TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 09 Stycznia 2026, 02:23
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Gdy Stary Testament był zbiorem baśni...

Gdy Stary Testament był zbiorem baśni...

Ilustracja ukazująca pałac Sargona
Ilustracja ukazująca pałac Sargona

Dziś trudno nam wyobrazić sobie, że dziewiętnastowieczni uczeni śmiali się w głos na wzmiankę o tym, iż Babilon, Królestwo Saby czy Asyria mogłyby istnieć naprawdę. Ich śmiech przerwał nieoczekiwanie pewien znudzony francuski konsul, który od lat szukał bezskutecznie zawodowego powołania.

W epokach chrześcijańskiej pobożności wiarygodność Biblii jako źródła historycznego była nie tylko niepodważalna, ale i nietykalna. Każde jej zdanie było święte. Dopiero w czasach oświecenia zaczęto poddawać regularnej krytyce historyczną zasadność Pisma Świętego, a przede wszystkim Starego Testamentu, którego teksty zdawały się ocierać o czystą fantastykę. Dlaczego głównie historyczność Starego Testamentu była od czasów oświecenia zasadniczym celem ataków? Dlaczego wyraźnie oszczędzano Dzieje Apostolskie czy listy apostołów?

Musimy pamiętać, że Nowy Testament odnosił się już do tego okresu historii, który był nieporównywalnie lepiej udokumentowany źródłami piśmiennymi. Mało tego, większość zachowanych źródeł spisana została w językach greckim i łacińskim, a więc ich zrozumienie nie sprawiało poważniejszych trudności ani w czasach oświecenia, ani późniejszych. Prócz piśmiennictwa istniały także dowody w postaci artefaktów związanych z nowotestamentowymi wydarzeniami.

Należy również pamiętać, iż Nowy Testament odnosi się do jednego tylko i to nie całego stulecia. Stary zaś obejmuje ogromną przestrzeń czasową. Sięga początku dziejów ludzkości. Abraham, urodził się przecież w mieście Sumerów, uznawanych przez wielu za twórców najstarszej ziemskiej cywilizacji. A przecież Księga Rodzaju opisuje wydarzenia jeszcze starsze niż państwo Sumerów! W epoce Oświecenia, a także w XIX w., dowody istnienia zamierzchłych ludów, postaci i krain opisanych w Starym Testamencie, jak najbardziej istniały, tyle, że pod ziemią! Trzeba było by ktoś po prostu wbił w ziemię szpadel i choćby przez przypadek odkrył fragment tego intrygującego świata. Taki ktoś się pojawił. 

Kiepski konsul i natrętny Arab

W 1842 r. pewien francuski lekarz i kolekcjoner owadów został agentem konsularnym w mieście nad górnym Tygrysem. Codziennie o zachodzie słońca wyjeżdżał konno za miasto i przyglądał się dziwnym, zagadkowym wzgórzom, których w okolicy nie brakowało.

Paul Emil Botta – bo tak nazywał się bohater naszej opowieści – miał duszę awanturnika, więc praca konsula, choć prestiżowa, bardzo go nudziła. Znajomi mawiali o nim zresztą, że jest „wielkim uczonym, ale kiepskim konsulem”. Francuza szczerze pasjonowały tylko trzy rzeczy: kolekcjonowanie owadów i starożytnych przedmiotów oraz nauka języków martwych. Ta ostatnia pasja sprawiała, że niektórzy znajomi zaczęli uważać go za prawdziwego dziwaka.

Mieszkańcy Mosulu, miasta w którym pełnił funkcje konsularne, sprzedawali mu czasami pozostałości antycznych garnków, waz i tabliczek zapisanych pismem klinowym. Za nic jednak nie chcieli zdradzić, skąd je biorą. Botta wiedział tylko tyle, że je wykopują. Sam postanowił więc sięgnąć po szpadel i przez rok nic ciekawego nie wykopał. Gdy zniechęcony już zamierzał się poddać, zjawił się u niego pewien Arab i opowiedział mu o miejscu, który pył wieków zasypał prawdziwe skarby. Początkowo Botta nie wierzył Arabowi i oganiał się od niego niczym od namolnej muchy. I tylko po to, by pozbyć się natręta, wysłał małą ekspedycję na miejsce wskazane przez mieszkańca Chorosabadu. 

