TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 14 Marca 2026, 21:15
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

A wy za kogo Mnie uważacie?

A wy za kogo Mnie uważacie?

Czasem myślimy, że zanim przyjdziemy do Boga, powinniśmy się najpierw poprawić, uporządkować życie, zerwać z grzechem. A jak jest naprawdę?

W rozważaniu w poprzednim numerze „Opiekuna” zatrzymaliśmy się nad słuchaniem. Mówiliśmy o tym, że wszystko zaczyna się w chwili, kiedy człowiek pozwala, aby Słowo weszło w jego życie. Bo zanim cokolwiek się zmieni, człowiek podejmie postanowienie, najpierw musi usłyszeć. A kiedy naprawdę słucha Słowa, wtedy zaczyna się w nim coś poruszać. Ale nie możemy pozostać na etapie słuchania. Bo można słuchać uważnie, nawet przeżywać wzruszenie, poczuć dotknięcie łaski i nie zrobić żadnego kroku naprzód. Można wyjść z kościoła i pozwolić, by wszystko powoli wróciło do dawnego porządku. Dlatego druga część rekolekcji prowadzi nas dalej - od słuchania do odpowiedzi.

Odnalazłem ojca

W Ewangelii jest moment niezwykle poruszający. Jezus przez długi czas nauczał tłumy. Ludzie przychodzili do Niego, jedni z ciekawości, inni z potrzeby serca, jeszcze inni dlatego, że szukali uzdrowienia czy znaku. Słuchali Go, dyskutowali między sobą, próbowali zrozumieć, kim jest. Padały różne odpowiedzi: prorok, nauczyciel, ktoś wyjątkowy. Ale w pewnym momencie Jezus przestaje pytać o to, co mówią inni. Odwraca się do swoich uczniów i zadaje pytanie osobiste: „A wy za kogo Mnie uważacie?” (Mt 16, 15) To pytanie zmienia wszystko. Bo przestaje chodzić o opinie. Przestaje chodzić o tłum. Nie można już ukryć się za zdaniem innych ludzi. Trzeba powiedzieć coś od siebie.

To pytanie wciąż rozbrzmiewa w Kościele, zwłaszcza w czasie rekolekcji. Ono nie straciło aktualności. Jezus dzisiaj także patrzy w oczy każdemu z nas i pyta: Kim jestem dla ciebie - nie w teorii, nie w katechizmie, nie w tradycji twojej rodziny - ale w twoim codziennym życiu? Kim jestem w twoich wyborach? Kim jestem w twoim cierpieniu? Kim jestem w twoich relacjach? Kim jestem w twoim grzechu? Bo można znać wszystkie prawdy wiary i jednocześnie żyć tak, jakby Bóg był daleko.

Wielu ludzi wierzy - przynajmniej deklaratywnie. Wierzą, że Bóg istnieje. Wierzą w Ewangelię. Ale ich życie pozostaje w tym samym miejscu. Nie zmienia kierunku. Nie nabiera nowej dynamiki. Dlaczego? Bo może zabrakło decyzji. Wiara bez decyzji staje się tradycją przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Staje się elementem kultury, czymś oczywistym, ale niekoniecznie żywym. Tymczasem Ewangelia nigdy nie jest dodatkiem do życia. Ona jest światłem, które chce je przeniknąć. Jeżeli naprawdę uwierzę, że Jezus jest Panem, to nie mogę żyć tak, jakbym sam był panem wszystkiego. Jeżeli naprawdę uznam Go za Zbawiciela, to muszę pozwolić Mu wejść w te przestrzenie, w których najbardziej potrzebuję ratunku. Spotkanie z żywym Bogiem zawsze prowadzi do zmiany kierunku. Może nie od razu w sposób spektakularny, może nie w jednej chwili, ale prowadzi do decyzji, która zaczyna przestawiać całe życie.

