TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Augustyna, Ingi, Jaromira 22 Listopada 2019, 08:41
Dziś 19°C
Jutro 13°C
Szukaj w serwisie

Reminiscencje z kampanii

Reminiscencje z kampanii

Bardzo nie lubię kampanii wyborczych. Przede wszystkim dlatego, że wtedy już nie wystarcza abstynencja od mediów elektronicznych, aby pozostawać z dala od mających jedynie generować wzmożenie emocjonalne debat i wystąpień polityków, ponieważ owi politycy „atakują” nas z każdego płotu, słupa, nie wspominając olbrzymich billboardów agencji reklamowych. Swoją drogą to ja się im potem nawet nie dziwię, że nabierają takiej buty i pewności siebie: jak ja bym widział siebie, pięknie wyretuszowanego, na potężnym panoramicznym obrazie rozciągającym się przy ruchliwej ulicy, a właściwie patrzącym z góry na ruchliwą ulicę, to pewnie też bym uwierzył, że jestem jakimś wszechmogącym Bruce’m (taka postać z głupawej komedii). W każdym razie to się na szczęście skończyło i jak po każdych wyborach zgłaszam tutaj taką prośbę, aby tych wszystkich Bruce’ów wszechmogących pościągali co prędzej z tych płotów i w ten sposób pokazali, że nas szanują. I krajobraz. Wiem, że to marzenia ściętej głowy, ale kto wie? Może tym razem się ziszczą?

Kiedy piszę te słowa nie znam jeszcze oficjalnych wyników wyborów parlamentarnych, ale już pierwszy rzut oka na przekazy medialne pozwala się zorientować, że w narracjach nic się nie zmieni. I tak na portalu gazeta.pl z rozbawieniem przeczytałem, jak to redaktor na wieść o sondażowej wygranej partii rządzącej (największej w historii wyborów do Sejmu) od razu znalazł aż 10 słabych punktów tego zwycięstwa i przyszłych problemów. Ale mniejsza o to. Nie będę pisał o wynikach wyborów, ale o pewnym wydarzeniu z kampanii. Dzisiaj już mogę bez ryzyka oskarżeń o próbę wpływania na wyborców, czyli „mieszania się” Kościoła w politykę. To do rzeczy. 

Chyba największą „bombką” tej kampanii, mimo że próbowano różne inne „kapiszony” sprzedać jako „prawdziwe bomby, które zmiotą ze sceny politycznej” tego czy owego, okazała się po raz kolejny afera taśmowa. Nie będę przytaczał szczegółów, myślę że jesteście doskonale zorientowani, o którego polityka chodzi, jakiego języka używał i jak szczery był w swoich deklaracjach, co dla niego jest ważne, a co ma w... głębokim poważaniu. Musicie zrozumieć, że ciężko jest pisać o takich sytuacjach w medium, w którym nie tolerujemy wulgaryzmów, bo gdyby się chciało cytować wypowiedzi i wykropkować niecenzuralne słowa, nic byśmy z tej wypowiedzi nie zrozumieli. Ale myślę, że wiecie o co chodzi, nawet bez cytatów. Znacie też na pewno główne linie debaty jaka się przetoczyła przez media po ujawnieniu rzeczonych „rozmów”: jedni bronili protagonisty, że nie powiedział niczego, co by łamało prawo, inni udawali szczere oburzenie substancją jaka się pojawiała po wyeliminowaniu wulgaryzmów, która bardziej kojarzy się z moralnością mafii niż partii politycznej, jeszcze inni dziwili się zdziwieniu innych, wszak polityk wreszcie choć raz powiedział prawdę, a że trochę wulgarnie, cóż zrobić? Jeszcze inne wrażliwe dusze nie mogły przejść do porządku dziennego nad „knajackim językiem”. Nie będę tutaj oceniał, kto miał rację. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. 

Pierwsza refleksja jest natury ogólnej i wychodzi poza zakres afer podsłuchowych, bo przecież mieliśmy w tej kampanii również inne sytuacje związane choćby z mediami społecznościowymi i to po obu stronach politycznego sporu. Kiedyś było takie powiedzenie: „Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie” i wszyscy wiemy, o co chodziło. Ale dzisiaj żyjemy w takich czasach, że to powiedzenie się odwróciło i co wolno – przepraszam za wyrażenie, ale pozostańmy w konwencji cytowanego powiedzenia –  byle smrodowi, tego wojewodzie, posłowi, marszałkowi, politykowi i wszystkim innym osobom, które dzierżą jakąkolwiek władzę czy posługę wobec społeczności – nie wolno! I oni muszą to zrozumieć, bo inaczej zrobi się rynsztok ze wszystkiego. Oni muszą trzymać fason zawsze, nie tylko przed kamerą, ale nawet w rozmowie telefonicznej, czy w komentarzach i postach na portalach. A jak tego nie potrafią, to niech się nauczą, albo niech się nie pchają na świecznik. I koniec. Ja wiem, że są tacy – patrz pani Jachyra - którzy być może na tym „koniu” wjadą do Sejmu, no ale to już świadczy o jej wyborcach. No i o tym, że wbrew deklaracjom, nikt nie zamierza studzić emocji, a wręcz przeciwnie. 

I druga sprawa (dziękuję Toyahowi za inspirację). W jednym z programów telewizyjnych w debacie na temat wspomnianych taśm, prowadzący zapytał posła opozycji oburzonego nagrywaniem i ujawnianiem prywatnych rozmów, czy on się nie boi, że na niego też jest jakaś taśma, którą ktoś może ujawnić. I proszę sobie wyobrazić, że on odpowiedział, że na niego na pewno nic nie ma, bo „gdyby coś mieli, to by już dawno ujawnili”. Rozumiecie, prawda? On nie mówi, że się nie boi, bo niczego złego nie zrobił, ale jest zadowolony, bo go nie nagrali. A mówił kiedyś pan Roman Kluska, że prawdziwa wolność polega na tym, że nikt na ciebie nie ma haka... I to jest chyba nasz dramat, że mało jest polityków prawdziwie wolnych.

ks. Andrzej Antoni Klimek

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!