TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 15 Października 2026, 00:44
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Warto żyć

Warto żyć 

Fulton Sheen nie dlatego jest błogosławiony, bo był gwiazdą radia, telewizji i znanym pisarzem, którego śledziły miliony wielbicieli, ale dlatego, że uważał siebie za sługę ludzi ze względu na Jezusa
i za gliniane naczynie, aby było jasne, że moc pochodzi od Boga, a nie od niego.

W 1969 r., co by nie mówili zwolennicy teorii spiskowych, pierwszy człowiek postawił swoją stopę na Księżycu, moim rodzicom urodził się drugi syn, czyli ja, a arcybiskup Fulton Sheen, zgodnie ze swoją prośbą, został przeniesiony na wcześniejszą emeryturę po zaledwie trzech latach przewodzenia diecezji Rochester. Co ciekawe, wielu twierdziło, że objęcie tej diecezji było swoistym „zesłaniem” Sheena, a on sam przyznał, że mimo rozlicznych wysiłków, jego posługa nie przyniosła sukcesów i spotkała się z istotnym sprzeciwem. Pewnie się zastanawiacie, co takiego natrafiło na opór wiernych i duchownych? No cóż, Fulton Sheen, jako aktywny uczestnik Soboru Watykańskiego II, próbował wprowadzać jego postanowienia, w tym reformę formacji kapłańskiej i zwiększenie zaangażowania świeckich… Sam stwierdził, że zakończyło się to porażką. WOW! To było 57 lat temu, a my dzisiaj nadal próbujemy robić to samo, ciągle z marnym efektem… Zaraz, zaraz, to w takim razie, dlaczego ten „karnie zesłany” i przegrany jako biskup kapłan właśnie został ogłoszony błogosławionym? I co mnie osobiście „poniosło” na drugi koniec świata, aby w tym akcie uczestniczyć? To właśnie spróbuję opowiedzieć w tym tekście, a i wspomniany Księżyc jeszcze powróci.

Nie będę Piotrem

Najpierw cofnijmy się do odległego roku 1895, kiedy Fulton, a tak naprawdę Piotr Jan (Peter John) przyszedł na świat jako drugie dziecko Newtona Sheena i Delii Fulton. Swoje imiona otrzymał po obu dziadkach. Choć sam Fulton o tym nie wspominał, miał też siostrę przyrodnią, córkę swojego ojca z pierwszego małżeństwa. Ta kwestia jest dość bolesna, ponieważ pierwsza żona Newtona, Ida była wyznania protestanckiego i taką wiarę przyjęła ich córka Eva Natalie. Po śmierci Idy Newton zapoznał Delię, która z kolei była bardzo głęboko wierzącą katoliczką i jej przyszły mąż absolutnie musiał przyjąć jej wiarę, co spowodowało zerwanie więzi z córką, która pozostała protestantką do końca życia i została wychowana przez brata Newtona Andrew Sheena. 

Mniej więcej w wieku pięciu lat mały Piotr Jan zaczął używać nazwiska panieńskiego matki jako swojego imienia, natomiast imię Jan przyjął również na bierzmowaniu. I tak pozostał już na zawsze Fultonem J. Sheenem, którego kilkadziesiąt lat później miał poznać cały świat. Wówczas jeszcze nic nie zapowiadało, że będzie księdzem, ba! Wręcz legendarna jest opowieść o jego szkolnej miłości z czasów gimnazjalnych do „szykownej Francuzki”, która później miała wstąpić do zakonu, jakkolwiek nie znamy jej imienia. Natomiast również już w czasach gimnazjalnych Fulton, który wcale nie był jakimś wyróżniającym się uczniem i uchodził za jedynie „nieco bardziej pobożnego” od kolegów, pod wpływem pewnej siostry zakonnej zaczął sygnować wszystkie swoje prace i zeszyty inicjałami JMJ od imion ziemskiej Trójcy  - Jezus Maryja Józef. Pozostało to jego znakiem do końca życia.

