TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Antonii, Ignacego, Wiktora 17 Października 2018, 11:23
Dziś 16°C
Jutro 19°C
Szukaj w serwisie

Mądra i ważna decyzja

Mądra i ważna decyzja

Ks. bp Stanisław Napierała powołując do życia „Opiekuna”, dopiero poznawał swoich diecezjan i szukał odpowiednich ludzi, którzy mogliby się podjąć prowadzenia tego dzieła. Pierwszym redaktorem naczelnym pisma został Marian Rybicki, który opowiedział w Radiu Rodzina o jego początkach.
Panie Marianie, 20 lat temu otrzymał Pan misję od biskupa Stanisława Napierały o powołaniu do życia  diecezjalnego dwutygodnika „Opiekun”. Gdzie zastała Pana ta decyzja?
Marian Rybicki: Tak naprawdę to nie było 20 lat temu, tylko trochę wcześniej. Jak sobie dobrze przypominam, to chyba był grudzień 1997 roku. Takie ostateczne przygotowania do wydania pierwszego numeru „Opiekuna” trwały co najmniej pół roku. I mogłoby się wydawać, że to dość długi okres, to jednak tak nie było. Pewne rzeczy trzeba było przemyśleć, przedyskutować i ten czas na to był potrzebny. Trzeba było znaleźć drukarnię, a także miejsce, gdzie będzie przygotowywany „Opiekun”. Trzeba było znaleźć przede wszystkim współpracowników. Pomysł na powstanie „Opiekuna” dojrzewał długo, albo inaczej, pomysł na pismo diecezjalne, bo nie od razu była to nazwa „Opiekun”. Myśl, by takie pismo zaistniało, dojrzewała zapewne nie tylko w głowie ks. bpa Stanisława, ale myślę, że taką potrzebę odczuwali też niektórzy diecezjanie. Ja sam widziałem taką makietę pisma pod tytułem „Opiekun” w parafii - sanktuarium św. Józefa. Być może chodziło im bardziej o pismo, które dotyczyłoby tylko sanktuarium, niekoniecznie całej diecezji, ale jakieś pomysły były. W tamtym czasie byliśmy w zasięgu „Ładu Bożego”, „Niedzieli”, „Przewodnika Katolickiego” i być może jeszcze paru innych pism, ale żadne z nich nie było diecezjalne. W związku z tym toczyły się rozmowy, czy robić własne pismo, czy może lepiej zgodzić się na wkładkę do ogólnopolskiego. Gdyby wówczas odbyło się głosowanie pośród kapłanów diecezjalnych, to pewnie ta opcja by zwyciężyła, ale ks. bp Stanisław powiedział „nie”. Dzisiaj wiemy, że podjął ważną i mądrą decyzję, która owocuje już 20 lat. To jest sporo czasu.

Wróćmy do pytania, co Pan robił w tym czasie, kiedy powstawało czasopismo?
Byłem wówczas pracownikiem Stowarzyszenia Civitas Christiana i poniekąd byłem związany z mediami, bo Civitas Christiana wydawało wtedy „Słowo. Dziennik Katolicki”. Przy tym piśmie ukazywały się w różnym czasie wydawniczym dodatki takie jak „Słowo kaliskie” albo „Słowo wielkopolskie”, w którym była co najmniej strona poświęcona diecezji kaliskiej. I właśnie tę stronę ja redagowałem. Zatem pewnego rodzaju przygotowanie do wydawania, do zajmowania się diecezjalnym pismem - miałem. Zanim te dodatki się ukazały, to pamiętam przed koronacją Matki Bożej w Twardogórze i po jej koronacji, ukazał się specjalny dodatek najpierw zapraszający do udziału w koronacji, a później z relacjami z koronacji. To było pismo, które poszło do wszystkich parafii, mniej więcej w tych samych ilościach, w jakich później był dostarczany „Opiekun”, i to był taki sprawdzian tego, co później stało się z pismem diecezjalnym.

