TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 01 Października 2020, 04:04
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Na lekcji u komika

Na lekcji u komika

Nim przejdę do meritum tego felietonu chciałbym się odwołać do dwóch osobistych wspomnień. Pierwsze z nich sięga odległych już czasów, których nawet nie potrafię precyzyjnie określić, jako pewne wyznaczniki niech posłużą następujące fakty: w naszym telewizorze obraz był jeszcze czarno-biały, programy były tylko dwa i nawet małemu dziecku, jakim wówczas byłem, zdarzało się dotrwać do samego końca codziennej emisji, tak uboga była oferta siermiężnego nadawcy publicznego (i jedynego) z czasów demokracji zwanej ludową. Ale właśnie dzięki temu pamiętam, że zanim pojawił się tak zwany obraz kontrolny, na zakończenie programu, a może było to o północy (?) odtwarzano dynamiczną wersję, zapewne w wykonaniu orkiestry wojskowej, Mazurka Dąbrowskiego, czyli naszego narodowego hymnu. Nie pamiętam kto i kiedy mnie tego nauczył, ale od najmłodszych lat, bez względu na to, czy siedziałem przed telewizorem sam, czy w towarzystwie braci bądź rodziców, kiedy słyszałem hymn państwowy stawałem „na baczność”. Oczywiście później mi przeszło, ale jeszcze dziś, kiedy zamknę oczy, widzę tego malca w piżamie stojącego na baczność w ciemnym pokoju przed telewizorem. Bo to był nasz hymn. Najpiękniejszy hymn. Kiedy w późniejszych latach, głównie dzięki meczom reprezentacji w piłce nożnej poznawałem hymny innych narodów, tylko się utwierdzałem w tym przekonaniu. Nasz jest najpiękniejszy.
Drugie wspomnienie dotyczy czasów dużo bardziej współczesnych, bo bodajże w roku 2006 wraz z moimi parafianami na rzymskim lotnisku Fiumicino oczekiwaliśmy na samolot do Lizbony. Wraz z moim rówieśnikiem, niejakim Reginaldo, piliśmy espresso przy barze, gdy niespodziewanie obok nas stanął Roberto Benigni. Tak, ten słynny od obsypanego Oscarami filmu „Życie jest piękne”. Ja kocham filmy Benigniego, ale Reginaldo po prostu szalał na jego punkcie. Więc kiedy zobaczył słynnego aktora, który stał obok nas w towarzystwie hostessy pracującej w obsłudze lotniska, najpierw zaniemówił, a potem zaczął paplać, niczym w malignie:
- Panie Benigni, pamięta pan? Spotkaliśmy się jakieś piętnaście lat temu w Sermonecie! Pamięta pan? Był pan na spotkaniu. Ja siedziałem w pierwszym rzędzie i dał mi pan autograf. Pamięta pan? W Sermonecie! – bredził Reginaldo, a mnie było po prostu wstyd, bo stary facet, a zachowywał się jak dziecko. Pomyślałem, że biedny ten Benigni, jeśli wszyscy go tak zaczepiają, bo cała ta Sermoneta, choć śliczna średniowieczna wioska z pięknym pałacem Gaetanich, to jak nie przymierzając jakaś Kakawa Górna (bez obrazy). I proszę sobie wyobrazić, że Roberto Benigni wykrzyknął wówczas:
- Sermoneta??? Jasne, że pamiętam! – Reginaldo prawie zemdlał z dumy, ale Benigni mówił dalej. – No pewnie, Sermoneta! Jakże bym mógł zapomnieć. Właśnie od pół godziny nie rozmawiamy o niczym innym, tylko o Sermonecie. Pani może potwierdzić – zakończył z uśmiechem Benigni wskazując na hostessę i wtedy zrozumieliśmy, że aktor żartował. Reginaldo szybko doszedł do siebie, a ja nie mogłem wyjść z podziwu dla komika, który nawet z przygodnymi, zaczepiającymi go turystami potrafił wejść w konwencję żartu i to bez najmniejszych oznak zniecierpliwienia.
I wreszcie dochodzimy do meritum. Kilka dni temu zakończył się festiwal w San Remo, od dziesięcioleci najważniejsze wydarzenie z kategorii muzyki rozrywkowej na Półwyspie Apenińskim. Włochy to w wyobrażeniu wielu pizza, mafia, ale też i San Remo. Nie jestem wielkim fanem tego blichtru, właściwie wcale nie jestem, ale doroczne spotkanie w San Remo to również okazja do wysłuchania wystąpienia Roberto Benigniego reżysera, aktora, komika i prześmiewcy, a przy okazji festiwalu nierzadko również piosenkarza, choć śpiewak z niego żaden. Jak nadmieniłem wcześniej, uwielbiam jego filmy, natomiast gdy chodzi o poglądy polityczne, to lewicujący Benigni jest absolutnie z innej bajki. Jednakże podczas ostatniego San Remo po tym, jak już obśmiał wszystkich polityków, zwłaszcza z bunga bunga premiera, dokonał niesamowitej egzegezy hymnu włoskiego. Wielu Włochów nie lubi swojego hymnu, widząc w nim, zupełnie niesłusznie faszystowskie nuty. I proszę sobie wyobrazić, że ten komik, ten lewicowiec z wielką żarliwością wytłumaczył Włochom, dlaczego ich hymn jest piękny, pokazał im, że zawiera on w sobie nie tylko historię Italii, ale wręcz całe jej terytorium, od Alp po Sycylię, przypomniał, że młodzi mężczyźni, którzy go napisali, zrobili to z miłości do Italii i oddali życie za Ojczyznę i wreszcie na koniec zaśpiewał im ten hymn w taki sposób, w jaki uważał, że pewnie nucił go sobie jego autor. (A jeszcze zanim zaśpiewał to wspomniał o Polsce, która jest cytowana we włoskim hymnie, podkreślając, ile Polska wycierpiała od Rosji. Widać przynajmniej jego nie dotyczy embargo na prawdę historyczną w dobie naszego „pojednania” z sąsiadem). I oświadczył wszystkim, że jest dumny ze swojej Ojczyzny, hymnu i flagi, i języka, bo to język Dantego! I że trzeba kochać Italię. Myślę, że 20 milionów Włochów, którzy byli przed telewizorami byli dumni, a przecież wiemy, że nie jest to dobry czas, żeby się chlubić przed światem włoskością. A jednak! I słusznie! Bo Ojczyzny się nie wybiera. Mam nadzieję, że nasze elity czegoś się od Benigniego nauczą. I nie tylko elity. Niech ten przykład idzie „z ziemi włoskiej do Polski”.

ks. Andrzej Antoni Klimek 

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!