TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Ernesta, Jana, Marka 27 Marca 2019, 03:51
Dziś -4°C
Jutro 8°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 296

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 296

Mateusz poprosił księży wikariuszy, aby podczas tegorocznej kolędy zwrócili uwagę na wszystkie przypadki czasowej czy też definitywnej emigracji zarobkowej w poszczególnych rodzinach. Chciał chociaż w przybliżeniu poznać skalę zjawiska, które w tak jaskrawy sposób objawiło mu się podczas ostatniej Wigilii, którą spędził z panią Apolonią Majchrowską, wdową, matką trójki dzieci, które opuściły kraj, chyba na zawsze. I nie z biedy wyjechali, bo dzięki wsparciu rodziców mieli dobre wykształcenie i dobrze płatne prace, ale z przekonania, że ich Ojczyzna jest nic nie warta i nie ma w niej przyszłości. Z przekonania, które się zrodziło pod wpływem sączonej od trzydziestu lat propagandy, że Polska jest brzydką starą panną, której nikt nie chce i nie powinna aspirować, tylko zadowolić się byle czym. Zrozumieć swoje nędzne miejsce w szeregu. A jeśli ktoś jest mądry, otwarty i europejski powinien czym prędzej znaleźć sobie jakieś inne miejsce, bardziej adekwatne do jego standardów. Mateusz nie mógł wymazać z pamięci sceny, kiedy pani Apolonia w przypływie jakiejś desperacji nagle postanowiła zadzwonić do jednego z synów, który wraz ze swoją rodziną i rodzeństwem spędzał Święta Bożego Narodzenia w jakichś egzotycznych krajach, bo tam „mogli naładować akumulatory z dala od tych polskich dusznych tradycji i rodzinnych obowiązków”, i mimo że próbowała kilka razy, syn za każdym razem odrzucał połączenie, by w końcu napisać esemesa: „Mamo, połączenie będzie Cię kosztować fortunę, nie dzwoń proszę. Wiemy, że nam dobrze życzysz i my wszyscy tutaj odwzajemniamy Twoje życzenia. Wesołych Świąt!”

- Widzi ksiądz za jaką idiotkę mnie uważają? - skomentowała wówczas pani Apolonia, już nawet nie płacząc. - Przecież ja doskonale wiem, że jeżeli dzwonię z komórki na jego komórkę, to płacę tak samo, jakby był u siebie w Anglii. A właściwie to nawet nic nie płacę, bo te rozmowy mam w abonamencie. Jedynie on by zapłacił koszty roamingu, ale przecież stać go na to... Po prostu nie chcą, żebym im zawracała głowę... I to jest, proszę księdza, zapłata dla mnie za te wszystkie godziny, które spędziłam sprzątając biura i mieszkania, żeby oni mieli na studia – komentowała gorzko zawiedziona kobieta.

I podczas kolędy, za każdym razem, kiedy Mateusz trochę „podrążył” temat w rodzinach, gdzie ktoś przebywał na stałe za granicą, niemal zawsze wychodziły na wierzch podobne smutne konstatacje. Zwykle na początku, kiedy pytał o dzieci, męża, a czasami o żonę, która „dorabiała” za granicą, pojawiały się standardowe odpowiedzi, że niestety wyjechali czy wyjeżdżają, no ale przecież muszą, bo tu żadnej przyszłości nie ma. Co mają robić? Ale dłuższa rozmowa niemal zawsze prowadziła do konkluzji, że więcej z tych wyjazdów problemów, niż korzyści.

- Nie będę ukrywać, proszę księdza, że ciężko mi uwierzyć, że kiedyś będzie znowu tak, jak przed jego wyjazdem do Holandii - opowiadała mu Mariola, matka dwójki dzieci, z których Bartek właśnie przygotowywał się do Pierwszej Komunii Świętej, a Amelka była jeszcze w przedszkolu. - Niby przyjeżdża na kilka dni raz na dwa, trzy miesiące, ale zwykle cały czas kiedy tu jest nie robimy nic innego, tylko się kłócimy. I niestety, nawet przy dzieciach już się nie hamujemy. No bo ja, jak on wraca, to chciałabym, żeby trochę mnie odciążył, żeby zajął się dziećmi, poprzebywał trochę z Bartkiem, niech się chłopak uczy jakiejś męskości od ojca... Już nawet nie wspomnę, że nie byliśmy w kinie razem od czasów narzeczeństwa... A mąż uważa, że jak jest w domu to ma prawo odpocząć, zobaczyć się z kumplami, pójść na piwo. No i nie ma spokoju. Po trzech dniach jak jest z nami, ja już nie mogę go zdzierżyć i chcę żeby sobie już pojechał. I tak to trwa sześć lat. A miały być maksymalnie dwa lata. Na remont generalny mieszkania. Mieszkanie dawno wyremontowane, a mąż ciągle wymyśla, na co jeszcze musi zarobić... Od dwóch lat, ja już nawet go nie nakłaniam, żeby zjechał na stałe, bo sama boję się, jak to będzie, gdy wróci – mówiła kobieta patrząc w ścianę.

- Ale wie pani, że im dłużej go nie będzie, tym trudniej będzie później poukładać to wspólne życie rodzinne? - pytał Mateusz.