Moment, w którym zdecydował się posłuchać naprzykrzającego mu się Araba, uczynił jego nazwisko nieśmiertelnym w dziejach zarówno historii, jak i archeologii biblijnej. Niemal przy każdym wbiciu szpadla odkrywano coś nowego: posągi brodatych mężczyzn, uskrzydlonych zwierząt – postaci, o jakich nie słyszano ani w Europie, ani w Egipcie. Z każdym dniem wyłaniały się kolejne fragmenty imponujących murów. Zakochany w starożytnych opowieściach Francuz zaczął dochodzić do przekonania, że odkrył właśnie legendarną Niniwę – miasto, o którym mówił Stary Testament i które rzekomo, w rzeczywistości nigdy nie istniało. Tak przynajmniej twierdzili uczeni, zwłaszcza ci oświeceniowi.

Świat, który uchodził za baśniowy

W owym niefortunnym dla Botty roku, kiedy to bezowocnie przeszukiwał okolice Mosulu, trafił na wzgórze Nabi-Junus, gdzie odnalazł kilka zapisanych tabliczek i cylindrów. (I to był ten moment, dla którego warto było się uczyć języków martwych!) Zaintrygowany, chciał pozostać tam dłużej, jednak miejscowa ludność muzułmańska nie pozwoliła mu na to. Według muzułmanów bowiem wzgórze kryło grób Jonasza - Junus to po arabsku Jonasz – i pod żadnym pozorem nie mogło być naruszone. Być może to legenda o mogile Jonasza nasunęła Botcie myśl, iż wykopywane przez jego ekipę pozostałości asyryjskie tworzyły niegdyś słynna Niniwę? A może widok wielkich i wspaniałych sugerował, że tak niezwykłe mury mogły stanąć wyłącznie w mieście o najwyższej randze w kraju? Bo Botta całym sercem uwierzył, że odkrył słynną stolicę Asyrii i natychmiast postanowił ogłosić to światu. Natychmiast wysłał depesze do francuskiej prasy, a swe sprawozdania z wykopalisk w Chorosabadzie zatytułował „Monumenty Niniwy”.

Ostatecznie okazało się, że Botta się pomylił, bowiem Niniwę odnalazł nieco później brytyjski badacz Austin Henry Layard, jednak mimo tego, Botta otrzymał i tak swą nieśmiertelność w historii. Bo tak naprawdę odkrył coś większego niż Niniwa: odkrył świat, który dotąd uchodził za baśniowy. Natomiast to co brał za stolicę Asyrii, okazało się być ogromnym pałacem asyryjskiego króla Sargona, datowanym na VIII wiek przed naszą erą. W czasie wykopalisk pracownicy Botty obserwowali, jak stopniowo wyłaniają się spod usuwanej ziemi płaskorzeźby, napisy, olbrzymie skrzydlate zwierzęta. Pałac składał się z 209 komnat. Ściany królewskiej siedziby ozdobione były kunsztownie wykonanymi scenami z życia wielkiej cywilizacji.

Miejsce to przez całe lata dostarczało wspaniale zachowanych zabytków. Niestety wapienne skały, z których wykonane były niektóre reliefy, zamieniały się w pył wkrótce po wyciągnięciu ich na światło dzienne. Francuzi – dumni z odkrycia swego rodaka – posłali mu na pomoc artystę Eugène'a Flandina, który przenosił na papier każde odkrycie, dzięki czemu wiemy dziś przynajmniej jak wyglądały. Nie było przecież aparatów fotograficznych.

Botta jak Kopernik

Paul Emile Botta stał się dla historii tym, kim Mikołaj Kopernik dla astronomii. Dzięki jego badaniom diametralnie zmienił się pogląd na dzieje cywilizacji ludzkiej. Aż do czasów „kiepskiego konsula” – jak nazywali go znajomi – za kolebkę cywilizacji uznawano Egipt. Było to w ogromniej mierze spowodowane brakiem dostępu do starszych dokumentów pisanych.

Większość dostępnych w XIX w. źródeł starożytnych zdawała się potwierdzać ten pogląd. Jedynie Biblia stała – choć osamotniona i wyśmiewana – na straży poglądu, iż kolebką cywilizacji jest terytorium miedzy Eufratem a Tygrysem. Pierwszą informację na ten temat zawiera już Księga Rodzaju w dziesiątym i jedenastym wersecie dziesiątego rozdziału. W 1846 r., po czterech latach prac wykopaliskowych, czyli dokładnie 180 lat temu, wykopaliska dowodzone przez Bottę zostały zakończone. Kontynuowali je następnie Austin Henry Layard i Henry Rawlinson. 

Aleksandra Polewska – Wianecka

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!