TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 14 Czerwca 2021, 02:01
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Dzieczynka z wojennego Łucka

Dzieczynka z wojennego Łucka

Dla Polaków z Wołynia wojna z Niemcami rozpoczęła się dopiero w czerwcu 1941 roku, 80 lat temu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że o II wojnie światowej na Kresach, o doświadczeniach zwykłych ludzi stamtąd, wciąż mówi się za mało. Pochodząca z Łucka Teresa Zajdel opowiedziała mi o tamtych wydarzeniach kilka miesięcy temu, zanim zmarła.

Czytałam powieść „Jeździec miedziany”, którą rozpoczyna opis słonecznego, czerwcowego, niedzielnego poranka w Leningradzie, pięknego dnia, który absolutnie nie zapowiadał wybuchu wojny. Czy w Łucku tamtej niedzieli też była taka piękna pogoda?
Teresa Zajdel: Tak, pięknie świeciło słońce. Usłyszeliśmy wybuchy w okolicy, strzały, ale wiedzieliśmy już, że Niemcy ruszyli na Sowietów. Rodzice postanowili wyjechać ze mną z miasta, miałam osiem lat. Byłam jedynaczką. Przy okazji też postanowili wysiedlić z naszego mieszkania przymusowego radzieckiego „sublokatora”. Nie było to łatwe, bo kiedy tłumaczyliśmy mu, że słychać wybuchy, że idzie front niemiecki, to on, jak gdyby nigdy nic, bagatelizował wszystko i mówił, że to nie żaden front, tylko burza nadciąga. Później, kiedy już nie dało się obronić twierdzeń, że to burza nadciąga, stwierdził, że pewnie odbywają się w pobliżu jakieś manewry i koniec końców, nie wyszedł. Tymczasem ja i moi rodzice ruszyliśmy na przedmieścia, gdzie mieszkali nasi znajomi. Nim tam dotarliśmy rozpoczęło się bombardowanie. W nocy przedostaliśmy się na wieś, to była wieś ukraińska. Gospodyni, do której rodzice zwrócili się o pomoc, odmówiła jej nam. Było bardzo niebezpiecznie. Bomba trafiła w skład amunicji, uskoczyliśmy wtedy w lej czy wykrot, pociski latały nam nad głowami. Rodzice zdecydowali, że jednak wracamy do domu. Kiedy jednak dotarliśmy do mieszkania, okazało się, że jest ono ogołocone, bo dozorczyni, Ukrainka, zwyczajnie nas okradła. Pamiętam też taki fakt, że mieszkający w Łucku Niemcy rozkładali na ziemi przy swoich domach białe prześcieradła, miał to być znak dla Luftwaffe, żeby tych miejsc nie bombardowali. Niemieccy lotnicy widzieli te prześcieradła z powietrza.

Co zapamiętała Pani z czasów okupacji niemieckiej w Łucku?
Na przykład to, że Niemcy utworzyli getto dla Żydów. Z początku nie było ono zamknięte i można było się do niego dostać z ulicy Królowej Jadwigi. Mieściło się w dzielnicy, która wcześniej była zamieszkana przez ludzi różnej narodowości. Ta dzielnica miała taki, rzec by można, międzynarodowy charakter. Mieszkali tam i Rosjanie, i Niemcy. Ale wracając do getta, byłam tam kilkakrotnie z mamą. Zanosiłyśmy tam żywność i leki. Co ciekawe Żydzi z getta dopytywali się ciągle o kuropatwy. Podobno znali jakąś przepowiednię, która mówiła, że kiedy zaczną wymierać kuropatwy to naród żydowski też zginie. Raz wyprowadziłyśmy z mamą z getta żydowską dziewczynkę. Nie było to jeszcze wtedy trudne, wystarczyło trochę sprytu. Ja i ta dziewczynka skakałyśmy razem, biegałyśmy, bawiłyśmy się. Kiedy wychodziłyśmy we trzy z getta, sprawiałyśmy wrażenie, że jesteśmy rodziną, że do getta przyszłyśmy razem. Nie budziłyśmy podejrzeń. Dziewczynka była w moim wieku i przez jakiś czas mieszkała później z nami. Za jakiś czas jednak, jej rodzice doszli do wniosku, że powinni ją mieć przy sobie i odprowadziłyśmy ją z mamą z powrotem.
Mój ojciec przed wojną leczył się u żydowskiego lekarza o nazwisku Arnold. Kiedy rodzina Arnoldów trafiła do getta w Łucku, tata jakimś cudem wszystkich stamtąd wyciągnął. Ukrył ich później na wsi, ale nie razem. Dla bezpieczeństwa doktor Arnold ukrywał się osobno, a jego żona z dziećmi osobno. Któregoś dnia doktor Arnold szedł przez las i spotkał Ukraińca. Ukrainiec go rozpoznał i zastrzelił. Pani Arnold z dziećmi przetrwała wojnę i ostatecznie zamieszkała w Anglii. Rodzice byli w Armii Krajowej i pomagali też osobom, które nie były Żydami. Któregoś razu na przykład w naszym domu ukryli się mężczyźni, którzy uciekli z transportu do Niemiec. To był transport wywożący ludzi na roboty przymusowe. Ci panowie przebywali jednak u nas krótko, bo ojciec szybko znalazł im inne kryjówki.

