TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 18 Sierpnia 2019, 14:56
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Związki chemiczne

Związki chemiczne

Miałam ostatnio okazję uczestniczyć we Mszy św. jubileuszowej z okazji 50. rocznicy ślubu pewnego małżeństwa. Kompletnie nieznani mi ludzie, którzy pewnie przez ostatnie pół wieku nie raz mogli powiedzieć sobie, że postanawiają szukać szczęścia poza rodziną, którą zbudowali. Mogli, ale wybrali drogę wierności i wytrwałości. Szaleństwo. Bo kto normalny zdecydowałby się mieszkać 50 lat pod jednym dachem z tym samym człowiekiem, który nie jest chodzącym ideałem i w dodatku nie tylko mieszkać, ale przede wszystkim dzielić życie?

Z drugiej strony od pewnego czasu krąży w internecie piękne zdjęcie dwojga starszych ludzi, którzy idą  drogą wśród drzew, trzymając się za ręce. Zdjęcie opatrzone jest komentarzem: ,,Spytano parę staruszków, jak wytrzymali ze sobą 50 lat. Odpowiedzieli: „Bo widzi pan, urodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się psuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało do kosza” i dość chętnie było udostępniane na portalu społecznościowym facebook. Równie chętnie jest ono „polubiane” i pozytywnie komentowane. Towarzyszy temu oczywisty sentyment do czasów, które nie wrócą i ubolewanie nad zgniłością naszej konsumpcyjnej cywilizacji. Sentyment jest wskazany i ubolewanie uzasadnione. Chociaż w wypowiedziach przebijała pewna wiara w nasze pokolenie. Nie za często oczywiście.

Po jubileuszowej Mszy św. zastanawiałam się, ilu z moich rówieśników, którzy w ostatnich latach ślubowali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską, będzie mogło przeżywać złote gody (z pierwszym mężem lub pierwszą żoną, żeby nie było wątpliwości). Jeżeli niewielu, to nie dlatego, że jak wszyscy zgodnie twierdzimy, nie dożyjemy „takiego wieku”, ale z powodu naszej nowej (nowoczesnej?) mentalności. Zasada jest jedna: życie jest po to, żeby było fajnie. Jak nie jest fajnie, to trzeba zrobić tak, żeby było. I tyle. Filozofia prosta, jak konstrukcja cepa. Ale pojawia się pewien problem – nie da się w ten sposób wypracować globalnego poczucia „fajności”. Nawet gdy rodzice rozstają się „bez mrugnięcia okiem”, to może im obojgu (lub ewentualnie jednemu) sprawia to przyjemność, ale są jeszcze dzieci, bliscy, przyjaciele. Przecież w kogoś to trafia. Chyba nie wszyscy skaczą z radości, że jakieś małżeństwo się sypie. Przynajmniej w Polsce*. 

Czyli z tą „fajnością” sprawa jest mocno wątpliwa. O co zatem chodzi? Odpowiedź jest jasna: o zbawienie. W małżeństwie najważniejsze dla męża powinno być zbawienie żony, dla żony – zbawienie męża, a oni oboje powinni wspólnie troszczyć się o zbawienie swoich dzieci. Jest na to szansa, gdy fundamentem rodziny staje się Bóg. I cóż się wówczas dzieje? Zachodzi reakcja chemiczna. Dosłownie. W taki sposób zobrazował małżeństwo Robert Friedrich, porównując je do soli. Sól jest związkiem chemicznym sodu i kwasu solnego – NaCl. Pierwsza z tych substancji jest wybuchowa, a druga silnie trująca. Stwórca tak to jednak zakombinował, że połączone razem, dają to, co jest niezwykle pożyteczne. Tak samo jest z małżeństwem, gdzie dwoje zupełnie różnych ludzi, każdy ze swoim „ja jestem”, razem jest zdolne rodzić dobre owoce (nie mam na myśli rodzinnego porodu, choć i w tym coś jest). Warunek jest jeden – Stwórcą tego związku musi być Bóg, który jako jedyny jest w stanie dokonywać cudów przemiany. Jeśli tego zabraknie, chemiczne reakcje mogą mieć dość dużą siłę rażenia, bo odłamkami też można nieźle oberwać. Może skończyć się też tak, jak opisuje to św. Paweł: „A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli” (Ga 5,15).

*10 lat temu w Ameryce narodził się pomysł organizowania przyjęcia z okazji rozwodu i dotrł do Europy.

Katarzyna Strzyż

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!