budzą się we mnie podczas tej wspaniałej wędrówki. Być może będzie musiała powstać książka, żeby się wszystkim podzielić? Kto wie ;) Bo teraz mam wam pisać o szóstym dniu wędrówki, a tyle jeszcze mi się kłębi wczorajszych myśli. Może choćby je wspomnę? 

Natura i kultura

Pierwsza dotyczy pewnej góry: Monte Terminillo. Właściwie cały dzień wczorajszy, a także i dzisiaj, widziałem jej ośnieżony szczyt na horyzoncie. Nigdy na niej nie byłem (kolejna rzecz do zaliczenia) i pewnie się zastanawiacie, czemu mnie tak kręci. Otóż w latach 1998 -2006 podczas mojego pobytu w Italii byłem proboszczem parafii w Latinie, a mój kościół i plebania znajdowały się przy ulicy Monte Terminillo. Teraz już rozumiecie, prawda? Tyle wydarzeń, tyle pięknych przyjaźni, tyle wzruszeń i niezapomnianych chwil jest związanych z tą nazwą, że widząc tę górę przed sobą z trudem mogę myśleć o teraźniejszości, bo intensywnie przeżyta przeszłość wypełnia każdy zakątek serca i umysłu.

Druga zaległa refleksja dotyczy pewnego kompozytora i pieśniarza, który urodził się w Poggio Bustone skąd dzisiaj wyruszam. Lucio Battisti, bo o nim mowa, przeżył zaledwie 55 lat i zmarł w 1998 r., kiedy ja właśnie zamieszkałem w Italii. Nigdy nie sądziłem, że moje polskie fascynacje poezją śpiewaną, Stachurą, Starym Dobrym Małżeństwem, Wolną Grupą Bukowiną itd., będą mogły być choćby częściowo zastąpione czymś włoskim, ale Lucio Battisti dał radę. Niesamowity artysta, bardzo skromny, podczas nagrywania jednej ze swoich płyt zażądał, aby ścieżkę z jego głosem nagrać ciszej, aby ludzie bardziej się skupili na... słuchaniu i treści. Jeśli możecie posłuchać jego pieśni Emozioni, może zrozumiecie o co mi chodzi… Myślałem też o cudzie, który opisałem wcześniej, o dźwiękach niebiańskiej cytry, które Bóg zesłał Franciszkowi w Rieti, aby ulżyć mu w cierpieniach. O twórczości Lucio Battisti i wielu innych wykonawców można powiedzieć, że koi, uspokaja i odsyła ku Niepoznawalnemu.

O 7.40 opuszczam Poggio Bustone i jest po prostu zjawiskowo! Przez dłuższy czas maszeruję wzdłuż zboczy gór, a po lewej stronie mam pogrążoną we mgle Valle Santa di Rieti, czyli świętą dolinę Reatyńską. Świetne uczucie, kiedy sobie myślisz, że tam na dole wszyscy siedzą w tej mgle, a ty się cieszysz wschodzącym słońcem. Dzisiejszy szósty dzień wędrówki zapowiadał się ekscytująco, ponieważ w planie były dwa miejsca związane ze św. Franciszkiem, których nigdy wcześniej nie widziałem, a poza tym przekraczałem granicę regionów Lazio i Umbrii, wreszcie miejscowość docelowa była położona nad jeziorem. Przywykłem już też do myśli, że wędruję sam, więc spokojnie można sobie rozplanować wszystkie modlitwy, nawet jeśli dzisiaj rozpocząłem jeszcze przed Godzinkami piosenką SDM/Stachury „Opadły mgły i miasto ze snu się budzi”, choć mgły nie opadały. Ale ja byłem ponad nimi, więc who cares? Z intencji ciasno poukładanych w moim plecaczku dzisiaj szczególnie się wysunęło dwóch braci w kapłaństwie: Zbyszek – przyjaciel z czasów włoskich, kurialnych i po dziś dzień, a także Anthony – przez wiele lat punkt odniesienia w Nowym Jorku. Chłopaki mają dzisiaj urodziny. Więc za nich będzie modlitwa (dużo) i wieczorem lampka wina (jedna, maks dwie).

Natura i architektura

O 10.30, nie bez wysiłku, bo muszę się wspiąć na prawie 1200 m n.p.m., docieram do il Faggio di San Francesco, czyli buka św. Franciszka. Jaka historia jest związana z tym miejscem? Ano jesteśmy na szczycie wzniesienia i właśnie tutaj zaskoczyła św. Franciszka gwałtowna burza, a ponieważ nie było się gdzie schronić, rzeczony buk miał w cudowny sposób tak porozciągać swoje konary, że stworzył coś w rodzaju ochronnej wiaty. To trzeba po prostu zobaczyć: normalnie buk nie rozrasta się w taki sposób. A ten się rozrósł, żeby nam uzmysłowić, jak bardzo Bóg troszczy się o nas. Fajnie tam jest i cicho. Kilkadziesiąt metrów dalej na Jubileusz 2000 wybudowano mały kościółek na starych ruinach, no ale jest zamknięty. Nie szkodzi, przywykłem do modlitw pod wielkim dachem nieba, a z doświadczenia wiem, że Włosi mają piękne zabytkowe świątynie, natomiast te nowe z reguły niezbyt im się udają. 

Góra Monte Fausola, na której znajduje się słynny buk, to najwyższy punkt mojej dzisiejszej wędrówki, potem dalsza część trasy prowadzi łagodnie w dół aż nad jezioro i około 15.20 docieram do Piediluco. Kroki moje kieruję prosto do kościoła św. Franciszka, perełki gotyku, który zaczęto budować w 1298 r., a ukończono w 1338 r. Wchodzi się do niej po bardzo wysokich schodach, które są wzdłuż bocznej ściany kościoła wciśniętego między inne budowle. Dwa razy tego dnia nawiedzam to miejsce i zawsze jestem sam. A w ogóle położone nad jeziorem Piediluco jest piękne i nie dziwię się, że Franciszek bywał tu wielokrotnie. Sam przemierzam kilka razy piękną przybrzeżną promenadę. Oczywiście wiele historii tu się wydarzyło, w tym ta związana z rybką: nie była ona złota, ani nie spełniała trzech życzeń, ale – ofiarowana żywa św. Franciszkowi – wysłuchała jego kazania, po czym została pobłogosławiona i uwolniona. Nie wiem o czym było kazanie, ale gdybym to ja je mówił w tym miejscu, to bym powiedział o mgle. Tak jak myślałem dzisiaj rano o ludziach siedzących we mgle, którzy nawet sobie może nie wyobrażają, że wystarczy trochę wysiłku, żeby wyjść na górę i znaleźć się w słońcu, tak czasami całe życie żyjemy we mgle. Otumanieni. Naprawdę warto pójść troszkę pod gorę i zobaczyć, jakie wszystko jest piękne. No, ale potrzebny jest ten wysiłek. Wyjście ze strefy komfortu. Opuszczenie tych iCloudów i innych „otumaniaczy”. Naprawdę warto. 

ks. Andrzej Antoni Klimek
Film z drogi | dzień 6

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!