TELEFON DO REDAKCJI: +48 62 766 07 17
Beniaminy, Dariusza, Gabrieli 19 Grudnia 2018, 08:18
Dziś -6°C
Jutro -1°C
Szukaj w serwisie

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 286

Jasna i ta druga strona księży(ca) - odcinek 286

Mateusz nie był szczególnie szczęśliwy spoglądając na nieco pustawy kościół. Spodziewał się zupełnie innej frekwencji na Eucharystii rozpoczynającej nowy rok szkolny. W końcu na terenie parafii było aż pięć szkół. Gdyby choć jedna z nich przyszła w całości, i miał na myśli tylko uczniów, wszystkie ławki w kościele by się zapełniły, a przecież zaprosili również rodziców i nauczycieli. Niby już dawno odpuścił sobie duże liczby, a jednak ciągle go to bolało, gdy widział, jak coraz mniej osób widzi potrzebę zaangażowania Pana Boga w swoje życie.
- Szału nie ma... - westchnął ks. Daniel, który już w szatach liturgicznych stanął obok Mateusza i również wyglądał z zakrystii na kościół. - Że na zakończenie roku niewiele osób przychodzi na Eucharystię dziękczynną zdążyłem się już przyzwyczaić, ale myślałem, że jednak na początku roku szkolnego, „na wszelki wypadek”, żeby mieć Pana Boga po swojej stronie, trochę dzieciaków i młodzieży przyjdzie, już choćby i tylko ci, co zmieniają szkoły, ale niestety nie ma się co łudzić. Nie ma karteczek do podpisu to jest nędza – zakończył wikariusz.
- Niech ksiądz nie będzie takim pesymistą – powiedział Mateusz, który choć sam odczuwał pewien smutek, to jednak poczuł się zaskoczony tym zrezygnowaniem ze strony znacznie od siebie młodszego księdza. - Cieszymy się tymi, których mamy, nie rezygnujemy z tych, których trzeba odszukać i przyprowadzić.
- Wiesz co proboszcz? Nie zabrzmiałeś zbyt przekonująco – odpowiedział z uśmiechem Daniel, aby za chwilę zupełnie spoważnieć. - Kiedyś, jak byłem jeszcze klerykiem, patrzyłem na młodych księży i na tych posuniętych w latach, to myślałam, że młodzi mają fajnie, a starzy lekko przerąbane. Teraz sam jestem młodym księdzem i tak sobie myślę, że to starzy mają lepiej. Przeżyli swoje kapłaństwo w pewnych trudnościach, wiadomo, był komunizm, nawet prześladowania i inwigilacja, niektórych złamali, ale ci księża mieli zawsze szacunek u ludzi i pełne kościoły. I większość swojego kapłaństwa przeżyli z tym jednak bogactwem. A ja już teraz widzę, jak kościoły pustoszeją i nie zapowiada się, żeby ta tendencja miała się odwrócić, będzie raczej coraz gorzej.
- Księże Danielu! - Mateusz aż się odwrócił w kierunku swego współpracownika. - Co dzisiaj księdza naszło? Początek roku szkolnego, za chwilę wmiesza się ksiądz w tłum młodych ludzi, trzeba się od nich zarazić entuzjazmem, a nie epatować taką katastrofalną beznadzieją – Mateusz mówił te słowa z wielką wiarą, przypominając sobie, że właśnie taki wpływ miało na niego zawsze przebywanie w towarzystwie młodych.
- Nie wiem gdzieś ty proboszcz u nich ten entuzjazm widział, bo ja poza lekką ekscytacją nowymi smartphonami, czy kolejną edycją gier komputerowych, z niczym takim się nie spotkałem od lat – odpowiedział wikariusz.
