TELEFON DO REDAKCJI: 62 766 07 07
Augustyna, Ingi, Jaromira 17 Lutego 2026, 23:22
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Na szczęście nie da się żyć wiecznie

Na szczęście nie da się żyć wiecznie 

Oczywiście chodzi mi o takie życie jakim żyjemy teraz. Powiedzmy - zwykłe życie. Bo tak w ogóle to oczywiście nie tylko da się żyć wiecznie, ale wręcz nie ma innej możliwości. Można w niebie albo w piekle (w pewnym uproszczeniu), ale tak czy owak to jest wiecznie. Umrzeć się po prostu nie da. Ale to życie na Ziemi ma swój koniec i całe szczęście, że go ma.

Ale nie o tym chciałem dokładnie pisać, tylko o tym, że ludzie w ciągu ostatnich lat nagle zapragnęli maksymalnego bezpieczeństwa i to jeszcze z ubezpieczeniem, zabezpieczeniem, policją i Strażą Pożarną. Straż jest tu bardzo ważna i na miejscu.
Jakieś 40 lat temu (no nawet trochę więcej) prowadziłem grupę dziecięcą w Klubie Inteligencji Katolickiej. Byłem bardzo młodym wychowawcą, bo objąłem szefostwo jako 18-latek. Ale ja zawsze lubiłem być szefem i to mi nie przeszkadzało. Tak że - ja to ja, ale to nie przeszkadzało również rodzicom tych wszystkich niewinnych dziatek, którymi się zajmowałem, a których była dobra 30.

Oczywiście prowadziliśmy tę grupę razem z moją ówczesną narzeczoną, a obecnie żoną Anitą - w przeciwnym wypadku jest faktycznie możliwe, że nie wszystkie dzieci by tak całkiem dożyły, a w każdym razie niekoniecznie w jednym kawałku. Anita z pewnością była tym elementem stabilizującym i przypominała nam wszystkim o jedzeniu, ciepłych czapkach oraz o tym, że po wyskoczeniu z trzeciego piętra można się trochę potłuc, albo że nie trzeba tak koniecznie wchodzić na najwyższe drzewa. Ogólnie ja i dzieci uważaliśmy to za przynudzanie, ale dla świętego spokoju realizowaliśmy część zaleceń Anity i pewnie trochę dlatego jakoś sobie radziliśmy. I to też jest fakt.

Przypominam sobie jednak takie wycieczki (bo co tydzień - dwa mieliśmy wycieczkę, poza tym obóz letni i zimowy!), na których Anity nie było. Na przykład w 1980 lub 1981 r. zimą spotkaliśmy się w Zegrzu nad Zalewem (podobno poprawnie mówi się Jezioro Zegrzyńskie - tak napisali w internecie! - nigdy nie słyszałem, żeby ktoś tak mówił! Ewentualnie mówiło się „Zalewa Zegrzyńska”, bo woda była gęstawa..). Zalew był zamarznięty, dokładnie tak jak w tej chwili, więc przypięliśmy łyżwy i ruszyliśmy przez sam środek, dokładnie na drugi brzeg. Ja (wówczas 18-latek) i 20 dzieci w wieku około 10 lat. Spokojnie przez środek dużego akwenu wodnego. Naprawdę dużego, bo Zalew mały nie jest.

I, uwaga!, nie było o nas wiadomości w Dzienniku Telewizyjnym, ja nie zostałem aresztowany, dzieci nie zginęły straszną śmiercią. Co więcej - pies z kulawą nogę nie zwrócił uwagi na naszą wycieczkę. Uwaga druga - nie, nie sprawdzałem w internecie grubości lodu, nie - nie napisałem na mediach społecznościowych „hejka mobilki, a jak tam waruneczki lodowe” i nie zawiadamiałem Straży Pożarnej o naszych planach. Wówczas (jeszcze raz uwaga!) nie było żadnych internetów, nie było nawet pojęcia mediów społecznościowych i oczywiście nikt obecny na wycieczce nie miał ze sobą telefonu! To wszystko było daleko poza wszelkim naszym pojęciem.
Natomiast jestem pewien, że o naszych „szalonych” planach wiedzieli rodzice dzieci (wiedzieli też moi) i było im to całkowicie obojętne!

Oczywiście wiem, że przypuszczacie, że w sytuacji kiedy każdy miał po 10 dzieci to nie było problemem jak się tam ktoś utopił. Krzesła się przy stole przesunęło i już. Ale to nieprawda!
Wcale tak nie było. Rodzice kochali swoje dzieci nie mniej niż obecnie, a nawet sądząc z przejawów, to tak jakby nieco bardziej…

Czy na naszej drodze przez Zalew nie mógł się znaleźć przerębel? Czy nie mógł tam płynąć jakiś ciepły prąd zmniejszający istotnie grubość lodu? No jasne, że mógł. Czy któreś z dzieci nie mogło tam wpaść i utonąć? A może mogłem tam po prostu wpaść ja, a małe dzieci zostałyby na pękającym lodzie same… To przecież jasne, że mogło tak być.
A czy z drugiej strony zadawanie pytań na mediach społecznościowych (ostatnio jakaś pani na FB pytała, czy są dobre warunki na asfalcie! do Morskiego Oka i czy będą tam potrzebne raki!), sprawdzanie każdej dupereli w internecie i dzwonienie co pięć minut po Straż Pożarną nie zwiększyłoby trochę bezpieczeństwa? Tak na logikę to może by trochę zwiększyło. Może o jakiś promil? Może mniej…

Ale z drugiej strony - czy z tymi wszystkimi pytaniami, obijaniem sobie tyłka blachą, jojczeniem, sprawdzaniem, wycofywaniem się ze wszystkiego co choć odrobinę mogłoby być niebezpieczne (Ajjajaj! Aż strach to mówić!) jesteśmy choć trochę bardziej nieśmiertelni?
I uczciwa odpowiedź na to pytanie jest taka - ni cholery nie!! Ani trochę!
Za to czas poświęcony na wspomniane już obijanie sobie blachą różnych części ciała jest czasem całkowicie zmarnowanym. Czasem, w którym nie żyjemy, tylko się zabezpieczamy przed życiem. Nie cieszymy się chwilą, tylko się zamartwiamy!
Ostatnio wyszedłem ze swojego gabinetu i zobaczyłem w poczekali siedzącego pacjenta. Jakoś nie wiedziałem, że już tam jest.
— Oj, mam nadzieję, że się Pan nie nudził?
— Ja się nigdy nie nudzę panie profesorze, ja się zamartwiam…
To tak chcemy? Naprawdę? Bo ja na przykład nie.
Jako człowiek zasadniczo odpowiedzialny, dziadek 10 wnucząt, ojciec czworga dzieci, kierownik kliniki psychiatrycznej, lekarz - szczerze mówiąc ani trochę nie żałuję tamtej pięknej wycieczki na łyżwach. Gdybym spędził ten czas ze swoją komóreczką, stukając w nią i łącząc się ze Strażą Pożarną, to już jutro bym o tym nie pamiętał. A tak to wspominam po 46 latach…
A że zawsze się może coś stać? To modlić się trzeba. Będzie co Bóg planował. Internet do tego niepotrzebny.
A już media społecznościowe to szczerze mówiąc do niczego, chyba że ktoś tam felietony czyta - to polecam! Ale nie pytajcie tam o drogę - idźcie nią!! 

prof. Łukasz Święcicki
swiecick@ipin.edu.pl

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!