Celebrować Sheena, odkryć polskość

Napis JMJ pojawił się na ornatach, które wszyscy kapłani otrzymali przed uroczystą Mszą beatyfikacyjną w The Dome of America’s Center w Saint Louis 24 września 2026 r. Wraz z trzema innymi księżmi z naszej diecezji miałem to szczęście, aby przeżywać to wydarzenie w samym jego sercu. Tych kilka dni przekonało nas nie tylko o niezwykłym magnetyzmie bł. Fultona Sheena, który ciągle działa i jak wierzymy, po akcie beatyfikacji, będzie oddziaływał jeszcze bardziej, ale też o niezwykłym kredycie zaufania, jaki my, Polacy ciągle posiadamy nie dzięki naszym zasługom, ale dzięki św. Janowi Pawłowi II i św. Faustynie. Jest jakimś wielkim skandalem, że my sami to marnujemy…

Po przylocie do Saint Louis udaliśmy się najpierw do miejscowej Bazyliki katedralnej św. Louisa, czyli św. Ludwika, która ma największą powierzchnię ścian pokrytych mozaikami na półkuli zachodniej i bywa nazywana Rzymem Zachodu. Część z tych mozaik, i to najbardziej znacząca, jest autorstwa Polaka Jana Henryka Rosena. Tam spotykamy m.in. jednego z najbardziej znanych biskupów USA, niezwykle medialnego, niczym Fulton Sheen, Roberta Barrona, który słysząc, że jesteśmy księżmi z Polski wykrzykuje: „Oh! Holy Poland!” Skojarzenie z Holy Land, czyli Ziemią Świętą, absolutnie uprawnione. Opowiada, że był kilka razy w Polsce, oczywiście u św. Faustyny. 

Z kolei ks. Jonathan, kapłan z Ohio, który przyjechał na beatyfikację z grupą swoich parafian, proponuje nam byśmy pojechali z nimi autokarem do pobliskiego Sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej, na co chętnie przystajemy. Sanktuarium co prawda nie robi na nas jakiegoś wielkiego wrażenia, ale daje okazję do wytchnienia i modlitwy. Potem w rozmowie ks. Jonathan przyzna, że rzeczywiście budowla jest brzydka, ale w ten sposób „zobaczyliście to co piękne (Katedra św. Ludwika) i to co brzydkie”. Przyznaje też, że w USA „zapędzili się w kozi róg” budując wiele budowli sakralnych nie mających nic wspólnego z sacrum, ale zaznacza, że już się z tej błędnej drogi się nawracają. „Podobnie jak dzięki bł. Fultonowi, który był bardzo ortodoksyjny w treściach, może wreszcie też pozbieramy się z tego zamętu w Kościele”.

Nasza wycieczka z grupą ks. Jonathana owocuje jeszcze jednym niesamowitym spotkaniem. Kiedy już się z nimi żegnamy podchodzi do nas starszy człowiek.

 – Nie chciałem nic wcześniej mówić, ale kiedy usłyszałem, że jesteście z Polski, a ja mam dużo związków z Polakami, to muszę wam coś powiedzieć. Nazywam się Harrison Schmitt i jestem ostatnim człowiekiem, który postawił nogę na Księżycu i jeszcze żyje.

– Co? Jak to na Księżycu?

– Brałem udział jako geolog w ostatniej misji Apollo 17 w 1972 r. Po nas już nikt tam nie był… Może teraz znowu polecą. Cieszę się, że was poznałem – Harrisson uśmiecha się, a my nie wierzymy w to, co słyszymy. Na wszelki wypadek robimy sobie wspólne zdjęcie, a potem po krótkiej rozmowie i pożegnaniu się googlujemy szybko i… zgadza się! To jest ten gość, w przeszłości również republikański senator z Nowego Meksyku! Co za spotkanie! 

Święcenia i prywatne śluby

Wracamy do Fultona Sheena i jego życiowych wyborów i talentów, którymi go Bóg obdarzył. Biografowie odnotowują, że nie interesował się on szczególnie sportem, natomiast w ostatniej klasie gimnazjum otrzymał małą rolę w szkolnej sztuce. A i to ponoć tylko dlatego, jak utrzymują złośliwcy, że jego ojciec sponsorował przedstawienie. W każdym razie ewidentnie nie od razu uzewnętrzniła się jego medialna i sceniczna osobowość, która później przyniesie mu sławę, najpierw radiową, a potem telewizyjną. 

