TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Beniaminy, Dariusza, Gabrieli 19 Grudnia 2018, 09:24
Dziś -1°C
Jutro -1°C
Szukaj w serwisie

Wieś cudu Świętego Józefa

Wieś cudu Świętego Józefa

Autorce udało się nie tylko odnaleźć, zebrać i przeanalizować niezwykle interesujący materiał źródłowy, ale i w sposób jasny, klarowny napisać książkę o niewielkiej społeczności jednej z wielkopolskich wsi, która stanowi tło do prezentacji zagadnień związanych z genezą i kultem Cudownego Obrazu Świętej Rodziny - napisał prof. dr hab. Michał Zwierzykowski, recenzent publikacji „Wieś cudu św. Józefa”.

Dzisiaj modne stało się wydawanie książek z przepisami, poradami dietetycznymi czy kosmetycznymi. Proszę powiedzieć, co zainspirowało tak młodą osobę, jak pani do napisania książki o Świętym, o historii cudu?
Ewa Martinek: Skąd inspiracja? Hm... Po prostu to, kim jestem - czyli historykiem, lokalną patriotką i osobą wierzącą. Pracę licencjacką poświęciłam kultowi Świętego Józefa w Kaliszu i okolicach, a pracę magisterską swojej rodzinnej miejscowości. Już wtedy pojawił się pomysł podsunięty mi przez promotora, aby poszerzyć temat, oprzeć się na większej ilości źródeł i napisać książkę. Tak też się stało. Przestrzeń do badań dała mi kontynuacja studiów historycznych. Obecnie doktoryzuję się na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ukończyłam tam również historię na specjalności nauczycielskiej oraz na osobnym kierunku archiwistykę i zarządzanie dokumentacją. Bycie archiwistą okazało się niezwykle pomocne w poszukiwaniach źródeł wykorzystanych w czasie pisania książki. Nieoceniona okazała się pomoc mojego wydawcy prezesa Fundacji Inicjatywa dla Opatówka Mateusza Walczaka. Dzięki jego zaangażowaniu wydanie książki stało się możliwe.

Tytułowy „Szulec”, to mała miejscowość pod Kaliszem, a z drugiej strony miejsce, gdzie wydarzyło się coś niecodziennego. Jakie istotne fakty z historii wsi znajdziemy w książce?
Najważniejszym wątkiem jest temat samego objawienia. Jego historii i tego, jak odcisnęło się ono w pamięci mieszkańców Szulca. Jaki wpływ to niezwykłe wydarzenie miało na miasto Kalisz, ale i na kult Świętego Józefa w Polsce. To również historia wsi i jej ówczesnych mieszkańców. W książce można przeczytać między innymi, że Szulec był wsią należącą do arcybiskupów gnieźnieńskich oraz, jaki wymiar pańszczyzny musieli odrabiać jego mieszkańcy. Zachowały się np. źródła, z których możemy się dowiedzieć, ile poszczególne rodziny posiadały ziemi uprawnej i po ile sztuk zwierząt. Dzięki księgom metrykalnym z parafii Opatówek udało się zbadać strukturę demograficzno-społeczną Szulca, a nawet odtworzyć genealogię poszczególnych rodzin.

Czy odszukanie członków rodzin, które zapisały się na kartach historii miejscowości było trudne? Jak cenne wiadomości przekazali członkowie rodów?
Trudność stanowiła specyfika źródeł. XVIII-wieczne księgi metrykalne były spisywane odręcznie, a co najistotniejsze, po łacinie. Należy podkreślić, że była to łacina nowożytna, co dodatkowo utrudniało tłumaczenia. Odtworzenie genealogii rodzin wymagało przetłumaczenia wszystkich akt metrykalnych z badanego okresu z Szulca, a następnie opracowania zebranych informacji w bazach danych. Nie da się ukryć, że było to zarówno pracochłonne, jak i czasochłonne zadanie. Nie sposób było oczekiwać, aby członkowie poszczególnych rodzin posiadali informacje o swoich rodach sięgających tak daleko, jak te opisane w książce. Szereg zdarzeń losowych, czy też po prostu odejście na wieczny odpoczynek starszego pokolenia rodzin zatarły wspomnienia.
Wyjątek stanowiła rodzina Stobieniów pamiętająca historię cudownego objawiania oraz jedna z mieszkanek Szulca posiadająca testament chłopski pochodzący z 1753 roku.

