TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 16 Lipca 2019, 06:40
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Bóg przyszedł w muzyce

Bóg przyszedł w muzyce

prof nawrot

Rozmowa z ks. prof. Piotrem Nawrotem SVD, misjonarzem, muzykiem i muzykologiem.

Za kogo przede wszystkim uważa się ojciec Piotr Nawrot?
Ks. prof. Piotr Nawrot: Jestem przede wszystkim człowiekiem wierzącym, który ogromnie się cieszy z daru wiary i chce się tym dzielić z każdym człowiekiem dobrej woli. Z drugiej strony jestem świadomy, że dana mi była szansa kilku rzeczy się nauczyć i ciągle ważne jest dla mnie otwarcie na drugiego i kroczenie razem przez życie. To, jak potoczyło się moje życie, jest pasjonujące, bo urodziłem się w Poznaniu jako jedno z dziewięciorga dzieci.

Szóste dziecko, pierwszy syn...
Tak, po mnie było jeszcze dwóch braci bliźniaków i najmłodsza siostra na koniec. Ojciec był murarzem, a mama krawcową. Jak to w dużej rodzinie było... znakomicie! Nauczyliśmy się od samego początku, że nie można myśleć tylko o sobie jeśli chodzi o ubranie, jedzenie, czy studiowanie, bo zawsze jest ktoś drugi. Rodzice bardzo dbali o praktyki religijne swoich dzieci i w takim kontekście zrodziło się moje powołanie.

W Ojca przypadku zasadnym wydaje się pytanie: co przyszło najpierw powołanie do kapłaństwa, czy zamiłowanie do muzyki?
Sam nie wiem, co było pierwsze, czy Bóg przyszedł do mnie w muzyce, czy to może muzyka zaprowadziła mnie do Boga, nie potrafię tego rozróżnić. Od dziecka byłem wychowywany w trosce o wzrost religijny i od dziecka rosłem jako muzyk, to szło zawsze razem i mogę powiedzieć, że nie byłoby misjonarza Piotra Nawrota bez muzyki, ani muzykologa i teologa prof. Piotra Nawrota bez powołania misyjnego. A z powołaniem to jest tak, że kiedy już człowiek je odkrył, to nie przestaje go ciągle odkrywać. Podobnie jest ze znajomością muzyki: nawet jeśli znam dwa, trzy koncerty to przecież ciągle jest mnóstwo koncertów do poznania i nauczenia się. Od dziecka byłem w szkole muzycznej, rodzice zauważyli, że jeszcze raczkując często spędzałem czas w okolicach fortepianu, na którym ćwiczyła siostra, ale też od dziecka byłem ministrantem i tak to razem szło przez życie.

Kiedy zapadła ostateczna decyzja o wyborze drogi zakonnej?
Po ukończeniu szkoły średniej zrodziło się we mnie pragnienie zrobienia czegoś istotnego w moim życiu i zacząłem szukać, by w końcu dojść do wniosku, że pragnę służyć Bogu i Kościołowi. Tylko gdzie to zrobić? Wahałem się, ale szybko stwierdziłem, że szczególnie interesuje mnie zależność między kulturą a religią, muzyką a religią, kontekstem kulturowym a religią. Ponieważ werbiści to najbardziej misyjny zakon uznałem go za najlepsze środowisko, by spotkać w życiu to, co pragnąłem spotkać. Poszedłem do seminarium w Pieniężnie, po siedmiu latach otrzymałem święcenia kapłańskie i po święceniach wyjechałem do Paragwaju.