- Wydaje mi się, że mocno przesadzasz – powiedział Mateusz bezwiednie przechodząc na ty. Właściwie jego wikariusze wcale się już temu nie dziwili, że raz zwracał się do nich bardziej oficjalnie, a drugi raz mniej. Daniel nawet go kiedyś pochwalił za to, że sposób tytułowania bądź nie wikariuszy nie jest u niego zależny od humoru, ani od ewentualnego podpadnięcia wikarych. Po prostu nie ma reguł. I raczej mu nie mieli tego za złe.
- Nie przesadzam. Wiem swoje. Obserwuję. I ostatecznie to ja pójdę dzisiaj do szkoły, a nie ty, proboszcz – mówił Daniel nie patrząc na Mateusza, tylko prosto przed siebie, chyba nawet nie koncentrując się na tym co widział, ale na swoich myślach.
- Słuchajcie, jak macie ochotę jeszcze podyskutować, to proszę bardzo, tylko nam pozwólcie przejść, bo my z Dawidem i ministrantami wychodzimy do ołtarza – Szymon również ubrany już w albę i ornat przerwał ich rozmowę przypominając, że czas wychodzić na Eucharystię.
- No dobra, już się ubieram – powiedział Mateusz, który jako jedyny był jeszcze w sutannie i zaczął szybko zakładać albę. - Za 30 sekund wychodzimy, dajcie znać organiście, aby zaczął pieśń.
***
Po Mszy Świętej księża wikariusze szybko się rozebrali z szat liturgicznych i ruszyli na inaugurację roku szkolnego, każdy do swojej szkoły. Mateusz przez chwilę zastanawiał się, czy i on nie powinien pójść do jednej ze szkół, ale po ubiegłorocznych pretensjach, że on to „tylko jedną szkołę poważa” postanowił zostać na plebanii. Zwłaszcza, że żadne zaproszenie do niego nie dotarło, choćby i ustne. Prawdę mówiąc, to on wcale takiego zaproszenia nie oczekiwał, i lubił zaglądać do szkół, nawet nie proszony, ale dzisiaj jakoś nie mógł wykrzesać z siebie sił potrzebnych do przezwyciężenia ubiegłorocznych niemiłych doświadczeń. Już miał usiąść przy biurku i nadrobić jakieś zaległości w papierach, bo tych nigdy mu nie brakowało, gdy nagle olśniła go, a właściwie powaliła pewna myśl. Jak żywy stanął mu w oczach jeden z proboszczów jego młodości, grubo przed seminarium. To właśnie tamten proboszcz, zawsze tłumaczył się w ten sposób: „w tamtym roku mnie wkurzyli, w tym roku wybawię ich z problemu i nic nie zrobię”. W pewnym sensie Mateusz idąc do seminarium miał tego księdza jako przykład, jakim on nigdy nie będzie. Nie wiedział, jakim księdzem chce być, ale wiedział na pewno jakim nie chce być. I właśnie w tym momencie zdał sobie sprawę, że posłużył się dokładnie taką samą wymówką. Na razie tylko w myślach, przed samym sobą, ale gdyby go ktoś zapytał, dlaczego nie poszedł na żadną inaugurację, to pewnie tak by właśnie odpowiedział. Zrobiło mu się strasznie wstyd. Natychmiast wstał od biurka i szybko ubrał sutannę. Chwycił kluczyki od samochodu i pobiegł w kierunku garażów.
Wsiadając do samochodu zastanawiał się, do której szkoły pojechać. Najbliżej było do zwijającego się gimnazjum, w którym uczył Szymon, a więc tam postanowił pojechać. Niestety przez dobrych kilka minut musiał szukać parkingu i wściekał się sam na siebie, bo gdyby poszedł pieszo, już dawno byłby w środku. Znalazł wreszcie wolne miejsc na parkingu pod Biedronką i niemal biegiem udał się do szkoły. Niestety, kiedy wpadł na hol zauważył, że wszyscy właśnie opuszczali aulę i udawali się do klas na pierwsze spotkania z wychowawcami. Już miał się wycofać, kiedy akurat ze swojego gabinetu wyszedł dyrektor szkoły.
