Efekty wigilii?
Okazuje się, że list biskupów wcale nie musi być wykładem, którego nikt nie oczekuje zamiast żywego słowa.
Troszkę się kryguję, czy mogę tak prosto z mostu wypalić, ale niech tam. Chodzi mi o to, że coraz częściej nasi biskupi zaczynają przemawiać, ooops, przepraszam, no właśnie że nie przemawiać, ale mówić, zaczynają mówić… ludzkim głosem. Bo właśnie to wcześniejsze przemawianie nie zawsze wychodziło naprzeciw potrzebom targetu, że się tak medialnie (albo militarnie) wyrażę. Oczywiście mamy kilka rodzynków, jak choćby dwóch naszych arcybiskupów wersja premium, okupujących obecnie dwie najważniejsze archidiecezje w Polsce, z którymi może nie zawsze można się we wszystkim zgodzić, ale ich homilii zawsze słucha się naprawdę dobrze. Chciałem napisać z przyjemnością, ale to chyba nie jest właściwe określenie doznań ze słuchania homilii, bo ta czasem powinna wręcz pozbawić człowieka komfortu i grzmotnąć o ziemię (tu mogę wspomnieć poprzednika jednego z wyżej wymienionych, który miał w tym zakresie spore zasługi, ale nie wszystkim się to podobało, o czym teraz mówią całkiem głośno, że aż momentami staje się to żenujące, ale to nie temat na dzisiaj). Może pomijam jeszcze kogoś Ważnego, ale w sumie niewielu jest tych dobrych komunikatorów, a już jak coś wspólnie napisali to czasami, no… trzeba to było czytać, ale z pozycji proboszcza łatwo nie było (apogeum w niesławnym czasie pandemii), a patrząc w oczy słuchaczy, myślę że im też nie.
Piszę o tym, bo ostatni list naszych drogich następców Apostołów na Niedzielę Świętej Rodziny jest sygnałem zmiany na dobre. Co prawda był za długi (nie byłbym sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepił), bo przypomnę, że choćby papież Franciszek w adhortacji Evangelii gaudium (nr 147) zachęca do zwięzłości i trafności homilii, podkreślając, by była ona krótka i zrozumiała, a list biskupów, który jest odczytywany i nie jest żywym słowem mówionej homilii, powinien być raczej jeszcze krótszy. Ale już treść listu była naprawdę niezła i nie jest to tylko moje zdanie. Bo wspomniany już papież Franciszek sugerował też, że homilia (a więc i list czytany w jej miejsce) powinna być przemawiająca do życia słuchaczy z dostosowaniem języka do prostych ludzi, tak by Słowo Boże mogło odnowić i przemienić ich serca. Jak przeczytałem o „niepozmywanych kubkach po herbacie”, to prawie się wzruszyłem. No i dziękuję, bo wy, drodzy biskupi nie wiecie, jak to nieraz ksiądz musi się bić z myślami, czy czytać list biskupi, czy powiedzieć żywe słowo…
Głównym jednak motywem wyboru tematu felietonu dzisiaj była historia, która wydarzyła się w Szwajcarii. Posłuchajcie: 8 maja 2025 r. szwajcarska wioska Blatten w 40 sekund zniknęła z powierzchni ziemi. Mieszkańcy zostali ewakuowani kilka dni wcześniej, a wioskę pogrzebało osuwisko kamieni i lodu, przykrywając część doliny warstwą gruzu o grubości ok. 10 metrów, która stała się naturalną tamą dla strumienia i dolinę wypełniło jezioro zalewając resztę wioski. Domy, szkoła, kościół w Blatten przestały istnieć. Lokalny rzemieślnik, Bruno Ritler, na własną rękę szukał w gruzach czegokolwiek, co dałoby się uratować i odnalazł zniszczoną szopkę Bożonarodzeniową. Po odrestaurowaniu została ona wyeksponowana i stała się, nie tylko dla mieszkańców Blatten, symbolem nadziei i odbudowy wioski, która rozpoczęła się późnym latem ubiegłego roku. Do tej właśnie historii szopki z Blatten nawiązał w swoim kazaniu na Pasterce biskup St. Gallen, Beat Grögli, wyraźnie umacniając nadzieję wiernych, o czym zaświadczył nauszny świadek, od którego zaczerpnąłem tę historię. Można!
ks. Andrzej Antoni Klimek
Komentarze
Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!