Jednak to nie Paragwaj był obiektem ojca marzeń i planów, ale Japonia...
Rzeczywiście, zawsze chciałem studiować i werbiści mają w Japonii bardzo prestiżową uczelnię Nanzan University w Nagoi i nie ukrywam, że widziałem siebie jako pracownika naukowego tej uczelni. Nauka i misje zawsze idą w parze, nie możemy tylko misjonarzować bez refleksji, bez poznania. Kontekst Japonii, Chin, Filipin czy Korei wydawał mi się najbardziej pasjonujący. Nawet starałem się w Rzymie o zmianę tej pierwszej placówki, ale odpowiedź generała i jego rady była zdecydowana. Ameryka Łacińska była chyba ostatnim miejscem na liście moich preferencji...  A dzisiaj nazywam Boliwię moją ojczyzną!

To niesamowite, jak Bóg znacznie lepiej wie, co jest dla nas dobre...
Tak, tak, chociaż muszę powiedzieć, że mnie to wiele kosztowało, ten wyjazd do Ameryki Łacińskiej. Ale kiedy po przyjeździe otworzyłem się na tych ludzi i chciałem się od nich uczyć i jednocześnie dać im wszystko, co miałem i kim byłem, otworzyła się przede mną wspaniała i fascynująca droga życia.

Czy od samego początku mógł się Ojciec oddać nauce?
Nie, ponieważ jako muzykolog potrzebowałem dodatkowego przygotowania, a ponadto u werbistów po święceniach należy odbyć praktykę duszpasterską. Muszę przyznać, że ją tę praktykę odbyłem w bardzo wąskim zakresie, przez krótki okres byłem w parafii, ponieważ większość czasu spędziłem studiując, również tam w Paragwaju. Po trzech latach doświadczenia w Paragwaju pojawiła się możliwość studiowania w Stanach Zjednoczonych w Waszyngtonie, gdzie uzyskałem tytuł magistra i doktora. Kiedy zastanawiałem się nad tematem rozprawy doktorskiej pojawiła się informacja, że gdzieś w Boliwii Indianie śpiewają po łacinie, że mają jakieś notatki.

I tu chciałbym się zatrzymać. Zwykły człowiek słysząc o muzyce indiańskiej wyobraża sobie jakieś bębenki i proste, rytmiczne, niemal transowe melodie, do których Indianie tańczą wokół ogniska. A tymczasem Ksiądz Profesor mówi o indiańskim baroku. Skąd taka muzyka się tam wzięła, kto ją tam zawiózł?
Indianie mieli swoją muzykę, która bazowała na trochę innym koncepcie melodii, harmonii i rytmu, ale byli bardzo muzykalni. Gdy rozpoczął się proces ewangelizacji Indian, misjonarze szybko zdali sobie sprawę z tego, że słowo mówione nie wywiera na nich większego wrażenia. Że gdy mówią o Bogu, o Kościele, o prawdach wiary, Indianie przynajmniej po części się zgadzają, ale nawrócenia są rzadkie. Nie wiemy dokładnie, kto i w którym momencie, ale na pewno wcześnie, u początków ewangelizacji, ktoś zaproponował, aby zamiast mówić o Bogu i recytować Credo, śpiewać! Aby zaproponować piękne, rozbudowane liturgie barokowe. I zauważono, że Indianie widząc takie liturgie, słysząc taki śpiew i instrumenty, nagle chętnie uczestniczą w naszych liturgiach, chętnie pozostają w kościołach, czy w miejscach zgromadzeń, całymi godzinami, jakby w ekstazie. Muzyka zaczęła ich przyciągać. Zaczęto więc używać muzyki jako narzędzia ewangelizacji i do dzisiaj tak się dzieje. Muzyka wywiera na nas inny efekt niż słowa mówione. Czasami odśpiewanie jednego Ave Maria przy akompaniamencie kilku instrumentów, może wywrzeć na nas głębsze wrażenie duchowe i intelektualne, niż wyrecytowanie 50 razy tej modlitwy, choć Różaniec to wspaniała modlitwa. Coś takiego wydarzyło się w świecie Indian: nauczyli się wzorców muzyki europejskiej, ale nie chcieli być tylko imitatorami i wcześnie zaczęli tworzyć nowe aranżacje według swoich własnych upodobań i możliwości. Indianie przejęli muzykę europejską, przekształcili ją i stworzyli repertuar baroku misyjnego.

