TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 23 Sierpnia 2019, 06:57
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Eloi, Eloi Lema sabachthani

dali

Chrystus św. Jana od krzyża

Prastara Avila kryje w sobie klasztor dedykowany Tajemnicy Wcielenia, w którym w latach 1575 - 1577 św. Jan od Krzyża posługiwał siostrom zakonnym jako kapelan. Pewnego dnia podczas modlitwy miał mistyczne widzenie i natychmiast chwycił za ołówek, by naszkicować to, co widział. Okazało się, że był to Jezus cierpiący na krzyżu, ale widziany z wyjątkowej i niespotykanej perspektywy – od góry. Perspektywa ta może być udziałem tylko Boga Ojca, który widzi Ciało Syna dramatycznie wysunięte do przodu, jakby gotowe do upadku gdyby nie przygwożdżone do krzyża dłonie. Święty Jan od Krzyża przekazał ten szkic jednej z pobożnych sióstr, swojej duchowej córce.

Siostra Anna Maria od Jezusa przechowywała go przez ponad 40 lat i po raz pierwszy ujrzał on światło dzienne podczas procesu beatyfikacyjnego św. Jana. Wykonano wówczas kopię, która jednakże zaginęła, ale zachował się oryginał przekazany innej siostrze - Marii Pinel. Siostra ta umieściła go w specjalnym relikwiarzu, dzięki czemu stał się on dostępny dla późniejszych biografów Świętego. Jednym z nich był Hieronim od św. Józefa, który w swojej książce zamieścił rycinę dzieła i od niej zaczęło się szersze propagowanie Chrystusa Świętego Jana od Krzyża, choć trzeba przyznać, nie była ona zbyt wierna.

Wracając do wiary młodości 

Dopiero XX wiek przyniósł pełne odkrycie mistycznego dzieła wraz z całą spuścizną św. Jana. Francuski karmelita bosy i wielki znawca Świętego Bruno de Jesus-Marie pokazał szkic dwóm wybitnym malarzom hiszpańskim, Jose Marii Sertowi i Salvadorowi Dali. Ten drugi widział dzieło mistyka dwukrotnie: w roku 1945 i później ponownie w 1950. Salvador Dali był prominentnym reprezentantem ruchu surrealistycznego, którego uczestnicy zagłębiali się w interpretację snów, marzeń i pragnień w duchu odkryć Zygmunta Freuda. Jednakże sam Dali w latach czterdziestych zaczął się wycofywać z mocno antysystemowych pozycji i wracać ku swojej młodzieńczej wierze, co zaowocowało spotkaniem z papieżem w 1947 r. Jego surrealistyczne spojrzenie jakby na nowo zaczęło doceniać duchowy wymiar i radość w artystycznym odzwierciedlaniu autentycznej mistyki. I jego spotkanie już nie z papieżem, ale z wizjonerskim szkicem św. Jana od Krzyża zaowocowało powstaniem jednego z duchowo najgłębszych dzieł XX wieku.  

Dali użył tej samej perspektywy, którą widział na szkicu św. Jana od Krzyża, ale koncepcja jego obrazu jest zupełnie nowa, w zgodzie z jego nowoczesnym i surrealistycznym temperamentem. Tak to opisywał w notatkach do obrazu: „Pierwszy raz, w 1950, miałem kosmiczny sen w którym, spostrzegłem kolorowe jądro atomu. To jądro nabrało potem metafizycznego sensu. Uznałem, że chodzi o prawdziwą jedność wszechświata, Chrystusa! Innym razem, kiedy zobaczyłem rysunek ukrzyżowanego Chrystusa autorstwa św. Jana od Krzyża, opracowałem geometrycznie trójkąt i okrąg, które estetycznie podsumowują wszystkie moje wcześniejsze doświadczenia. I wpisałem mojego Chrystusa w ten trójkąt”.