- Wiem, ale co z tego? Czasem to już nawet myślę, że może lepiej poczekać, jak dzieci będą starsze, i wtedy niech się dzieje wola Boża... - powiedziała pani Mariola.

- O, ja panią bardzo przepraszam, ale woli Bożej bym do tego nie mieszał, bo to wy podejmujecie takie, a nie inne decyzje, więc nie zwalajcie potem wszystkiego na Pana Boga - powiedział Mateusz. - Ja mogę tylko pani zaproponować spotkanie następnym razem, kiedy mąż przyjedzie. Może porozmawiamy o tym razem, może coś doradzę, może otworzy się jakaś możliwość.

- Nie wiem, czy mąż będzie chciał... Zobaczymy! Dam księdzu znać - powiedziała, a Mateusz nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to raczej ona nie chciała, ale postanowił dalej rozmowy nie ciągnąć, zwłaszcza, że pani Mariola też już wstała, aby go pożegnać. 

Najwięcej jednak nasłuchał się od rodziców, którzy wysiłkiem całego życia pobudowali domy, a teraz siedzieli w nich sami, bo całe potomstwo, tak jak w przypadku pani Apolonii, urządziło się za granicą, i nie miało zamiaru wracać.

- Ksiądz nie wie, jak ja się czuję, sprzątając co kilka dni te dwa piętra i myśląc, że moje dzieci z rodzinami gnieżdżą się w tej Szkocji w małych pokoikach, a do nas nie chcą wrócić - mówiła ze smutkiem pani Jadwiga.

- Proszę nie tracić nadziei, jeszcze nie wszystko stracone. Czasy mogą się zmienić. Przecież dwadzieścia lat temu nie wiedzieliśmy w jakim miejscu będzie Polska dzisiaj, więc trudno powiedzieć, co będzie za dwadzieścia kolejnych lat. Może któryś z wnuków przyjdzie tutaj mieszkać - próbował pocieszać Mateusz.

- Akurat! Proszę księdza wnuki nawet po polsku nie mówią! Co prawda niby rozumieją co się do nich mówi po polsku, ale odpowiadają po angielsku, i jak tu z nimi gadać? Na pewno nie będą chcieli żyć w Polsce - żalił się małżonek, pan Andrzej.

- Nie ma co przejmować się na zapas! Na razie macie spokój, duży dom, możecie prowadzić życie towarzyskie, zapraszać przyjaciół - Mateusz za wszelką cenę chciał pokazać jakieś dobre strony trudnej sytuacji.

- I tu ksiądz myli się. Kiedyś gnieździliśmy się w małych chałupach w wielopokoleniowych rodzinach, ale ludzie odwiedzali się i zawsze było miejsce przy stole na wspólną herbatkę. A teraz wszyscy mają wielkie telewizory i gapią się w nie! I nie mają potrzeby, żeby gdzieś iść - skwitował pan Andrzej i trudno było nie przyznać mu racji.

- No to czas to zmienić - powiedział chyba bez większego przekonania Mateusz.

Dużo było takich sytuacji podczas tegorocznej kolędy, i o ile Mateusz nad tym ubolewał, to jego wikariusze potwierdzali podobną diagnozę, ale zupełnie inaczej to interpretowali.

- A co się proboszcz dziwisz? - mówił Daniel. - Ja też bym chętnie wyjechał. Takie czasy. Kiedyś człowiek rodził się w pipidówku i tam umierał. Potem przyszedł czas wyjazdów do wielkich miast, wie ksiądz, te „słoiki” i takie tam. A teraz nie ma granic, to ludzie jadą dalej. Normalka.

- Ja też bym chętnie wyjechał, ale gdzieś dalej, na przykład do Ameryki - całkiem poważnie wtórował mu Dawid. - Tam przynajmniej nikt się nie czepia, jak ksiądz jeździ cadillakiem, a u nas za audi chcą ci oczy wydłubać.

- No to rzeczywiście masz głęboką motywację misyjną - nie mógł tego nie skomentować ksiądz Mateusz.

- A propos spraw materialnych, nie wiem gdzie proboszcz masz pieniądze z kolędy, ale radzę wpłacić do banku, bo znowu były dwa napady na plebanię - powiedział poważnie Daniel.

- Dzięki za info, rzeczywiście już się trochę nazbierało, chociaż na audi dla Dawida raczej nie wystarczyłoby - zażartował Mateusz.

- Zadowolę się passacikiem, skoro proboszcz się upiera - odparł Dawid.

***

Następnego dnia Mateusz poszedł do banku, aby dokonać wpłaty pieniędzy. Kiedy położył przed sobą kilka paczek banknotów i powiedział, że chce dokonać wpłaty gotówkowej pani w okienku spojrzała na niego jakoś dziwnie i poprosiła, żeby chwilę zaczekał. Mateusz miał wrażenie, jakby szukała czegoś pod biurkiem. Kobieta rozglądała się dookoła, aż wreszcie odetchnęła z ulgą. W tym samym momencie do Mateusza podeszło dwóch strażników.

- Pan pozwoli z nami - powiedział jeden z nich wskazując Mateuszowi kierunek.

Jeremiasz Uwiedziony 
Ilustracja Marta Promna

 CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!