Czyli Ksiądz Biskup postawił na fachowca, osobę, która już była zaprawiona w bojach dziennikarskich i mogła poprowadzić z sukcesem tę misję. Czy były jakieś numery „próbne”?
W pewnym sensie można powiedzieć, że to wszystko kiełkowało, bo gdy się umieści nasiono w glebie, to do końca nie wiadomo, co z tego wyrośnie, jaka to będzie roślina. Przed wizytą Ojca Świętego ukazała się gazeta, niektórzy złośliwi mówili, że była ona bez tytułu, bo tytuł brzmiał: „Witaj Ojcze Święty”. Była to zawarta na kilku stronach zapowiedź programu pielgrzymki papieża i informacje o św. Józefie. I to dotarło do wszystkich parafii, a nakład był znacznie większy niż  „Opiekuna”, bo to było około 40 tys. egzemplarzy. To było więc sporo i prawdę mówiąc rozeszło się błyskawicznie, także ja nie mam w tej chwili żadnego egzemplarza. Może gdzieś  jest w archiwum, w bibliotece seminaryjnej. W każdym razie informacje przed wizytą Ojca Świętego były diecezjanom potrzebne. Po wizycie Ojca Świętego ukazała się książeczka z wszystkimi homiliami z pielgrzymki i z dużymi relacjami oraz fotografiami dokumentującymi wizytę Jana Pawła II w Kaliszu. Wydanie tej książki było jakby przetarciem szlaków, gdzie drukować, w jaki sposób dystrybuować, gdzie i jak dostarczyć. To był taki sprawdzian przed tym, co potem nas - grupę ludzi - czekało przy pracy nad „Opiekunem”.

Właśnie, ludzie. To najważniejszy składnik powstawania każdego dzieła. Mieliście już sprawdzony zespół, można było z nich kompletować redakcję, ale jak zauważył redaktor naczelny ks. Andrzej Antoni Klimek, przy składaniu każdego numeru jest tzw. deadline, zwana w żargonie dziennikarskim linią śmierci. „Opiekun” ukazał się i następnie musiał ukazywać się co dwa tygodnie. Jak wyglądała ta granica, której nie wolno było przekroczyć? Jak wyglądały przygotowania do pierwszego numeru?
Tutaj trzeba przyznać, że na początku wydawało nam się, że jesteśmy w dobrym punkcie. Druk był zaplanowany na poniedziałek i wtedy to właśnie wszystko musiało być dostarczane. Oczywiście wcześniej trzeba było znaleźć odpowiednią drukarnię. Po różnych rozmowach i wizytach, wybrana została drukarnia „Gazety Pomorskiej” w Bydgoszczy i tam wszystko musiało być dostarczone na ten poniedziałek. Jednak tuż przed tym wyznaczonym dniem okazało się, że Piotr Pietrzak, który wtedy w swoim studiu graficznym przygotowywał makietę „Opiekuna”, ma problemy techniczne z komputerem. Tak jakby ktoś próbował przeszkadzać. I na ten poniedziałek gazeta nie była gotowa. Choć wszystkie materiały były, to ich ułożenie stało pod znakiem zapytania. Drukarnia wyraziła zgodę, że druk może być we wtorek. Sam zawiozłem materiały, wcześniej sprawdzone, czy wszystko się otwiera na płycie. Dla pewności były przygotowane dwie płyty, jak nie jedna, to druga.

Powiedział Pan, „zawiozłem”, a teraz w redakcji słyszeliśmy, że pliki są wysyłane.
Czasy się zmieniły. Wtedy wysyłanie trwałoby pewnie kilka albo kilkanaście godzin i nie byłoby stuprocentowej pewności, czy dotarło w takiej wersji, jak miało dotrzeć. Trzeba było po prostu wszystko zawieźć. Kiedy dostarczyłem płyty, okazało się, że się nie otwierają, mimo że były przygotowane prawidłowo. Minęło sporo czasu, zanim miejscowi technicy zdołali je otworzyć. Kiedy już wszystko było przygotowane, założone na maszyny drukarskie, zaczęły się znowu „hocki klocki”. Rolka papieru zaczęła się drzeć i jeśli normalnie druk w „Gazecie Pomorskiej” trwał pół godziny, to druk „Opiekuna” przedłużył się chyba do czterech lub pięciu godzin. Podejrzewam, że z tysiąc sztuk gazety, w których kolory były nie takie jak trzeba, poszedł na makulaturę, by ostatecznie 12 czy 13 tysięcy zostało wydrukowanych odpowiednio i w odpowiednim czasie.