Zdaje się, że ten termin ,,barok misyjny” jest Księdza autorstwa, prawda?
Jako pierwszy zacząłem systematycznie używać tego terminu w odróżnieniu od innej muzyki barokowej obecnej w Ameryce, mianowicie muzyki katedr, baroku katedr. Muzyka katedr jest bardziej podobna do tego, co działo się w Hiszpanii, ponieważ w katedrach w kulcie uczestniczyli konkwistadorzy, czyli Hiszpanie, kreole, czyli dzieci Hiszpanów urodzone już w Ameryce, oraz Metysi, najczęściej z matki Indianki i ojca Hiszpana. Natomiast Indianie żyli w innych społecznościach, nie w miastach przy katedrach, a w redukcjach. Słowo redukcja znaczy to samo co misja. W redukcjach był właściwy Kościół misyjny, stąd barok, który tam powstawał należy odróżnić od baroku katedr i nazywamy go barokiem misyjnym, ponieważ pozostawał on pod wpływem estetyki Indian. W jednej redukcji żyło 3 do 5 tysięcy Indian i zaledwie 2 albo 3 misjonarzy z Europy. W każdej misji powstała szkoła muzyczna, był chór i 30 do 40 muzyków, którzy do Mszy św. śpiewali i grali codziennie!

30 muzyków w każdej misji?
Co najmniej 30, w niektórych redukcjach było ich nawet ponad 100. Muzycy byli jedną z najwyższych grup społecznych, byli zwalniani z obowiązków wobec wspólnoty i wręcz cieszyli się pewnymi przywilejami. Oznacza to, że bardzo ceniono kult i miejsce muzyka w kulcie. Dzieci, które wykazywały talent muzyczny były wybierane już w wieku 6 lat, otrzymywały staranne wykształcenie muzyczne i przez całe życie zajmowały się wyłącznie muzyką, grając na instrumencie, śpiewając, czy prowadząc chór. Misjonarze czasami byli umuzykalnieni, ale generalnie nie mieli czasu na więcej niż jedynie nadzór nad oprawą muzyczną. Wszystko inne, całe przygotowanie i egzekucja było w rękach Indian, to Indianie stworzyli część tego repertuaru, nawet instrumenty wykonywali sami na wzór tych przywiezionych z Europy i dlatego nazywamy ich spuściznę barokiem misyjnym. Dyrektorami szkół muzycznych, chórów byli Indianie i dlatego, kiedy doszło do wyrzucenia jezuitów z ich misji, ta muzyka była dalej tworzona i przetrwała do naszych czasów.

Wracamy do biografii Księdza Profesora. Zostają odnalezione manuskrypty z XVII i XVIII wieku z zapisem barokowej muzyki Indian i Ksiądz Profesor jest uważany za ich odkrywcę, ponieważ przywrócił je ludzkości.
Ja dzisiaj, po niemal 25 latach pracy nad tymi manuskryptami, bardzo ostrożnie używam słowa „odkrywca manuskryptów”. Kiedyś mi się to podobało, muszę przyznać, ale tylko dlatego, że nie umiałem na to zareagować, ja sam nie byłem świadom jak to zinterpretować. Nie uważam za odkrywcę manuskryptów ani siebie, ani też nikogo innego. Bo to my nie wiedzieliśmy, że te manuskrypty istnieją, ale Indianie wiedzieli, znali ich wartość i je przechowywali. To oni pozwolili nam je odkryć dla nas, nie dla nich. I tylko dlatego ja mogłem rozpocząć systematyczną pracę nad tym manuskryptem i rozpowszechnić jego znajomość na całym świecie, publikując 34 tomy studiów, ponad 60 artykułów naukowych, itd.