Śmierć i zmartwychwstanie

Podczas gdy szkic Świętego Jana od Krzyża był pełen cierpienia i asymetrycznej energii, geometryczna perspektywa nadaje obrazowi Salvadora Dali niesamowity spokój. Głowa Chrystusa jest jakby jądrem koła, a pomiędzy wyciągniętymi ramionami i stopami tworzy się trójkąt: dla chrześcijan trójkąt jest symbolem Trójcy Świętej, a koło – wieczności. U św. Jana mamy do czynienia z wizją w konkretnym czasie, u Salvadora mamy ideę na wszystkie czasy. Chrystus na obrazie surrealisty nie ma gwoździ w dłoniach, a jego ciało jest modelem perfekcji, młodości i nieskazitelności. Szkic Świętego Jana od Krzyża pokazuje agonię i śmierć na krzyżu, natomiast Dali celebruje życie i tryumf nad śmiercią. Jego Chrystus przypomina apollińskie reprezentacje Chrystusa, jakie znajdują się w katakumbach na grobach pierwszych chrześcijan.
Tego Jezusa zmartwychwstającego Dali namalował z małą pomocą... Hollywood, ponieważ pozował mu pewien akrobata i kaskader z wytwórni Walta Disneya. Natomiast chmury oddzielające zawieszonego w przestrzeni Chrystusa od ziemi pojawiały się podczas powstawania obrazu na sennym niebie Port Lligat. Na obrazie widzimy świt, nowy wstający dzień, oczywisty znak nadziei, która przenika obraz w przeciwieństwie do szkicu Świętego Jana od Krzyża.
Całą perspektywę widział Dali ze swojego okna wychodzącego na morze, natomiast rybaka i łódź  zaczerpnął z obrazów braci Le Nain i obrazu Velazqueza pod tytułem „Poddanie Bredy”. Nietrudno odkryć tu analogię do ewangelicznego zaproszenia Jezusa skierowanego do uczniów, aby byli „rybakami ludzi” i zanieśli Dobrą Nowinę aż po krańce ziemi.

Dzieło bezcenne

Cztery miesiące zajęło Salvadorovi Dali namalowanie tego dzieła. Międzynarodowi krytycy zaatakowali obraz jako zbyt religijny i zbyt realistyczny. Kelvingrove Art Gallery z Glasgow w Szkocji, która go zakupiła za 16 tys. dolarów była krytykowana za wspieranie katolicyzmu hiszpańskiego i wydawanie pieniędzy na obcego artystę. W 1961 r. student odwiedzający Galerię zaatakował obraz zaostrzoną cegłą uszkadzając go. Naprawa i konserwacja dzieła trwały tak długo, jak jego tworzenie. Obecnie najbardziej znany obraz Salvadora Dali ma swoje własne, podobne do kaplicy pomieszczenie w Saint Mungo’s Museum of Religious Life and Art. Rząd hiszpański próbował odkupić dzieło za 80 milionów dolarów, ale dumni Szkoci odrzucili tę ofertę i chyba wcale się im nie dziwimy.

AAK

 Salvador Dali „Chrystus Świętego Jana do Krzyża” 1951 r.

Saint Mungo’s Museum of Religious Life and Art, Glasgow, Scotland, UK. 

 

Eloi, Eloi Lema sabachthani

„Nigdy nie przestaniemy badać nieprzeniknionej głębi tej tajemnicy. Ten paradoks ujawnia się z całą ostrością w okrzyku bólu, na pozór rozpaczliwym, jaki Jezus wydaje na krzyżu: Eloi, Eloi, lema sabachthani, to znaczy: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Czyż można sobie wyobrazić większą udrękę i ciemność bardziej mroczną? W rzeczywistości owo bolesne dlaczego? skierowane do Ojca i wypowiedziane pierwszymi słowami Psalmu 22, choć oddaje w pełni rzeczywistość nieopisanego bólu, zostaje rozjaśnione przez sens całej tej modlitwy, w której Psalmista wyraża w przejmującym splocie uczuć jednocześnie boleść i ufność”. 

Tak wyjaśnił nam te niesamowite słowa ukrzyżowanego Jezusa błogosławiony Jan Paweł II w swoim komentarzu. Wszyscy wiemy, że Pan Jezus nie był zdesperowany, a po prostu modlił się, a jednak ciągle ta myśl, że człowiek, a nawet Człowiek, może się poczuć opuszczony przez Boga powraca i przeraża. Czy można być tak absolutnie zjednoczonym z Bogiem Ojcem jak był Jezus Chrystus, a jednocześnie poczuć się opuszczonym? A z drugiej strony przecież nie mamy wątpliwości, że tu na ziemi daleko nam do takiej wspólnoty z Bogiem, więc pewnie i o poczucie opuszczenia i samotności dużo łatwiej. Zwłaszcza, że jak się okazuje, nawet ludzie autentycznie prowadzący święte życie, mogą czuć się opuszczeni.