Czyli można powiedzieć, że ten pierwszy numer to był niezły sprawdzian. Swoista droga przez mękę.
Tak, trafne określenie, droga przez mękę. Drukarze sami byli zdziwieni, bo normalnie papier im się nie darł, a rolka do tej pory zrywała się góra raz na tydzień, a tutaj przy jednym numerze papier się zerwał kilka razy i trzeba całą procedurę zakładania i pasowania robić na nowo. To tak jakby ktoś próbował tak pomieszać szyki, żeby jednak „Opiekun” się nie ukazał. Jednak św. Józef miał swoje „wtyki” i pismo ostatecznie się ukazało. Przyjechałem w każdym razie z wydrukowaną gazetą do miejsca, skąd trzy osoby miały rozwieźć je dalej. Potem okazało się, że przesunięcie druku z poniedziałku na wtorek było nawet szczęśliwe, bo jednak drukarni bardziej ten dzień odpowiadał.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Panie Marianie był Pan redaktorem naczelnym pierwszych wydań „Opiekuna”. Jakie to były wydania, do którego numeru?
Formalnie i z cała odpowiedzialnością, to chyba tylko kilku pierwszych numerów, ale tak naprawdę miałem spory udział jeszcze przez kilka miesięcy, oczywiście już nie jako redaktor naczelny, ale jako ten, który przygotowywał. Zanim ostatecznie ks. Krystian przejął wszystko, co łączyło się z wydaniem kolejnych numerów, to trochę czasu upłynęło, ale to on był naczelnym i on odpowiadał za wydawanie czasopisma.

Czy kolejne numery były już spokojniej przygotowywane?
Tak, był już większy spokój, chociaż też czasami zdarzały się sytuacje, że coś zaplanowaliśmy, że miało znaleźć się w danym wydaniu, a nie zawsze był oddany materiał na czas. Pomysł był taki, żeby w każdym numerze były co najmniej cztery strony poświęcone św. Józefowi. Niektórym wydawało się, że to za dużo i trwały rozmowy, żeby może zmniejszyć tę ilość. Okazuje się jednak, że ten pomysł, który wcześniej przez pół roku rozmów z Ks. Biskupem, był przygotowany, sprawdził się, bo dzisiaj tych stron jest czasem więcej niż cztery i materiały są bardzo ciekawe. Znajdujemy bowiem relacje, świadectwa i opisy najróżniejszych wydarzeń związanych ze św. Józefem. I myślę, że jeśli chodzi o św. Józefa, to bogactwo treści jest właściwie nieprzebrane, że wystarczy ich jeszcze na co najmniej 20 lat i więcej wydawania „Opiekuna”.

Ks. redaktor Klimek mając do dyspozycji dużo więcej stron, niż debiutujący „Opiekun”, mówi, że stara się, by każdy w tym piśmie znalazł coś dla siebie, a jak 20 lat temu kształtował się plan, konstrukcja „Opiekuna”, jak dochodziliście Państwo do jego pełnego kształtu?
Pewne rzeczy są kontynuowane do dzisiaj, a nawet rozbudowane, gdyż zwiększenie z 16 stron do 68 daje większe możliwości. Diecezja się rozbudowała, dzieje się w niej coraz więcej na szczeblu diecezjalnym, jak i na poziomie parafialnym. Często stanowią one kopalnię materiałów dla „Opiekuna”. Najważniejszym zadaniem dla redakcji jest to, żeby podejmować wysiłek, żeby mobilizować i zachęcać ludzi do czytania prasy, zwłaszcza w ogarniającej świat dobie internetu.

Czy jakieś wydanie Opiekuna było dla Pana szczególne, poza tym pierwszym, z którego jest Pan dumny? Czy pamięta Pan jakieś sytuacje, problemy, chochliki z tamtego okresu?
Najbardziej napawa mnie dumą dodatek trzeźwościowy, który został przyjęty bardzo pozytywnie i za który otrzymałem wiele podziękowań. Co do drugiej części pytania, to tak, zdarzało się wiele problemów. I taka najśmieszniejsza sytuacja, jaka miała miejsce, dotyczyła jednej z pielgrzymek kaliskich, za którą odpowiedzialny był ks. Robert Chudy. Wówczas wydrukowane z komputera teksty sprawdzała pani Jolanta Delura. Przy korekcie podkreśliła ona ks. Chudego i napisała na odwrocie „pogrubić”. Wynikła z tego zabawna sytuacja. Bo jak mieliśmy ks. Chudego pogrubić? Było wiele sytuacji, z których dzisiaj się śmiejemy, ale wówczas było nam wstyd, że poszło coś z błędami.
Rozmawiali Ewa Kotowska-Rasiak i Adam Szymański

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!