Czy mogłaby pani przybliżyć dzieje rodu Stobieni, od którego wszystko się zaczęło? Jaką rolę odegrali członkowie rodu w dziejach wsi?
Stobieniowie byli rodziną chłopską, a poszczególni męscy potomkowie rodu pełnili funkcję sołtysa wsi. Znajduje to swoje potwierdzenie w księgach metrykalnych z parafii Opatówek oraz archiwaliach zgromadzonych w Archiwum Diecezjalnym we Włocławku i Archiwum Państwowym w Łodzi. Przeanalizowane źródła świadczą o tym, że Stobieniowie byli majętni, a co za tym idzie stać ich było na opłacenie artysty, który namalował cudowny obraz Świętej Rodziny. Zachował się nawet wspomniany już testament chłopski Macieja Stobieni z 1753. Data narodzin Macieja świadczy o tym, że najprawdopodobniej był wnukiem cudownie ozdrowiałego. To właśnie fakt, że do przodka Stobieniów przyszedł Święty Józef jest najistotniejszą informacją dotyczącą omawianej rodziny, jak czytamy w ,,Cuda i łaski za przyczyną i wezwaniem… Józefa Świętego przy obrazie tegoż Świętego patriarchy w Kolegiacie kaliskiej… uczynione…” (S. J. Kłossowski, Kalisz 1788):
We wsi Solcu, do klucza Prymacyjalnego Opatowieckiego należącej, był człowiek [Stobienia] bardzo długo chorujący, jak paraliżem zarażony, ruszać się o swej mocy bynajmniej nie mogący; gdy mu się tak długo i domownikom naprzykrzająca sprzykrzyła choroba, prosił Boga o już życia zakończenie. Aż oto następującej nocy przyszedł do Niego, jakaś Sędziwa Osoba (którą on sądził bydź Świętym Józefem) i spojrzawszy na niego wesoło rzekła: każ namalować obraz Józefa Świętego, w którym po prawej stronie niech będzie Najświętsza Maryja, na lewej Najczystszy Jej Oblubieniec Józef Święty, między Niemi Dziecina Jezus, od Obojga za Rączki prowadzony, nad Niemi Duch Przenajświętszy, w promieniach, a nad temi wszystkiemi Bóg Ojciec rozszerzone Ręce mający, z napisem z Ust Tego wychodzącymi: Idźcie do Józefa. Oddaj ten Obraz do Kolegiaty Kaliskiej, a zupełnie zdrów zostaniesz. To powiedziawszy, zniknęła z oczu Osoba, a chory z wielką ufnością i ochotą, sprowadzonemu do siebie Malarzowi wszystko powiedziawszy, czym prędzej według rozkazu Osoby kazał malować.
Choć nie zachowały się inne archiwalia bezpośrednio potwierdzające historię objawiania, niż relacja spisana przez księdza Kłossowskiego, to źródło pośrednie stanowią akta metrykalne z parafii Opatówek. Znajdujemy w nich informację świadczącą o powiązaniu rodziny z księdzem Kłossowskim, który został ojcem chrzestnym Józefy Stobieni. Samo imię dziecka - Józefa wydaje się nie być przypadkowe. Co do roli Stobieniów w dziejach wsi, to warto jeszcze raz podkreślić sprawowanie funkcji sołtysa, ale przede wszystkim powiązanie owej rodziny ze Świętym Józefem i cudami dokonanym za jego przyczyną.

Jeden z rozdziałów mówi o kulcie św. Józefa w Kaliszu i okolicach. Proszę powiedzieć, na podstawie zebranych materiałów, jak kult św. Józefa rozwijał się we wsi Szulec? Czy mieszkańcy wsi zdają sobie sprawę, jak wielkie wydarzenie miało miejsce tuż obok nich?
Kult rozwijał się przede wszystkim w Kaliszu jednak silnie rezonował na całą Polskę, w tym na okoliczne wsie. Mieszkańcy Szulca będąc schorowani i strapieni uciekali się przed oblicze cudownego obrazu, co potwierdzają relacje spisane przez księdza Kłossowskiego. Historia objawienia została utrwalona w ich pamięci po dziś dzień. Wynika to z odczuwalnej przez nich dumy związanej z faktem, że to właśnie w Szulcu miało miejsce objawienie.

Czy można powiedzieć, że objawienie św. Józefa jest nadal żywe w świadomości mieszkańców wsi, czy jest kultywowane, przekazywane z pokolenia na pokolenie?
Tak, mieszkańcy pamiętają o cudzie, jaki miał miejsce w Szulcu. Kult jest obecny przede wszystkim w tradycji ustnej. Relacja o cudownym objawieniu przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Zdarza się, że historia ta nieznacznie się różni od tej zapisanej przez księdza Kłossowskiego. Rozbieżności dotyczą przede wszystkim autorstwa obrazu. Część mieszkańców uważa, że dzieło znajdujące się w kaliskim Sanktuarium namalował sam Stobienia, inni, że oryginał obrazu wisiał przez lata na płocie ogradzającym dom cudownie ozdrowiałego. Obecnie w przydrożnej kapliczce w Szulcu znajduje się obraz Świętej Rodziny wzorowany na kaliskim przedstawieniu.

Na koniec takie osobiste pytanie. Kim dla pani jest sam św. Józef?
Bliskim patronem. Od dziecka historia objawienia była mi znana. Przekazali mi ją zarówno rodzice, jak i dziadkowie. Pamiętam, że już wtedy byłam dumna, że pochodzę ze wsi wybranej przez samego Świętego. Choć na pielgrzymki chodziłam z grupą oliwkową z Opatówka to raz wracałam z Częstochowy z żółto-czerwoną. Właśnie po to, by przejść drogę od Maryi do Józefa. Bardzo dobrze wspominam to duchowe doświadczenie pójścia; powrotu do Józefa.

Dziękuję za rozmowę.

Z Ewą Martinek rozmawiała Arleta Wencwel

 

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!