Poznałem kiedyś historię Kacpra. Zaczął opowiadać: „Mam 28 lat. Gdy mój ojciec dowiedział się, że mam się urodzić, odszedł i ułożył sobie życie z kimś innym. Mama wychowywała mnie sama, robiąc wszystko, by niczego mi nie zabrakło. A jednak w moim sercu była pustka. Unikałem z kolegami rozmów o ojcu, czasem mówiłem, że nie żyje, bo łatwiej było skłamać niż przyznać się do bólu. Tę pustkę próbowałem zagłuszyć imprezami, alkoholem i przelotnymi relacjami. Chciałem być kochany i zauważony. Spotykałem się z wieloma dziewczynami, ale żadna relacja nie dawała mi pokoju. Raniłem innych i siebie. Czułem, że gubię sens.

Pewnej niedzieli usłyszałem w kościele, że Bóg jest dobrym Ojcem i kocha szczególnie tych, którzy sami mają już siebie dość. To zdanie zatrzymało mnie. Zacząłem odkrywać, że Bóg naprawdę jest dobry - że nie stoi z boku, ale wchodzi w nasze historie, nawet te najbardziej poplątane. On chce okazywać swoją dobroć, leczyć to, co zranione. Temu szczególnie służy czas Wielkiego Postu - by pozwolić Mu działać, uporządkować serce i przywrócić właściwy kierunek. Ale Bóg potrzebuje naszej odpowiedzi. Potrzebuje wiary i odwagi wyjścia ze starej strefy komfortu. Ja musiałem zrobić krok - przebaczyć ojcu, przestać go osądzać i wyruszyć na jego poszukiwanie. Po półtora roku szukania stanąłem pod jego drzwiami. Serce waliło mi jak młot. Pomyślałem tylko: „Panie Boże, albo Ty jesteś w mojej historii, albo Ciebie nie ma” i zadzwoniłem do drzwi.

Otworzył mi szpakowaty mężczyzna, a ja resztą odwagi wykrztusiłem: „Dzień dobry, mam na imię Kacper i bardzo możliwe, że jest pan moim ojcem”. A on na to: „Tak, jestem. Wejdź”. Rozmawialiśmy długo i szczerze. Powiedziałem, że nie mam pretensji i niczego nie żądam. On z kolei opowiedział mi, że wiele razy o mnie myślał i zastanawiał się, jak wyglądam, jak żyję i czym się zajmuję. Było dla mnie niemałym zaskoczeniem, że jednak gdzieś w głębi serca o mnie pamiętał. Poczułem się naprawdę kochany. Odnalazłem ojca na ziemi i pojednaliśmy się. Dziś wiem, że Bóg był w tej historii od początku. Prostował moje ścieżki, gdy pozwoliłem Mu działać. Synem mojego ziemskiego ojca stałem się na nowo cztery lata temu. Synem Ojca w niebie jestem od zawsze - i teraz żyję tą prawdą”.

Najbardziej niebezpieczne słowo: „kiedyś”

Często wydaje nam się, że największym zagrożeniem dla wiary jest bunt albo jawne odrzucenie Boga. Tymczasem o wiele bardziej niebezpieczne jest słowo „kiedyś”. Pewnego razu w ciemności odbyła się narada. Szatan zapytał swoje duchy: - Jak sprawimy, żeby ludzie nie wrócili do Boga? Jeden powiedział: - Powiemy im, że Boga nie ma. - Nie wszyscy w to uwierzą - odpowiedział.

Drugi rzekł: - Powiemy im, że nie ma sądu. - Zbyt wielu czuje w sercu, że życie ma konsekwencje. Wtedy najmłodszy z nich wyszedł naprzód i powiedział cicho: - Niech wierzą. Niech nawet słuchają o Jezusie. Tylko powiedzmy im jedno słowo: „Jutro”. W sali zapadła cisza. - Jutro się nawrócę. Jutro zacznę żyć dla Boga. Jutro uporządkuję swoje życie.
Szatan uśmiechnął się. - Tak - powiedział. - Jeśli damy im jutro, nigdy nie wybiorą dziś. A Pan mówi w swoim Słowie: „Oto teraz czas upragniony, oto teraz dzień zbawienia” (2 Kor 6, 2).