 

Pójdź, Bądź moim światłem

Matka Teresa z Kalkuty zawsze godziła wszystkich. Wszyscy ją kochaliśmy, od tych najbardziej wierzących i zaangażowanych, po tych, którzy z religią i Kościołem nie chcieli mieć nic wspólnego. Ale nawet dla nich Matka Teresa była kimś absolutnie wielkim i wiarygodnym. Pisaliśmy o niej szkolne wypracowania, cytowaliśmy ją podczas szkolnych akademii, nawet ludzie innych wyznań byli nią oczarowani. Byliśmy święcie przekonani, że to wszystko, co robi ta drobna i niepozorna kobieta, pochodząca z kraju, który jeszcze dziś dla wielu jest synonimem zacofania i braku jakiegokolwiek znaczenia i prestiżu, jest możliwe tylko i wyłącznie dzięki niesamowitej więzi, jaka musi istnieć między nią a Chrystusem. Byliśmy przekonani, że kto jak kto, ale Matka Teresa z Kalkuty to musi mieć jakąś wręcz magistralę, autostradę, jakiś światłowód duchowy, który zapewnia jej daleko bardziej bezpośredni przystęp do Pana Boga niż komukolwiek innemu. A Pan Bóg to musi ją trzymać tak blisko siebie, jak Pan Jezus św. Jana podczas Ostatniej Wieczerzy na słynnym płótnie. I tak byliśmy przekonani patrząc na te jej uśmiechnięte usta i w błyszczące oczy, aż się one nie zamknęły na zawsze. 

A później ukazała się książka zawierająca prywatne pisma „Świętej z Kalkuty” pisane do przewodników duchowych, spowiedników i współsióstr pod pięknym tytułem „Pójdź, bądź moim światłem” i przeżyliśmy szok. Bo owszem, podczas prywatnego objawienia te piękne słowa skierował do Matki Teresy Pan Jezus, ale paradoksalnie ceną, którą musiała zapłacić zakonnica za ich zrealizowanie było życie w „straszliwej ciemności”. Tak pisała w liście do swojego przewodnika duchowego, ojca Josepha Neunera w 1961 roku:

„Ojcze, od roku 49 albo 50 to straszliwe poczucie pustki, ta niewypowiedziana ciemność, ta samotność, ta nieustanna tęsknota za Bogiem, która przyprawia mnie o ten ból w głębi serca. Ciemność jest taka, że naprawdę nic nie widzę, ani umysłem, ani rozumem. Miejsce Boga w mojej duszy jest puste. Nie ma we mnie Boga. Kiedy ból tęsknoty jest tak wielki – po prostu tęsknię i tęsknię za Bogiem – i wtedy czuję: On mnie nie chce, nie ma Go tu. (...) Bóg mnie nie chce. Czasem słyszę po prostu jak moje serce krzyczy: „Mój Boże!” i nic więcej się nie dzieje. To tortury i cierpienie, których nie potrafię wytłumaczyć”.

Jeszcze bardziej niż nas dzisiaj czytających te słowa, doświadczenie ciemności zaskoczyło Matkę Teresę. Początkowo próbowała znaleźć powody pozornej nieobecności Boga we własnej niedoskonałości i grzeszności, ufając, że ta ciemność ma jej pomóc w oczyszczeniu. Dopiero później, z pomocą duchowych kierowników, uświadomiła sobie, że to doświadczenie jest elementem jej misji, jej udziałem w męce Chrystusa. 

Doskonale znane są dzieła, które dokonały się z jej udziałem, a nikt nie wiedział, że przez ponad 50 lat przeżywała ona wewnętrzną ciemność, a mimo to była światłem, radością, nadzieją, życiem dla tak wielu. „Jeżeli kiedykolwiek będę świętą – na pewno będę świętą od „ciemności”. Będę ciągle nieobecna w Niebie – aby zapalać światło tym, którzy są w ciemności na ziemi” - mawiała Matka Teresa. Mając dzisiaj wiedzę o jej duchowym doświadczeniu nieobecności Boga, rozumiemy jeszcze lepiej te słowa. Chociaż, kmuszę się przyznać, że ja jej trochę nie wierzę: myślę, że kiedy stanęła wreszcie przed swoim ukochanym Jezusem, którego tak bardzo pragnęła podczas swojego życia, to długo nie chciała się od Niego oderwać, więc chyba niekoniecznie tak ciągle nieobecna jest w tym Niebie. Ale jako „Święta od ciemności” być może potrafi zrobić jeszcze więcej dla tych wszystkich, którym  wydaje się, że nie pozostaje już nic innego jak wykrzyczeć „Boże mój, Boże mój! Czemuś mnie opuścił!”

ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!