Czy może Pani powiedzieć coś więcej o działalności rodziców w Armii Krajowej?
Ojciec był w oddziale Łuna, nosił pseudonim Żbik. Mama też była w Armii Krajowej, pomagała jak mogła. W konspiracji mieli taki zwyczaj, że kiedy było do wykonania jakieś trudne, niebezpieczne zadanie, to wyznaczano do niego kogoś przez losowanie. Raz padło na ojca. Obok domu, przy którym stał niemiecki strażnik, pod płytą, ukryta była broń. Ojciec miał ją wyciągnąć. Przebrał się za żebraka i udając go, wypełnił powierzone mu zadanie, a wyciągniętą broń dostarczył swojej organizacji. Ojciec załatwiał też fałszywe dokumenty dla znajomych, którzy chcieli przekroczyć granicę, ale nie wiem jak to konkretnie robił. W czasie okupacji pracował w tej, wspomnianej przeze mnie wcześniej, drukarni ukraińskiej jako magazynier i zaopatrzeniowiec. Mama nie pracowała, zajmowała się domem. Jeszcze na jakiś czas przed tym jak Niemcy zaczęli się wycofywać przed Armią Czerwoną, jacyś oficerowie przyszli do drukarni szukając dwóch mężczyzn, których chcieli aresztować. Ktoś z pracowników drukarni zauważył, że jedno z nazwisk poszukiwanych to Weiss, czyli nazwisko ojca (i także nasze) i ostrzegł go, a on natychmiast uciekł do lasu, do partyzantki. To było zimą. Kiedy wrócił już z tego lasu był bardzo chory, miał bronchit.

Kim przed wojną byli Pani rodzice, dziadkowie?
Rodzice byli katolikami. Mama przed ślubem nosiła nazwisko Zielińska, a jej mama, a moja babcia, nazywała się z domu Dąbrowska. Jedna z moich ciotek twierdziła, że nasi przodkowie, Dąbrowscy, byli spokrewnieni z generałem Dąbrowskim. Mój dziadek był ekonomem w bardzo dużym majątku. Moją prababcię, matkę dziadka, było stać na to, by wykształcić dzieci, więc jeden z jej synów został agronomem, a drugi lekarzem. Ojciec pracował jako urzędnik w wojewódzkiej Izbie Skarbowej. Kamienica, w której mieszkaliśmy w Łucku była żydowska. Stała przy głównej ulicy miasta, Jagiellońskiej.

Dla mieszkańców Łucka pierwsza okupacja sowiecka rozpoczęła się 17 września 1939 roku, 22 czerwca 1941 roku okupantami miasta zostali Niemcy. Kiedy Sowieci weszli po raz drugi?
Armia Czerwona podeszła pod Łuck w święto Matki Bożej Gromnicznej, 2 lutego 1944 roku. Nasze podwórko było przejściowe, bo kamienica stała przy głównej ulicy, Jagiellońskiej, a oficyna przy ulicy Traugutta, czyli następnej, więc Niemcy przebiegali tędy na skos. Armia niemiecka podpaliła mosty na Styrze, żeby Sowieci nie mogli dostać się do miasta. Słyszałam o Żydach, którzy nakładali opaski i wołali w stronę Sowietów: „Nasi wyzwoliciele!”.
W trakcie ofensywy schroniliśmy się w katakumbach łuckiej katedry. Ojciec był bardzo chory, miał galopujące suchoty. Proboszcz przyniósł mu leżak, by mógł się wygodniej ułożyć, ale tata nie chciał leżaka, chciał wracać do domu, mówił, że nie przetrzyma w tych katakumbach. Wciąż trwały bombardowania, bo na obrzeżach miasta ciągle byli Niemcy. Tata zmarł 9 marca 1944 roku. Na prośbę mamy, proboszcz, z którym ojciec pozostawał w bardzo dobrych stosunkach, wydał mamie takie specjalne zaświadczenie z pieczątką i podpisem. Wynikało z niego, że mimo tego, że nosimy niemiecko brzmiące nazwisko Weiss, jesteśmy Polakami i katolikami. Mama poprosiła o taki dokument, bo bała się, że przez Sowietów wezmą nas za Niemki i to się źle dla nas skończy. Ten proboszcz nazywał się Władysław Bukowiński i w 2017 roku został beatyfikowany. To także on udzielił mi Pierwszej Komunii Świętej. Wystawione przez niego zaświadczenie mam do dziś. Chciałam je przesłać do Łucka jako pamiątkę, do jakiegoś muzeum choćby, ale nie znam tam nikogo, a zależy mi by trafiło ono w dobre, zaufane ręce.