„Jeszcze nie teraz”, brzmi spokojnie i rozsądnie. Nie ma w nim agresji. Nie ma sprzeciwu. Ale jest w nim odkładanie łaski. A serce człowieka nie jest miejscem neutralnym. Jeśli nie otwiera się na Boga, zaczyna się powoli zamykać.
„Kiedyś wrócę do regularnej spowiedzi. Kiedyś uporządkuję swoje relacje rodzinne. Kiedyś przebaczę. Kiedyś zacznę się lepiej modlić”. Każde odkładanie sprawia, że następny krok staje się trudniejszy. Dlatego Jezus mówi w Ewangelii: „Czas się wypełnił”. Nie mówi: „Zastanówcie się kiedyś”. Nie mówi: „Może w przyszłości”. Mówi: „Teraz”. Łaska zawsze przychodzi w teraźniejszości. Bóg działa dziś.

Nawrócenie zaczyna się od spotkania, nie od perfekcji

Czasem myślimy, że zanim przyjdziemy do Boga, powinniśmy się najpierw poprawić. Że trzeba najpierw uporządkować życie, zerwać z grzechem, wszystko poukładać – a dopiero potem stanąć przed Nim. Ale Ewangelia pokazuje coś zupełnie innego. Bóg przychodzi do człowieka w jego niedoskonałości. Zacheusz nie uporządkował najpierw swojego życia - to Jezus pierwszy wszedł do jego domu. Piotr nie był silny w chwili zaparcia - to spojrzenie Jezusa przemieniło jego serce. Bóg nie mówi: „Popraw się, a potem przyjdź”. On mówi: „Przyjdź, a Ja cię podniosę.” Nawrócenie zaczyna się od szczerego uznania prawdy o sobie. Od momentu, w którym człowiek przestaje udawać. W którym mówi: „Panie, pogubiłem się”. I właśnie w tej chwili zaczyna się coś nowego. Nie w doskonałości. W pokorze. Kiedy Jezus pyta: „A wy za kogo Mnie uważacie?”, nie oczekuje pięknej formuły. On oczekuje odpowiedzi, która dotknie życia. Czasem ta odpowiedź będzie bardzo konkretna. Może będzie nią spowiedź po latach. Może przebaczenie komuś, kogo nosimy w sercu jak ciężar. Może decyzja zerwania z czymś, co niszczy nasze sumienie. Może wierność niedzielnej Eucharystii, która przestanie być dodatkiem, a stanie się centrum.

Odpowiedź Jezusowi nie jest teorią. Jest ruchem serca i krokiem naprzód. Może być i tak, że w głębi serca często boimy się jednego: że jeśli naprawdę oddamy Bogu swoje życie, coś stracimy. Że utracimy kontrolę, swoje plany, swoją wygodę. Ale prawdziwa strata polega na czymś innym - na życiu bez zaufania. Bo kiedy człowiek oddaje Bogu swoje życie, nie traci go. On zaczyna je odzyskiwać. Zaczyna doświadczać wolności od lęku, od przeszłości, od ciężaru winy. Bóg nie przychodzi, żeby odebrać. On przychodzi, żeby uzdrowić. Nie przychodzi, żeby zawęzić życie. On je poszerza.

Rekolekcje to moment szczególnej bliskości Boga. To chwila, w której On przechodzi bardzo blisko i mówi do serca. Może już wiesz, jaka decyzja dojrzewa w tobie. Może wiesz, że jest jedna sprawa, której nie możesz już dłużej odkładać. Może czujesz, że to jest właśnie ten moment. Nie trzeba zrobić wszystkiego naraz. Czasem wystarczy jeden krok. Jedna szczera modlitwa. Jedno wyznanie prawdy w konfesjonale. Jedno „tak”, wypowiedziane z serca. Bo jeśli wiara rodzi się ze słuchania, to nowe życie rodzi się z odpowiedzi. Może właśnie dziś przestaniesz być tylko słuchaczem, a staniesz się uczniem. Nieidealnym. Ale prawdziwym. I to wystarczy, by zaczęło się wszystko od nowa… jak Kacper. 

ks. Łukasz Skołud MSF

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!