Wpierw jednak wstępuje do seminarium w St Paul (Minnesota) i rozpoczyna swoją formację do kapłaństwa, niektórzy twierdzą, że uciekał w ten sposób od życia na farmie i ciężkiej orki, do której ojciec go przyuczał, ale faktem jest, że żaden z synów Newtona nie pójdzie w ślady ojca, a Fulton już wkrótce zacznie przejawiać wielkie zainteresowanie teologią i filozofią. Z tych czasów pochodzą wspomnienia Fultona, który zanotował, że przed pewną debatą jego profesor nazwał go „najgorszym mówcą jakiego słyszał”. Ale też doradzał mu, co ma zmienić i rezultaty przeszły najśmielsze oczekiwania.  

Dlaczego chciałem być obecny na beatyfikacji Fultona Sheena? Przede wszystkim, kiedy po raz pierwszy trafiłem na jego książki przetłumaczone na język polski byłem zachwycony, jak pełne treści było każde jego zdanie, a jak mało tam było „lania wody”. Potem zrozumiałem, że większość tych tekstów była przygotowywana do wystąpień radiowych i telewizyjnych, a tam choćby chwila nudy powoduje przełączenie kanału. Dzisiaj wiem też, że na przygotowanie każdego 30-minutowego wystąpienia (nagrania) Fulton przeznaczał minimum 30 godzin, nigdy nie używał żadnych notatek, ale mówił wszystko „z głowy”. To wszystko czyniło z niego dla mnie wspaniały wzór kapłana znakomicie używającego mediów, ale to jeszcze nie to sprawiło, że zostałem totalnie wkręcony w tę postać. To nastąpiło kiedy odkryłem, że w dniu swoich święceń kapłańskich w 1919 r. Fulton złożył dwa prywatne śluby. W pierwszym zobowiązał się, aby w każdą sobotę odprawić Mszę ku czci Matki Bożej i prosić ją o ochronę swojego kapłaństwa. Drugi ślub dotyczył codziennej godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. I, co najważniejsze, jak napisał w autobiografii, obu tych ślubów dotrzymał do końca, mimo tak zaangażowanego życia, a odszedł do wieczności właśnie przed Najświętszym Sakramentem. 

Medialny ewangelizator i obrońca wiary

Po święceniach w katedrze NMP w Peorii Fulton kontynuował swoją edukację najpierw w The Catholic University of America w Waszyngtonie, potem w Louvain w Belgii, na paryskiej Sorbonie i wreszcie na Angelicum w Rzymie. Potem przez dziewięć miesięcy pracuje w parafii św. Patryka w Peorii, by w 1926 r. rozpocząć karierę profesorską w Waszyngtonie. W 1930 r. rozpocznie nadawać na falach radiowych The Catholic Hour, czyli „Katolicką Godzinę”. W 1950 r. zostaje mianowany dyrektorem działającego na rzecz misji Papieskiego Dzieła Rozkrzewiania Wiary, którym będzie kierował przez 16 lat i zbierze wówczas na rzecz misji ponad 200 milionów dolarów. W 1951 r. otrzymuje sakrę biskupią w Rzymie i zostaje posłany jako biskup pomocniczy do Nowego Jorku. Wtedy też przenosi swoją działalność ewangelizacyjną z radia do telewizji, gdzie prowadzi cykliczną audycję Life is Worth Living, czyli po prostu „Warto żyć” i dwa lata później otrzymuje nagrodę Emmy Award dla Najlepszej Osobowości Telewizyjnej, a dziesiątki milionów widzów oglądają go regularnie. 

Z całą pewnością niesamowitą osobowością medialną jest również kard. Luis Antonio G. Tagle, który z ramienia papieża Leona XIV przewodniczył Mszy beatyfikacyjnej w wielkiej hali The Dome w Saint Louis i szedł na końcu trwającej 45 minut procesji wejścia. Tak! 45 minut, bo w procesji szło prawie 2000 osób, z czego ponad 500 kleryków, a reszta diakoni, księża i biskupi. Mimo, że byliśmy w wielkiej hali, wnętrze zostało tak zaaranżowane, byśmy czuli się jak w katedrze w Peorii, gdzie Fulton Sheen przyjął Pierwszą Komunię św., bierzmowanie i święcenia kapłańskie i gdzie jest też obecnie jego grób. 