W 1944 roku Sowieci aresztowali Pani mamę.
Późną jesienią ktoś doniósł władzom sowieckim, że mama jest w Armii Krajowej, a ojciec jako AK - owiec popełnił samobójstwo ze strachu przed zbliżającymi się Sowietami. To ostatnie było naturalnie nieprawdą. Nadszedł grudzień, zbliżały się święta. Pamiętam, że w domu była praczka, robiła przedświąteczne pranie i wtedy przyszła do mieszkania milicja, tak zwana kontrazwietka. Urządzili nam rewizję, ale nie znaleźli niczego co by ich zainteresowało. Postanowili więc zarekwirować biżuterię, chwycili ją, ale mama im ją wyrwała i rzuciła mnie. Wtedy ją aresztowali, zabrali. Towarzyszyłam jej w drodze do aresztu, odprowadzałam ją. Po drodze mijaliśmy piekarnię, był tam taki pan, którego mama poprosiła, żeby zaglądał wieczorem, jeśli będzie mógł, do naszego domu, bo Sowieci chodzili po mieszkaniach i kradli. Zdarzyło się, że jeden z nich z pistoletem podszedł pod nasze drzwi, kazał otwierać, ale myśmy nie otworzyły. Wtedy on odciął klamkę szablą. Mamę zabrali do jednej z willi oficerskich, bo te wille Sowieci pozajmowali do swoich celów. Wiedziałam zatem, gdzie mama jest. Następnego dnia poszłam tam więc – sama, samiuteńka – zanieść jej jedzenie. Miałam wtedy 11 lat. Znałam rosyjski, więc wpuścili mnie do mamy. Ona wzięła mnie na kolana i coś do mnie mówiła. A obok nas, stał non stop sołdat z pepeszą. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ona chce mi coś przekazać. Raz po polsku, raz po rosyjsku powtarzała, że chce mi wsunąć gdzieś jakąś karteczkę. I wsunęła. Do rękawiczki, do palców. Wkrótce się z nią pożegnałam, nie chciała, abym coś więcej jeszcze jej przynosiła. Widziałam, że bardzo to wszystko przeżywa. Wychodzę, a tu przede mną wyrasta lejtnant, Żyd i wrzeszczy, że jak to możliwe, że do więźnia politycznego wpuszczono kogoś na widzenie. Jakiś sowiecki żołnierz zaczął mu tłumaczyć, że ja jestem dzieckiem i nie stanowię żadnego zagrożenia. A on krzyknął: „To dziecko jest mądrzejsze od was!”. I zabrali mnie na rewizję. Mamę zresztą też, tylko w osobnym pomieszczeniu. Nic nie znaleźli i powiedzieli, że mogę iść. Ledwie wybiegłam z budynku i słyszę, że mnie znów wołają. Pamiętam, że wtedy zastanawiałam się, czy tej karteczki, tego grypsu, nie wyrzucić. Bo przecież jakby ją znaleźli, to koniec. Ale nie wyrzuciłam. Tymczasem okazało się, że oni zorientowali się, że miałam ze sobą książeczkę. To była książeczka do nabożeństwa, od Pierwszej Komunii i uznali, że w niej mogę wynosić jakiś gryps. Przetrząsnęli ją więc we wszystkie strony, ale była pusta. I tak oto ten gryps wyniosłam w rękawiczce. W domu przeczytałam jego treść. Mama prosiła w nim o wykreślenie niektórych nazwisk, zniszczenie pewnych zdjęć i przede wszystkim zwracała się do babci, by ta wzięła mnie do siebie. Mama obawiała się, że jeśli będę mieszkać sama to Sowieci mnie jeszcze gdzieś wywiozą i że potem się nie odnajdziemy. Wkrótce przewieźli mamę do więzienia do Lwowa. Osadzili ją przy ulicy Kadeckiej. My z babcią zaczęłyśmy przygotowywać się do wyjazdu na zachód. Miałyśmy już wszystko spakowane, ale za pierwszym razem do naszego wyjazdu nie doszło. Potem okazało się to szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo mamę zwolnili i kiedy wróciła do Łucka to jeszcze nas zastała.

Wyjechałyście później wszystkie trzy?
Tak, drugim transportem. Byłyśmy przekonane, że wyjeżdżamy z Wołynia na krótko. Mówiło się, że państwa zachodnie nie oddadzą Polski pod skrzydła Moskwy, że ruszą na Sowietów i nas odbiją. Jednak były to tylko nasze marzenia, które się nie spełniły. Jechałyśmy pociągiem towarowym, w bydlęcych wagonach, mieliśmy samowar w wagonie i piliśmy gorącą herbatę. Ta podróż wyglądała tak, że trochę jechaliśmy, trochę staliśmy. Kiedy pociąg dojechał do Lublina postanowiłyśmy wysiąść i zatrzymać się tam u naszej gosposi. W Lublinie mieszkał też mój wujek i było to miasto nie tak bardzo odległe od Łucka. A my przecież wierzyłyśmy, że do niego wrócimy, że to tylko kwestia czasu.


Dziękuję za rozmowę.
rozmawiała Aleksandra polewska-Wianecka

 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!