Czy Świętą Rodzinę uprowadzono ze żłóbka wozem Drzymały?
Wiem, że już po Świętach, moi drodzy, ale jako typowy pleban ze wsi wierny jestem tradycyjnemu podejściu i aż do drugiego lutego nie rozstajemy się u nas ani z szopką, ani z kolędami. W tym momencie wielu liturgicznym terrorystom ciarki przechodzą po plecach, ale nic na to nie poradzę. I dlatego też dzisiaj chciałbym trochę z wami o szopkach pogadać, a właściwie o problemach, jakie te szopki nieraz sprawiają. Pamiętamy wszak i u nas, jak to za komuny dekoracje świąteczne w kościołach służyły celom niekoniecznie religijnym, prawda? Swego czasu pisałem w tym miejscu nawet o szopce watykańskiej, która bardziej mi przypominała sceny z Gwiezdnych Wojen niż z Betlejem, ale dzisiaj akurat ani do Włoch, ani Watykanu nie zajrzymy, polecimy za to do kraju pochodzenia obecnego papieża.
Tam problematyczna okazała się pewna szopka w parafii św. Zuzanny w Dedham, w stanie Massachusetts (archidiecezja Boston). Otóż w tejże szopce wcale nie było Świętej Rodziny, ponieważ – jak wyjaśniał napis –„ICE (Urząd Celno-Imigracyjny) BYŁO TUTAJ”. No i ewidentnie „przegoniło” Józefa i Maryję. W szopce był też inny napis wzywający przechodniów, aby jeśli zauważą funkcjonariuszy służb imigracyjnych, natychmiast skontaktowali się z lokalną koalicją aktywistów działających na rzecz imigrantów. Archidiecezja w Bostonie oświadczyła, że przedmioty sakralne służą kultowi a nie przekazom ideologicznym i zaapelowała o przywrócenie żłóbkowi jego „właściwego, świętego celu”, jednak proboszcz ks. Stephen Josoma uparł się, aby instalacja pozostała na swoim miejscu do czasu, aż on sam porozmawia z arcybiskupem. Komentujący sytuację katolicki publicysta John Corcoran zauważył, że dla parafian-imigrantów, w tym nielegalnych, taki napis może wywołać uczucie strachu, ponieważ sugeruje, że teren ich parafii był miejscem interwencji służb imigracyjnych, co jest nieprawdą, bo nic takiego nie miało miejsca.
Jeszcze ciekawsza jest dalsza część komentarza Corcorana: „Wyobraźmy sobie dla porównania parafię, która ustawia pustą szopkę z napisem „PLANNED PARENTHOOD (Organizacja proaborycjna) BYŁO TUTAJ”, aby symbolizować utratę nienarodzonego życia. Reakcja w niektórych kręgach byłaby natychmiastowa: poważne wykłady o rozdziale Kościoła od państwa, ostrzeżenia przed <<upolitycznianiem>> symboli sakralnych oraz żądania, by kontrowersyjne debaty trzymać z dala od świątyni. Normy, które w jednym kontekście są elastyczne, nagle stałyby się sztywne. I tu tkwi sedno problemu”. Rzeczywiście tak by dokładnie było. Naprawdę warto pamiętać, że katolicka nauka społeczna dotycząca migracji jest wystarczająco poważna, by bronić się sama, bez uciekania się do chwytów inscenizacyjnych. A jeśli my, plebani, jej treść ubierzemy w teatralną nieprawdę, to ludzie zamiast widzieć Ewangelię dostrzegą happening.
Powróćmy na stary kontynent na teren najstarszej córy Kościoła, gdzie problemy z szopkami są zupełnie innej natury i jednym z najbardziej symbolicznych pól bitwy z jednej strony o tożsamość, a z drugiej o laickość. Ta batalia rozpoczyna się co roku mniej więcej w listopadzie, po czym przenosi się na sale sądowe, gdzie strony przerzucają się argumentami albo w „obronie tradycji”, albo o „zagrożeniu świeckości państwa”. A tak nawiasem mówiąc, pamiętacie jak amerykański wiceprezydent JD Vance oskarżył elity europejskie o oderwanie się od swoich narodów i utracenie wrażliwości na ich postulaty? Pamiętacie, jak się euro-elity obruszyły? No to teraz mamy dobry przykład, że JD Vance miał rację. Bo we Francji 79 % obywateli chce żłóbków w przestrzeni publicznej. I co? I pstro!