W tej „odtworzonej” Peorii kard. Tagle, który wydał nam się, mimo swojego zwyczajowego szerokiego uśmiechu, jakoś tak trochę „przygnieciony” (wieczorem dowiemy się od pewnej kobiety z Filipin, że kilka tygodni wcześniej kardynał stracił ojca i wtedy zrozumieliśmy, skąd to wrażanie), przeprowadził nas przez ten cudowny moment ogłoszenia Fultona Sheena błogosławionym, a potem w homilii godnej naszego bohatera, powiedział nam wszystkim, co to znaczy być błogosławionym, szczęśliwym, a nawet szczęściarzem, i dlaczego Fulton był nim z całą pewnością: „List apostolski papieża Leona, ogłaszający, że arcybiskup Fulton Sheen może odtąd być nazywany błogosławionym, opisuje arcybiskupa jako „niestrudzonego głosiciela Ewangelii za pośrednictwem nowoczesnych środków komunikacji oraz gorliwego pasterza ożywianego zapałem misyjnym”. 

No właśnie, jak on potrafił używać nowoczesnych środków komunikacji i jak to oddziaływało na ludzi, nawet świętych! Na przykład św. Jan Paweł II szlifował swoje kompetencje językowe w angielskim słuchając nagrań Sheena, a św Matka Teresa z Kalkuty w każdą swoją podróż zabierała jego książkę „Życie Chrystusa”. Tak wielu ludzi nawróciło się dzięki niemu na katolicyzm, choć on sam nie chciał się tym przechwalać. Kardynał Tagle przypomniał rozmowę, podczas której papież Pius XII zapytał biskupa Sheena, ile nawróceń może przypisać swojej działalności. Odpowiedział: „Naprawdę ich nie liczyłem, aby nie ulec pokusie uwierzenia, że były one moją zasługą”. Dodał, że uważał siebie „po prostu za odźwiernego, któremu czasem udaje się zaprowadzić ludzi do otwartych drzwi domu Bożego. Odniosłem pewien sukces jako odźwierny”. Kardynał wyjaśniał, że „jak wyraźnie mówi Ewangelia, Zmartwychwstały Pan wybiera i posyła swoich przyjaciół, aby głosili Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Błogosławiony jesteś, gdy sam Pan cię dostrzega, wybiera i posyła! Wybrać samego siebie i iść tam, dokąd samemu chce się iść, nie jest misją i nie jest błogosławieństwem. Błogosławiony jesteś, gdy głosisz wszystkim ludziom Dobrą Nowinę o Jezusie”.

Zawsze na misji

Fulton powiedział kiedyś, że został powołany, aby opowiadać Ewangelię (Kiedy otrzymał nagrodę Emmy w przemówieniu podziękował czterem pisarzom… Mateuszowi, Markowi, Łukaszowi i Janowi): „Nigdy nie męczy mnie jej opowiadanie. Nigdy nie męczy mnie doskonalenie sposobu, w jaki ją opowiadam. Kocham moje powołanie”. 

Zanim jeszcze rozpoczęła się Msza beatyfikacyjna można było odwiedzić targi i zapoznać się ze spuścizną Fultona Sheena, była też możliwość adoracji Najświętszego Sakramentu, była przestrzeń do sakramentu pokuty, a w głównej hali również uwielbienie, świadectwa i modlitwa różańcowa. Wszystko znakomicie przygotowane, Amerykanie, co tu ukrywać, mają rozmach! Kilka razy przechodziłem obok hali sakramentu pokuty i byłem pytany przez wolontariuszy, czy mogę pomóc w spowiedzi. Najpierw się wymówiłem, że chcę się pomodlić przed Najświętszym Sakramentem, potem jak już się pomodliłem, chciałem pójść na targi… Na szczęście widok olbrzymiej kolejki czekających na spowiedź mnie ostudził: „iść tam, dokąd samemu chcę iść, nie jest misją, nie jest błogosławieństwem”. Przez ponad godzinę spowiadałem i było to bardzo mocne doświadczenie, bo mogłem zrozumieć jak bardzo Fulton oddziałuje też na ludzi świeckich i jak bardzo ludzie szukają Boga. I jak są wyrozumiali dla mojego kiepskiego angielskiego i jak wdzięczni za sakrament. 

