TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 21 Października 2020, 17:27
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

?Animatorzy? w kościele

„Animatorzy” w kościele

Pamiętam, jak kilka lat temu jeden z dziennikarzy „Gazety Wyborczej” pisał, że marzy mu się, że wreszcie w polskich kościołach, kiedy księża bądź biskupi mówić będą na tematy, na które - zdaniem dziennikarza - mówić nie powinni, jak choćby ochrona życia poczętego, ludzie po prostu wstaną z ławek i po kolei zaczną wychodzić. Aż ksiądz zostanie całkiem sam. 

Nie sądzę, żeby ów pan miał akurat takie marzenia (a nie na przykład spłacić wcześniej zaciągnięty kredyt, albo wspaniałe wakacje w ulubionym miejscu świata, albo żeby się syn dobrze ożenił i wnuki były zdrowe), to była raczej instrukcja, chęć „zabełtania” w głowie swoim czytelnikom, od lat przecież urabianym do pewnych narracji. Niestety dla pana dziennikarza, a na szczęście dla zdrowego rozsądku i porządku podczas nabożeństw, marzenia redaktora takimi pozostały. 

Ale coś widać zaczyna się zmieniać. Najpierw była prowokacja w kościele św. Anny w Warszawie. W Niedzielę Miłosierdzia Bożego, gdy podczas Mszy Świętej ksiądz odczytywał list Prezydium Konferencji Episkopatu Polski w sprawie ochrony życia człowieka, kilka kobiet wstało i ostentacyjnie opuściło świątynię. Wszystko wskazuje na to, że była to prowokacja feministek wespół z „Gazetą Wyborczą”. Zaprzyjaźnieni dziennikarze „przypadkiem” nagrali całe zajście, przeprowadzili wywiady z kobietami, które opuściły kościół, a potem przekonywali, że w ten sposób wierni reagują na stanowisko Prezydium KEP. Wszystko zaczęło się od grupy na Facebooku o nazwie „Dziewuchy Dziewuchom”. Po kilku postach i pomysłach na protest, w końcu założono wydarzenie o nazwie „wyjście z kościoła podczas czytania listu”. Organizatorem wydarzenia jest niejaka Marta M., która pracuje w SVG Studio należącym do Agory. 

Nie wiem, czy pan dziennikarz czuł się spełniony po tym wydarzeniu i „odhaczył” marzenie na swojej liście, a może jednak chodziło mu o coś bardziej spontanicznego?

Bo oto mamy kolejne podobne wydarzenie, niestety panie redaktorze, znowu ustawione. Tym razem nawet bez problemów się do tego przyznano. Rzecz miała miejsce w katedrze gnieźnieńskiej, zapewne całkiem „przypadkowo” i nie ma to związku z obchodami 1050-lecia chrztu Polski. Co się stało? Otóż we Mszy Świętej uczestniczyły kobiety przebrane w ciemne stroje, niczym muzułmanki. Czasami padały na ziemię, miały też przyjąć Komunię. Koniec końców okazały się uczestniczkami warsztatów teatralnych.

Oburzenie wywołał fakt, że „muzułmanki” zakłóciły modlitwę tylko po to, by zaliczyć aktorskie zadanie. Klękały i biły pokłony przed ołtarzem bazyliki Świętego Wojciecha, szokując zebranych na nabożeństwie. A było to po prostu przedstawienie narzucone przez autorów projektu „ReStart. Łańcuch Sztuki. Kontynuacja”. Uczestnicy mieli udawać przedstawicieli innych ras czy wyznań. W jakim celu? By podważać sens istniejących stereotypów.

Proboszcz katedry przyznał, że nigdy nie spotkał się z podobną sytuacją. A teraz, uwaga, prawdziwa perełka: „Uczestnicy warsztatów zapragnęli przekonać się bezpośrednio na samych sobie, co to znaczy być odrzuconym, nosić piętno obcego, nieakceptowanego przez większość” skomentowała sprawę dyrekcja Teatru im. Aleksandra Fredry stojącego za projektem. A nie mogły pójść jako katoliczki do meczetu? Najlepiej w Syrii???

Jak mówił wielokrotny premier Włoch Giulio Andreotti domyślać się u kogoś złych intencji to grzech, ale jakże często ma się rację, i trudno oprzeć się wrażeniu, że cały ten performance był ukierunkowany na to, aby kogoś sprowokować. Żeby zobaczyć, czy może ksiądz odmówi Komunii Świętej, albo jakieś babcie wygrzmocą te „muzułmanki” parasolami po głowach, albo jakiś zatroskany o czystość wiary młodzieniec wyprowadzi je z kościoła. A potem te cudne materiały do artykułów o nietolerancyjnym polskim Kościele, czyli „największym problemie” papieża Franciszka. 

Nadal nie sądzę, aby marzenia wspomnianego redaktora zaczęły się ziszczać, ale myślę, że coraz wścieklej będą próbowali je realizować „na chama”. Polecam więc zawsze buteleczkę z wodą święconą mieć pod ręką... 

ks. Piotr Szkudlarek

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!