TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Listopada 2019, 13:53
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Sprawdzę na „fejsie”, czy się obudziłem...

Meandry czwartej władzy

Sprawdzę na „fejsie”, czy się obudziłem...

Pierwszy wakacyjny zagraniczny wyjazd naraził mnie ponownie na rozliczne lamenty przyjaciół i znajomych: „Dlaczego nie ma cię na facebooku? Moglibyśmy mieć znacznie lepszy kontakt”. Z kolei przyjaciółka, która właśnie otworzyła restaurację w Tokio donosi mi z dumą, że w pierwszym dniu mieli 90 tysięcy wejść na „fejsie” i z lekką pretensją stwierdza, że ze mną byłoby o jedno wejście więcej...

Ja wiem, że dzisiaj niektórzy bez portali społecznościowych nie wiedzą, że żyją. OK. Ale dla odreagowania i ku przestrodze napiszę dzisiaj o pewnych istotnych zagrożeniach, o których przypomniał mi link podesłany przez redakcyjną koleżankę.
Jest to fragment wystąpienia Eli Parisera. Eli opowiada, że kiedy dorastał na wsi Internet oznaczał dla niego coś zupełnie odmiennego, był jego oknem na świat, czymś co mogło wszystkich razem połączyć. Był pewien, że Internet będzie czymś wspaniałym dla demokracji i dla społeczeństwa. Ale Eli dostrzegł pewną zmianę w przepływie informacji online, która jest niewidoczna i jeśli nie zwróci się na nią uwagi, może stać się prawdziwym problemem. Wspomina Eli: „Pierwszy raz zobaczyłem to na moim profilu na Facebooku. Politycznie jestem bardzo progresywny i liberalny, ale chętnie zaglądam też do konserwatystów. Lubię słuchać tego, co mówią, o ich punktach odniesienia, uczę się czasami od nich. Zaskoczyło mnie pewnego dnia, że konserwatyści zniknęli z mojego profilu. Co się okazało? Otóż, Facebook sprawdzał, w co klikałem i zauważył, że częściej zaglądałem do moich kolegów liberałów, niż do konserwatystów, i NIE INFORMUJĄC MNIE O TYM, BEZ MOJEJ ZGODY, odrzucał linki konserwatywne. One zniknęły. Takiej samej selekcji dokonuje Google”.
Co to znaczy? Jeżeli dwie osoby szukają tej samej informacji, nawet w tym samym czasie, mogą otrzymać zupełnie inne rezultaty. Nawet gdy ktoś nie jest zalogowany, jest 57 sygnałów, które odbiera Google, począwszy od miejsca, gdzie siedzisz, komputera, którego używasz, przeglądarki itd. i personalizuje wyniki. Wiele innych serwisów informacyjnych robi to samo. Wszystko idzie w tym kierunku, że Internet pokazuje nam świat w taki sposób, jak on sam myśli, że my chcemy go widzieć, ale NIEKONIECZNIE TO, CO POWINNIŚMY WIDZIEĆ. I to jest bardzo niebezpieczne. W społeczeństwie opartym na mediach tradycyjnych, pisaliśmy o tym w tej rubryce, byli tzw. gatekeepers, czyli redaktorzy, osoby kontrolujące przepływ informacji, którzy decydowali, co trafi na pierwsze strony, a co nie ukaże się wcale. Internet wymiótł gatekeeperów i myśleliśmy, że teraz wszystko jest świetnie, informacja jest uwolniona, ale tak się niestety nie dzieje. Praktycznie ludzi gatekeeperów, zastąpiły gatekeepers algorytmiczne, które niestety nie mają zmysłu etycznego i mogą być przez swoich programatorów manipulowane. One decydują, co zobaczymy, czego się dowiemy o świecie.
Myślę, że wielu z nas to zauważyło na przykładzie zakupów w sieci, albo poszukiwania informacji choćby na temat jakiegoś artykułu, który chcemy nabyć. Jeśli na przykład „pogooglamy” sobie na temat telewizorów, łatwo zauważyć, że później nieustannie widzimy w swojej przeglądarce reklamy telewizorów. Niestety, to samo dzieje się, gdy chodzi o informacje o świecie. To może być bardzo niebezpieczne. Możemy żyć w bańce mydlanej skonstruowanej wokół nas. Wystarczy. Idziemy na powietrze, do realu.

ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!