Kiedy skończyłem moją posługę w konfesjonale zatrzymałem się na chwilę przy stoisku, gdzie były pamiątki związane z Fultonem Sheenem. Właśnie miałem w dłoni Różaniec i pytałem o cenę. 100 dolarów! Trochę przesadzili – myślę. W tym momencie stojąca obok Amerykanka, Susan, pyta mnie: „Ojcze, skąd jesteś?” Kiedy odpowiadam, że z Polski i potwierdzam, że przyjechałem tu specjalnie na beatyfikację, Susan mówi do sprzedającego, żeby policzył wszystko co ona wybrała, plus cokolwiek sobie zażyczy ksiądz z Polski… Protestowałem, ale ostatecznie wziąłem ten Różaniec…

Z kolei w mocno opóźnionym samolocie powrotnym z Saint Louis do Nowego Jorku, kiedy chciałem trochę odpocząć, siedząca obok mnie kobieta, Loret, Amerykanka albańskiego pochodzenia, całą drogę kładła mi do głowy, że my, księża musimy więcej mówić o św. Faustynie, o Bożym Miłosierdziu, że nie możemy spowiadać tylko raz w tygodniu (to bardziej do księży w USA) i nie zdrzemnąłem się ani chwili. Ale, kocham moje powołanie, bo jak przypomniał kardynał Tagle: „błogosławiony jesteś, gdy — jak św. Paweł — uważasz siebie za sługę ludzi ze względu na Jezusa”.

Należeć do Chrystusa

Rozstaliśmy się z biografią Fultona, kiedy był biskupem pomocniczym Nowego Jorku. W 1966 r. został biskupem Rochester, o czym już wspomniałem, a trzy lata później składa przedwczesną rezygnację, uznając swoją porażkę. Papież Paweł VI nadaje mu tytuł arcybiskupa tytularnego Newport i dlatego dzisiaj możemy mówić o bł. Abpie Fultonem J. Sheenie. Umiera 10 lat później. 

Kardynał Timothy Dolan (też się z nim spotkaliśmy w restauracji, pytał nas, jak się ma kardynał Dziwisz) opowiada, że kiedyś jako seminarzysta był świadkiem, rozmowy Fultona Sheena z grupą ludzi w Rzymie. 

– Właśnie wracam z audiencji u papieża Pawła VI – mówił Sheen
– Co papież powiedział księdzu arcybiskupowi?  – zapytał go ktoś.
– Ojciec Święty spojrzał na mnie i powiedział „Fultonie Sheenie, będziesz zajmował poczesne miejsce w niebie”.
– A co ksiądz arcybiskup odpowiedział?
– Odpowiedziałem: Ojcze Święty, czy Wasza Świątobliwość zechciałby nadać nieomylność temu stwierdzeniu?

To oczywiście świadczy, że Fulton miał poczucie humoru, a to konieczne do świętości, ale teraz już wiemy, że papież Paweł VI się nie mylił. Cud uzdrowienia, a właściwie wskrzeszenia dziecka, którego serce po urodzeniu przestało bić przez 61 minut wybłagany za wstawiennictwem Fultona Sheena o tym zaświadcza. 

A na dwa miesiące przed śmiercią było jeszcze spotkanie z innym papieżem, św. Janem Pawłem II, który objął emerytowanego i schorowanego Fultona i powiedział: „Dobrze pisałeś i mówiłeś o naszym Panu Jezusie Chrystusie. Jesteś wiernym synem Kościoła”. Jak ja bym chciał usłyszeć takie słowa… Aha! Jako prezent po beatyfikacji wszyscy księża dostaliśmy książkę: „Ksiądz nie należy do siebie”. 

ks. Andrzej Antoni Klimek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!