Wracamy jeszcze na chwilę do doktoratu w Stanach Zjednoczonych.
Kończę doktorat w USA i wracam do Indian, którzy pokazali mi manuskrypt, którzy podzielili się nim ze mną, organizuję archiwa i resztę mego życia spędzam wśród tych Indian, pracując razem z nimi. Tworzę Międzynarodowy Festiwal Muzyki Renesansu i Baroku Amerykańskiego „Misiones de Chiquitos”, pomagam w tworzeniu nowych szkół muzycznych, bo chcemy odtworzyć to, co działo się tam w XVII i XVIII wieku, czyli w każdej wiosce chór i orkiestra, w każdej wiosce Msze polifoniczne śpiewane, te historyczne i te nowe.

Czy w tym projekcie ponownego umuzykalnienia społeczności lokalnych odnosicie podobne sukcesy jak na polu naukowym?
Mamy świetne efekty. Oczywiście moją pozycję w tym kontekście należałoby określić jako powiedzmy mentora, natomiast są całe zespoły ludzi, które nad tym pracują. Jest ponad 20 szkół muzycznych i ponad 3000 Indian, którym mogę dać dowolną Mszę polifoniczną na cztery głosy i za dwa dni oni będą ją śpiewać i grać. I to jedynie może wzrastać. Proszę sobie wyobrazić, że dzisiaj nawet politycy, aby zyskać sobie głosy wyborców w wioskach obiecują im szkołę muzyczną, skrzypce, czy inne instrumenty. 

Wydaje mi się, że pod względem muzyki w kościołach to my jesteśmy daleko za... Indianami. A nie było takiej pokusy, aby zostać w Waszyngtonie i tam kontynuować karierę?
Rzeczywiście była szansa na karierę uniwersytecką w USA, ale wracając do Boliwii wiedziałem, że będę tam mógł kontynuować moje aspiracje i pasje, lepiej służąc znajomością przedmiotu pośród Indian.

A gdyby dzisiaj przyszła propozycja wyjazdu do Japonii?
Nie widziałem jeszcze Japonii, chciałbym ją zobaczyć, ale nie zostawiłbym już Boliwii. Chodzi o zaufanie jakim zostałem obdarzony przez Indian, oni by się czuli zdradzeni. I ja źle czułbym się ze samym sobą. Poza tym ja naprawdę jestem bardzo szczęśliwy. Indianie stali się dla mnie rodziną, a ja stałem się dla nich synem i ja chcę tam umrzeć.

Czego życzyć Księdzu Profesorowi, oprócz wizyty w Japonii?
Żeby nasza rodzina, czyli Indianie wraz ze mną, i harmonia kroczenia razem, ciągle trwały. Żeby to, co robimy, ciągle przynosiło szczęście i by to nasze szczęście było najbardziej zaraźliwą chorobą na świecie.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał ks. Andrzej Antoni Klimek



Ks. prof. dr hab. Piotr Nawrot SVD (ur. 2 czerwca 1955 r. w Poznaniu) - misjonarz werbista, teolog i muzykolog. Członek Anthropos Institut (Sankt Augustin/Bonn, Niemcy) oraz Boliwijskiej Akademii Historii Kościoła. Członek Organizacji na Rzecz Sztuki i Kultury (APAC) w Santa Cruz de la Sierra (Boliwia). W 2000 r. odznaczony przez Korpus Konsularny akredytowany w Boliwii za dorobek wniesiony w studia i propagowanie kultur Indian Boliwii. W 2004 r. otrzymał medal Królowej Izabeli Katolickiej , a w 2011 r. Międzynarodową Nagrodę im. Królowej Zofii („Reina Sofia”) przyznaną przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz Współpracy Królestwa Hiszpanii za osiągnięcia na polu zachowania i odbudowy dziedzictwa kulturowego. Wybrany „Człowiekiem Roku - Poznań 2012“.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!