- O, ksiądz proboszcz, witam, witam. A co to się stało? Przecież widziałem wikariusza na akademii – pedagog nie wydawał się szczególnie szczęśliwy na jego widok.
- Szczęść Boże, panie dyrektorze – powiedział Mateusz wyciągając dłoń i zatrzymując w ten sposób dyrektora, który myślał, że rozmówi się z nim „w locie”. - Pomyślałem, że też chętnie wezmę udział w akademii, ale widzę, że się trochę spóźniłem.
- Wie ksiądz, dzięki księdza politycznym sprzymierzeńcom zwijają nam szkołę, to my też nie będziemy udawać, że wszystko jest ok. Po co robić nie wiadomo jakie akademie, skoro wiadomo, że za chwilę gasimy światło? - powiedział dyrektor. - Ksiądz wybaczy, obowiązki.
- A skąd pan dyrektor wie, kto jest moim politycznym sprzymierzeńcem? - wyszeptał osłupiały Mateusz w kierunku oddalających się pleców dyrektora, ale niestety nie otrzymał odpowiedzi.
- Witam w moim świecie – zza pleców dobiegł Mateusza głos Szymona.
- On tak zawsze? - zapytał Mateusz patrząc jeszcze na oddalającego się ciężkim krokiem dyrektora.
- Nie, nie zawsze. To w sumie porządny chłop, bardzo sumienny jako dyrektor i sprawiedliwy. Ale niestety jest przekonany, że każdy ksiądz popiera partię rządzącą i czasami jak ma słabszy dzień, to tak reaguje. Jak dzisiaj zobaczył na auli jeden rocznik, to pewnie mu wesoło nie było, a on naprawdę żył tą szkołą. A teraz będzie miał przechlapane, bo pokończył różne podyplomówki i jako nauczyciel musi dostać najwyższą możliwą pensję, więc nie będzie mu łatwo znaleźć nową posadę, chociaż ja uważam, że sobie poradzi, bo jest świetnym organizatorem i znakomitym historykiem – tłumaczył spokojnie Szymon.
- A do ciebie też z takim tekstami wyjeżdża? - zapytał Mateusz.
- Czasami, ale rzadko – uśmiechnął się Szymon.
- I jak wtedy reagujesz? - dopytywał proboszcz jeszcze lekko wstrząśnięty.
- Na początku też byłem w szoku, ale jak gościa bliżej poznałem to mam swój sposób. Obracam wszystko w żart typu: „Ja jestem za Hezbollah – Partią Boga, i polecam Koronkę do Bożego Miłosierdzia jako najlepszy lek na stresy i lęki” i zwykle dyro się rozluźnia i mówi, że faktycznie dobrze by mu to zrobiło. Parę razy nawet odmówiliśmy razem.
- Co odmówiliście razem? - zdziwił się Mateusz.
- No Koronkę – odparł Szymon też zdziwiony „niekumatowością” proboszcza. Mateusz spojrzał na Szymona, jakby go pierwszy raz w życiu widział. Nie poznał go jeszcze od tej strony, a namówić dyrektora szkoły na Koronkę, to nie w kij dmuchał.
- Aha, myślałem, że tylko żartowałeś.
- Żartowałem z Hezbollahem, Koronka to zawsze poważna propozycja – odparł Szymon.
- A nie wiesz co dzisiaj ugryzło Daniela? Taki jakiś pesymista z niego wylazł, że się przeraziłem – zapytał Mateusz.
- Nie mówił? Wczoraj jakieś wyrostki rzucali za nim bucikami od lalek i wyzywali go od..., no wie ksiądz proboszcz, nie? On tylko udaje twardziela, ale niektóre rzeczy naprawdę go bolą. Ale do wieczora na pewno mu przejdzie.

Jeremiasz Uwiedziony
CDN. Wszystkie imiona i fakty w powyższym opowiadaniu są fikcyjne i jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistości
jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone

Dodaj komentarz

Pozostało znaków: 1000

Komentarze

Nikt nie dodał jeszcze komentarza.
Bądź pierwszy!