Pierwszy przykład mamy choćby w Béziers, gdzie mer Robert Ménard już jedenasty rok z rzędu wystawia żłóbek w ratuszu, ignorując wielokrotne orzeczenia sądowe nakazujące jego przeniesienie. „Mamy co roku 20–25 tysięcy podpisów w księdze gości. Ludzie to uwielbiają!” – tłumaczy swoją decyzję urzędnik. Z naszego punktu widzenia najbardziej interesujący jest fakt, że żłóbek w Béziers jest… na kółkach, gotowy do szybkiego przestawienia, jeśli pojawi się kolejny nakaz sądu. Jako żywo przypomina nam to słynny wóz Drzymały w zaborze pruskim, symbol walki z absurdalnym prawem germanizacji Polaków na początku XX w.: kiedy urzędnicy uznali, że wóz stojący w jednym miejscu powyżej doby jest budynkiem, Drzymała przestawiał go by udowodnić, że wóz nie jest nieruchomością, a on może dalej tam mieszkać.
Znacznie gorzej zakończył się upór w stawianiu żłóbka w miejscu publicznym we Beaucaire (Gard), gdzie w lutym 2025 r. miasto zostało ukarane grzywną w wysokości 103 000 euro za nieusunięcie żłóbka mimo orzeczeń sądu. Mimo wszystko mer się nie ugiął i w tym roku znalazł inny, niż kolega w Béziers, sposób na obejście przepisów, a mianowicie zainstalował żłóbek… podzielony na dwie części: scena Narodzenia (Maryja, Józef, Dzieciątko Jezus, żłób, stajenka itp.) została umieszczona przed ratuszem, w przestrzeni publicznej, gdzie przepisy są mniej restrykcyjne, natomiast inne figurki, które wchodzą w skład żłóbka prowansalskiego, ale nie są postaciami religijnymi (piekarz, pasterz, rybak, praczka, notariusz itp.) mer ustawił wewnątrz ratusza, argumentując, że to „element folkloru” i nie narusza zakazu umieszczania symboli religijnych. A potem w mediach żartował: „cud prowansalski sprawił, że stajenka przestała się mieścić pod schodami”. Może w tym roku uniknie kary, zobaczymy, a elitom francuskim powinno się puszczać wspomniane wyżej przemówienie JD Vance’a jako pokutę… Zaraz, zaraz, oni raczej w pokutę nie wierzą, więc może podkład medytacyjny do ćwiczeń jogi?
Gorąco sobie obiecywałem, żeby dać temu miejscu odetchnąć od naszych polityków, no ale tej sprawy nie odnotować po prostu nie mogę. Otóż przypomnę, że nasz szef rządu podczas wspólnej z kanclerzem Niemiec konferencji prasowej powiedział: „Uważamy w Polsce, właściwie wszyscy bez wyjątku, że Polska nie otrzymała zadośćuczynienia za straty, zbrodnie z czasów II wojny światowej i znamy stanowisko niemieckie, które trzyma się tego formalnego zapisu z lat 50. Zobaczymy, jak będzie wyglądała przyszłość, ale z polskiego punktu widzenia na pewno nic się nie zmieni”. Powiem wam szczerze, że jak to czytałem, to omal nie spadłem z krzesła. On to naprawdę powiedział! Czyżby jakaś jaskółka? Naprawdę? No, ale jakbym spadł z krzesła, to na pewno bym się nie podniósł po dalszych słowach premiera do kanclerza: „Jeśli chodzi o wsparcie dla żyjących jeszcze bezpośrednich polskich ofiar, oczywiście będę o tym rozmawiać i uświadomię rozmówcom smutną rzecz. Kiedy rozmawiałem o tym z kanclerzem Scholzem, według szacunków Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie, bezpośrednich ofiar niemieckich zbrodni wojennych żyło około 60 tys. Dzisiaj to jest 50 tys. Pospieszcie się, jeśli naprawdę chcecie wykonać taki gest. Jeśli nie uzyskamy jakiejś szybkiej i jednoznacznej deklaracji, to będę w przyszłym roku rozważał decyzję, że Polska wypełni tę potrzebę z własnych środków. Więcej o tym nie chcę już mówić”. Tak powiedział. Parafrazując (za panem Boguckim) to tak, jakby powiedzieć, że kiedy ktoś ucierpiał w wypadku, to na odszkodowanie dla tego człowieka nie sprawca wypadku czy sprawca napaści ma łożyć, tylko rodzina poszkodowanego ma się zrzucić… Nie mam nic więcej do dodania. Leżę na glebie i kwiczę. I raczej się nie podniosę.
Pleban ze wsi
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!