TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 13 Sierpnia 2020, 04:39
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Cuda w czasch zarazy (5)

Cuda w czasch zarazy (5)

Nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, dlaczego ksiądz żyje – usłyszał niemiecki jezuita ks. Hubert Schiffer od amerykańskich lekarzy, których przysłano do zmiecionej z powierzchni ziemi bombą atomową Hiroszimy zaraz po kapitulacji Japonii w 1945 roku. Od epicentrum wybuchu dzielił księdza niecały kilometr. To, że ma ksiądz jedynie kilka zadrapań na szyi, to po prostu jakiś cud – mówił zdezorientowany lekarz.

- Mimo tego mamy dla księdza złą wiadomość – kontynuował medyk. – Księdza ciało zacznie się wkrótce rozpadać na skutek potężnej dawki napromieniowania. Medycyna jest bezsilna. Dawka promieniowania, która księdza przeniknęła, z całym szacunkiem, ale ksiądz nie tylko nie powinien żyć, ale księdza ciało nie powinno już istnieć.


Cudownie ocalony dom
Ksiądz Schiffer zmarł w 1982 roku. Wraz z siedmioma innymi jezuitami ze swojej hiroszimskiej parafii, którzy usłyszeli od amerykańskich lekarzy identyczne rokowania, między 1945 a 1975 rokiem był poddawany szczegółowym badaniom medycznym blisko 200 razy. Ani jego ciało, ani ciała współtowarzyszy nie wykazały nigdy najmniejszych oznak napromieniowania. Mało tego, nie zdradzały również objawów jakichkolwiek innych konsekwencji związanych z wybuchem bomby atomowej. Rankiem, 6 sierpnia 1945 roku, ks. Hubert jadł właśnie w swoim pokoju na plebanii grejpfruta, gdy oślepił go potężny błysk i ogłuszył nieprawdopodobny huk. Sekundę później jakaś tajemnicza siła gwałtownie uniosła go w górę, rzucała od ściany do ściany i wstrząsała. Przerażony jezuita wirował niczym piórko na silnym wietrze razem z rojem odłamków szkła ze stłuczonych okien pokoju. Chwilę później, gdy upadłszy na podłogę, odzyskał równowagę, wstał i podszedł do okna bez szyb. Za oknem nie było nic. Wszystkie budynki, drzewa i inne przedmioty zniknęły. Ksiądz przez chwilę podejrzewał, że może w pobliskim porcie eksplodował tankowiec, ale szybko skonstatował, że ten wybuch nie miałby tak ogromnej siły. Dom jezuitów od epicentrum wybuchu bomby dzieliło dosłownie osiem budynków. Tysiące osób, które w chwili eksplozji znalazły się w promieniu 10 kilometrów, natychmiast umarły. Ciał większości z nich nigdy nie odnaleziono, bo rozpuściły się w zetknięciu z atomowym podmuchem. Domy rozpadły się na drobne części. Konstrukcja jezuickiej plebanii jednak niewyjaśnionym sposobem oparła się atomowej apokalipsie. W chwili wybuchu jeden z jezuitów, Hiszpan Pedro Arrupe, odprawiał Mszę Świętą w pobliskim kościele. Wybuch rzucił nim o kamienną posadzkę. Nie bacząc na niebezpieczeństwa, niemal natychmiast zorganizował pierwszą pomoc dla ofiar eksplozji. Cudownie ocalały dom jezuitów natomiast stał się „szpitalem pierwszej pomocy”.


Cudownie ocalone ciała
Wieść o nadzwyczajnym ocaleniu domu jezuitów w Hiroszimie i jego ośmiu mieszkańców szybko dotarła do Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych, wprawiając wszystkich w bezgraniczne zdumienie. Gdy w końcu prezydent Harry Truman, a także jego najbliżsi podwładni otrząsnęli się, zaczęli jeden przez drugiego wykrzykiwać, że cała sprawa musi być mistyfikacją albo komunistyczną prowokacją. „Nie ma takiej możliwości – zapewniali Trumana znawcy tematu – by zbudowana z uranu 235 bomba atomowa pozostawiła nienaruszony jakikolwiek skrawek terenu, zmiatając jednocześnie wszystko dokoła! To wbrew prawom fizyki!” . Wojskowi dodawali, że ginęli ludzie znajdujący się w odległości trzy razy większej od epicentrum wybuchu niż jezuici. Jezuici coś kombinują – szeptali prezydentowi USA zaufani doradcy. – Tylko jak wytłumaczyć fakt, że ich dom oparł się niszczycielskiej fali? – pytali. Jakiś czas później ks. Hubert, zapytany o to przez dziennikarzy, odpowiedział: Po prostu w tym domu posłuchano wezwań Matki Bożej co codziennego odmawiania Różańca.


Utajnione raporty
Harry Truman był przekonany, ze dysponuje najpotężniejszą bronią na świecie, przed którą nie uchroni się nawet uzbrojony po zęby Stalin. Tymczasem jakichś ośmiu nieznanych nikomu katolickich zakonników nie zostało nawet draśniętych ani bezpośrednimi skutkami wybuchu, ani choroby popromiennej. Jak to było możliwe? Temperatura w tym obszarze nie mogła być niższa niż 2500 stopni Celsjusza, a praktycznie mogła sięgać nawet 3000. Fala gorąca uderzyła z prędkością dźwięku, napierając na wszystko, co napotkała, z ciśnieniem przekraczającym 600 psi – przy czym 1 psi to około 69 hektopaskali. Budynki z cegły i konstrukcje żelbetonowe ulegają destrukcji już w wyniku nacisku 3 psi. Moc 10 psi uszkadza płuca i serce. Nikt nie jest w stanie przeżyć naporu wysokości 40 psi. Odzież bawełniana zapala się w temperaturze sięgającej 200 stopni Celsjusza, a tak gorące powietrze wciągnięte do płuc w ciągu jednej minuty całkowicie je unicestwia. Departament Obrony USA nigdy oficjalnie nie skomentował historii, jaka przydarzyła się jezuitom z Hiroszimy w dniu atomowego ataku na miasto. Po Waszyngtonie krążyły plotki, że choć owo wydarzenie na zlecenie tego departamentu dokładnie zbadano, opisano i sklasyfikowano, to raporty go dotyczące, nawet fragmentarycznie nie zostały upublicznione ani choćby wspomniane w literaturze przedmiotu. Do dziś pozostaje tajemnicą, dlaczego działanie praw przyrody 6 sierpnia 1945 roku zostało „zawieszone” w stosunku do ośmiu członków Towarzystwa Jezusowego z Hiroszimy. W Waszyngtonie mówiło się również, że władze USA poprosiły jezuitów, by nigdy nie wypowiadali się na ten temat. Choroba popromienna w Hiroszimie i Nagasaki nie była w prawdzie tym samym co epidemia z definicji, jednak trudno było przemilczeć tę opowieść. Niniejszym tekstem kończę cykl o cudach z czasach zarazy. Nie znaczy to jednak, że więcej cudów nie miało miejsca. Po prostu ja, póki co, nie zdołałam dotrzeć do informacji o nich.

Aleksandra Polewska – Wianecka

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!